Dzień bez papierosa

Tak, dziś dzień bez papierosa. Nikt z palaczy o tym nie wie, więc zapomnijmy o czystym powietrzu na przystankach etc.

W TV powiedzieli: <jakaś-duża-liczba/> miliardów PLN rocznie oddają Polacy koncernom tytoniowym. Najbardziej mnie rozbawliło jednak stwierdzenie w tym kontekście, że najwiecej palą… najbiedniejsi. Wniosek: niech przestaną palić, to przestaną być najbiedniejsi… ;)

PS: w książce od polskiego odziedziczonej po starszym bracie miałem, wśród narysowanych przez niego karykatur, przeróbkę portretu Mirona Białoszewskiego, pod tytułem „dzień bez papierosa” właśnie :) Chciałem zeskanować… Ale brat cioteczny zgubił był tę książkę. Tego gościa to ja już nie raz chciałem zabić… Grrrr.

Reklamy

Sprawozdanie

Obiecałem, że pójdę, więc poszedłem… Obiecałem, że umieszczę relację, więc umieszczam… ;)

Oczywiście wstałem w południe (jestem LEŃ), pasożyt siedział przy komputerze więc pośpiechu nie było. Poza tym, jak to w niedzielę, przyjechał tata w odwiedziny do rodzinki. Puściłem mu dwa kawałki z ostatniej płyty Meshuggah – stwierdził że „jednak woli Panterę” :)

Potem można było wyjść…

Spodziewając się reakcji „TYYY??? Dokąd!?” rzuciłem że „się przejdę”, ale usłyszałem „Krzysiuuuuuuuuuuuuu! Wracając skoczyłbyś do sklepuuu!?” Kończyny opadają.

Tylko gdzie tu pójść? Wisła niedaleko, może na Most Siekierkowski. Gocław leży w ciekawym miejscu, przy granicy (byłej?) Gminy Centrum, która biegnie wzdłuż kanałku. Za nim, i za wąskim pasemkiem chaszczy, jest zwykła wiocha – mimo że ciągle prawie-że-w-centrum Warszawy. Niestety, to jest ciągle cywilizacja. Mam dość cywilizacji. Trudno, idę dalej. Najciekawsze miejsce to zakończenie Trasy Siekierkowskiej, która według planów ma biegnąć przez ten pasek chaszczy, ale na razie kończy się zjazdem na Wał Miedzeszyński, a główna nić się urywa w szczerym polu. Wszędzie pełno skoszonej trawy, potłuczonych butelek i pudełek po papierosach. Ech, cywilizacja. Wchodzę na most – chwila wahania czy iść wałem, czy mostem nad Wisłą. Wybieram to drugie i napotykam stada rowerzystów. Grrr, za dużo ludzi. Słoneczko świeci (nie lubię upałów), woda w rzece brązowa, samochody hałasują. To chyba nie był najlepszy wybór. Na drugi brzeg, pod mostem na drugą stronę i w drogę powrotną (co jest z tymi rowerzystami? Wszyscy z naprzeciwka…). Jakieś dziwne zbiegowisko ludzi gapiących się w górę na jeden z pylonów. Coś tam się działo najwyraźniej, ale nie chciało mi się przyglądać, poza tym słońce jednak zbytnio świeciło. Potem jeszcze jedna wizyta na końcówce Trasy i przechdzka wzdłuż kanałku. Dość groteskowe miejsce. I po za kupy…

Ech, nie mogę się powstrzymać przed narzekaniem :> Nie wiem czy to mi dobrze zrobiło, wróciłem totalnie rozleniwiony i zamiast siedzieć nad programem na PW, chce mi się spać. No i te tłumy ludzi przypominajace, że o wiele lepiej by było pójść na taki spacer z kimś.

I w inne miejsce :>

Czy cel planu wyciągnięcia mnie poza dom został osiągnięty?…

Śpiewnik Jezucha: „Neue Regel”

Kontynuując wątek sprzed iluś tam dni – kolejny odcinek „Śpiewnika Jezucha” :)

Queensrÿche – „Neue Regel”, LP „Rage For Order” (1986)

Reach for a new horizon
Setting sights on a circuit scream
Hail the new arrival on
Static signs from a distant wanderer
Fill the air nights are never seen
Face the electric time shock now
No it’s not a dream anymore

I will light the way for us to find
Order of a new kind
Join us on the stay the road is mine
Poets line in a rhyme of silence
Gathered from the winter air
Warms the children’s eyes they see
The time is near for the signs

I can hear the chimes
Ringing for you for me
I can see your eyes
Your hands joining with me
I can feel its time
Come together hold the light
Keep the flame we can’t let this world remain
the same

I can hear the chimes
Ringing for you for me
I can see your eyes
Your hands joining with me
I can feel it’s time
It’s time for the world to hear
Neue Regel is here

„Rage For Order” to generalnie dziwna płyta – przesiąknięta klimatem science-fiction, opowiadająca o trudnościach życia w nowoczesnym świecie, snująca wizje przyszłości i myślących maszyn. „Neue Regel” to mój zdecydowany ulubieniec – zaczyna się dziwnie, wstęp z charakterystyczną gitrą jakby-akustyczną rozwija się w zwrotkę pobrzmiewającą zgrzytami, szumami i innymi niezidentyfikowanymi dźwiękami, z przetworzonym wokalem na tym tle. Krótkie interludium (w końcu prawdziwe instrumenty ;)) bez refrenu i druga zwrotka już z normalnym, jak zwykle fenomenalnym śpiewem Geoffa Tate’a. Potem refren i punkt kulminacyjny: „we can’t let this world remain… the same”… Aż ciarki przechodzą po plecach. Uwaga! Śpiewamy razem: „I can hear the chimes…” :)

PS: wiadomo – pisanie muzyce to jak tańczenie o architekturze (kto mi przypomni kto to powiedział, ma u mnie plusa ;>) i zdaję sobie sprawę, że to moje podniecanie się to w sumie tylko sztuka dla sztuki… Tym bardziej że Taka Jedna twierdzi, że nie lubi Queensrÿche :]

PS2: w następnym odcinku tekst do utworu z następnej płyty Queensrÿche… I jeszcze parę innych siedzi w kolejce ;)

I ZNÓW!!

CO za DEBIL wymyślił żeby WIERCIĆ o ÓSMEJ RANO W SOBOTĘ??? TRZYMAJCIE bo ZABIJĘ!!!


Coś z innej beczki.

Biolodzy od dawna mówili, że przepełnienie środowiska wpływa na znaczny wzrost agresji w populacji. Mama dziś wyjaśniła kategorycznie (i głośno) Ryjkowi, że albo się dopłaca do życia rodzinego, albo „wynocha za drzwi, ale już!” (z tego ostatniego wyszło jej coś na kształt mantry). Heh, już nie tylko ja nazywam go „pasożytem” :>

A tytuł notki: bo znów jakiś debil wierci.

Doszło! :)

Tagies! Efekt radosnego buszowania po katalogu internetowego sklepu płytowego. Euforia spowodowana odkręceniem kranika comiesięcznego dopływu świeżej gotówki, pewność że logika „w takim tempie za N miesięcy rezerwy się skończą” już nie musi być stosowana i proszę – paczka za…….. Nie napiszę ile, coby niektórzy nie spadli pod stoły ;)

To się nazywa „stabilność finansowa” :>

Heil papa!!

Z okazji tego, że coraz więcej państw domaga się odwołania do chrześcijaństwa w kontytucji UE, miałem napisać prześliczną tyradę, ale najpierw zostało mi wyjaśnione, że jestem stronniczy i uprzedzony [dyg w stronę pewnej osóbki ;)], a potem mi Mozilla się zsegfaultowała (grrr) i nie będzie tyrady :> Tak czy owak, chociaż mój głos się g* liczy, mówię: NIE.

Domowe „zacisze”

12 godzin na Polibudzie. To chyba mój rekord. Nie jest to jeszcze granica moich możliwości, ale raczej granica możliwości Politechniki, dłużej po prostu nie ma zajęć ;) Ciężko jest typkowi mojego pokroju przebywać tak długo wśród ludzi1. W końcu udałem się do domu i myślałem, że w końcu będę miał ciszę i spokój – niestety, uroki mieszkania w ciasnocie zadziałały… Siadam żeby w końcu zjeść coś porządnego i od razu znalazłem się na linii ognia opowieści mamy o tym co przed chwilą widziała na Discovery, co wyczytała w Internecie, ple ple ple… Chciałem zapytać czy powinienem pójść do tezolka [;)] żeby mieć choć chwilę ciszy, ale Jezuchy to cierpliwe bestie, spokojnie odczekałem aż sobie pójdzie do komputera i mogę sobie poklikać bez marudzenia…

Wiem, że nic z tego nie wynika, ale blogowanie poniekąd ma pomagać wyładować frustrację, co też właśnie uczyniłem ;)

1 W zawiązku z tym na prawie każdej przerwie, kiedy tylko chce mi się ruszyć z miejsca (czasem, tak ja dziś, mamy 6 godzin pod rząd w jednej sali), idę sobie na spacerek po gmachu, gdzieś na piąte piętro, gdzie jest prawie zawsze pusto na korytarzu. Zresztą tradycja podobnych spacerków (ale nie w celu poszukiwania samotności) sięga jeszcze podstawówki – pamiętam obowiązkowe rundki dookoła budynku szkoły w Józefowie, a potem tak samo obowiązkowe rundki wokół „mrocznego i posępnego gmaszyska z początku wieku” mojego liceum ;)