Ufff

Ale się dziś napracowałem. Ostatnio moja norma wynosiła mniej więcej kwadrans na posiedzenie w biurze, a dziś siedziałem nad robotą bez przerwy przez ponad sześć godzin!! ;)

Wczoraj uzyskałem kolejne potwierdzenie, że nie cierpię uczucia, że czegoś nie rozumiem w pełni. Jeszcze gorsze jest uczucie, że zupełnie nic nie rozumiem. Na tym pierwszym skończyła się jedna z laborek z PTCY (projektowanie układu w języku ABEL), podczas której próbowałem w parę godzin ogarnąć ceglastą instrukcję i jeszcze zastosować zdobytą w ten sposób wiedzę w praktyce. Skończyło się uczuciem, że nie do końca kapuję co ja przed chwilą zrobiłem, ale prowadzący najwyraźniej był pod wrażeniem. Tym drugim uczuciem zaczęła się pierwsze laborka z POBO (ulubiony przedmiot pewnej osoby, choć pod inną nazwą :)). Wszystko przez to, że poprzedniego dnia cały czas bytności w biurze spędziłem na PrawdzwejPracy™, tak jak dziś i nie zdążyłem przeczytać instrukcji programu ani zrobić pracy domowej. Jednak coś, lub ktoś, musi nade mną czuwać, bo, po pierwsze, brak pracy domowej tym razem nie wpływał na ocenę, a po drugie w pewnym momencie zorientowałem się, że mam wszystko zrobione. Wynik ostateczny: 8/10 pkt. – nieźle jak na kompletne zero na początku laboratorium :)

Oczywiście chciałem napisać coś jeszcze, ale zapomniałem… Pewnie przypomni mi się minutę po wyjściu z biura.

Reklamy

Parę zapomnianych myśli

Jak można było wyczytać gdzieś tam wcześniej (tu powinien być link, ale jestem dziś leniwy), w piątek miał być pewien ważny termin odnośnie odzyskania Internetu po pzeprowadzce. Prezes TBS-u, który zbudował osiedle, miał spotkać się z zainteresowanymi formami i negocjować. Do spotkania recz jasna nie doszło. Prezes kazał się zgłosić zainteresowany za dwa tygodnie. Wszystkich szlag trafia, tym bardziej, że (chyba już legendarna ;)) panienka po drugiej stronie telefonu do TBS-u podejrzewa, że Prezes znów chce coś kręcić z TPSA. No to my, że składaliśmy podanie już dawno temu, w którym wyjaśniamy, że pozbawiając nas Internetu pozbawiają rodzinę zarobków a tepsę mogą sobie wsadzić tam, gdzie im najbardziej niewygodnie. Panienka Po Drugiej Stronie zarzekała się, że zaraz się tym zajmą. To było w piątek. Dziś jest wtorek i na razie nic więcej nie słyszałem o sprawie.

Zasłyszane wczoraj w autobusie linii 146: [jakaś – nie bójmy się tego określenia – baba z przodu autobusu kłócąc się z kierowcą] „ale przecież wszyscy kierowcy wiedzą, że ja się tu przesiadam w 702!!”. Kometarz jest zbędny, jak sądzę ;)

—-TYDZIEŃ 17—-19.10.2003 (wtorek) 22:10

Wczoraj wieczorem odpaliłem wreszcie Doom 3. To znaczy wcześniej też się „udało”, ale – no właśnie – „udało” się. Pod Winzgrozą nie poszedł jak należy a wersja Linuksowa kaprysiła, dopóki sobie nie przypomniałem, że w FAQ było wyraźnie napisane – X11 ma działać w trybie 24bpp. Ja miałem 16 – z jakichś chyba pobudek oszczędnościowych, czy cuś.

Poszło! :)

Na najniższych detalach i pod najniższą rozdzielczością jakoś da się grać :) A dodatkowe 256 MB RAM się też przydało.

Teraz Purh pewnie się wścieka, że nie może zagrać, bo nie umie się posługiwać tym „dziwacznym wynalazkiem”. Może mu założę konto?…

Wracałem tego dnia z Polibudy już późnym wieczorem. Akurat na Włókienniczej nie świeciły się latarnie. Stwierdziłem wtedy dwie rzeczy:

  1. Lubię ciemność;
  2. Czy ci *#$^*@#% kierowcy muszą tak walić po gałach długimi światłami??!

…Pamięć ludzka płata głupie figle. Tak jak nie mogłem sobie cały dzień przypomnieć PIN-u do karty bankomatowej i w końcu sobie przypomniałem zupełnie nagle i niespodziewanie (oczywiście już w domu), bo kombinowałem w złą stronę, tak teraz pamiętałem, że miałem trzy rzeczy do zapisania a utknąłem po dwóch…

I właśnie sobie przypomniałem:

Sprawa piractwa.

Piractwo, jak wszyscy wiedzą, wywodzi się bezpośrednio z zaporowych cen oryginalnych produktów (najczęściej audio). Koncern BMG ogłosił szokującą wiadomość, że mają zamiar obniżyć ceny do około 10 Euro z 17 Euro… Pierwsza refleksja, to że co jak co, ale płyty to od zawsze u nas miały europejskie ceny, chociaż płace mamy niemal z trzeciego świata. <zrzędliwie>I ja akurat musiałem zostać melomanem (czy tam „melomanem”, jak kto woli)…</zrzędliwie>

No ale do rzeczy. Informacja zaiste radosna, ale wkrótce przekonałem się, że oni jednak ciągle nic nie rozumieją. Cały czas wywyższają się nad nami maluczkimi, bowiem to oni Tworzą (wyręczjąc się tymi tam, no, muzykami) a my mami im płacić daniny, bo taki jest nasz psi obowiązek utrzymywać ich imperia. Za jakość się płaci, a jak nie chcesz płacić, to nie masz jakości. Bowiem ceny obniżają, owszem, ale za to mamy dostać płyty niewiele różniące się od tych ze Stadionu [BTW: na razie nie my, tak właściwie, tylko Niemcy, pffff]. Chcieliśmy taniej, to mamy taniej, więc o co chodzi? Chodzi o to, że kiedy ja kupuję oryginał, chcę żeby miał coś, co by świadczyło o jego oryginalności i legalności i tej ciężkiej kasie, o którą umniejszam swoją skromną studencką pensyjkę. Obniżanie jakości i oszczędzanie na oprawie graficznej sprawi tylko tyle, że następnym razem, kiedy będę składał ofiarę Sztuce, będę się czuł jeszcze bardziej oszukiwany.

Ale może nie powinienem marudzić, bo podobno im większa ofiara tym większa wdzięczność Bogów. Szkoda tylko że pazerność Bogów nie zna granic. Nic to, jeśli nie pójdą po rozum do głowy, to za parę lat pozostaną tylko ruiny ich wspaniałych siedzib.

I jeszcze jedno – nie pozwolę siebie nazywać złodziejem dlatego, że zdarzy mi się ściągnąć jakąś płytę z Internetu. Chyba nikt nie sądzi, że będę kupował za te horrendalne ceny w ciemno!?!

I już zupełnie na zakończenie: kiedy odkryłem nową płytę Slipknot, przesłoniła mi ona Stone Sour [dla niezorientowanych: projekt poboczny wokalisty i gitarzysty Slipknot], jak to często się zdarza z rzeczami nowymi i fascynującymi. Parę dni temu wyciągnąłem ją jednak, popatrzyłem na tytuły, przypomniałem sobie, że wszystko bez wyjątku jest wyjątkowe [;)], przesłuchałem i zachwyt powrócił… Tak, obie płyty mam legalnie! :P

16.10.2004 (sobota) 16:10

Wewnętrzne na Politechnice (albo tylko na naszym wydziale) eliminacje do środkowoeuropejskiego konkursu programistycznego, pierwsze w ogóle, przebiegły z drobnymi zgrzytami, ale opóźnienie [chwili rozpoczęcia pierwszego nie-treningowego zadania] wyniosło tylko 50 minut ;) Poszedłem z ciekawości, takie „rozpoznanie w boju”. Zadań było pięć, godzin trzy, mi się udało zrobić jedno, a wszystkim w ogóle trzy – dwa pozostałe były nietykalne ;) Ostatecznie na 31 osób (sami faceci – czyżby wśród kobiet nie było ducha rywalizacji??) wylądowałem dziesiąty, trzej najlepsi zostali wytypowani (zgodnie z zapowiedziami) do reprezentaji uczelni (wydziału?) w Budapeszcie.

Wracam do domu i od razu atakują mnie słodkie zapachy. „Co u licha? Chyba by nie robili święta z okazji tego, że Purh kupił sobie kurtkę??” [ja też miałem jechać po kurtkę, ale pojechałem na Polibudę]. Oczywiście, że nie. Ryjek skorzystał z kuchni mamy (już prawie skończonej) i upiekł ciasto. Oczywiście nie wiem dla kogo, na pewno nie dla nas – może przeczyta to ktoś, kto je jadł ;)

Ale przynajmniej zostawił trochę „odpadów” do skonsumowania ;]

13.10.2004 (środa) 18:45

Kolejne wiadomości z frontu: Maksymilian dzwonił rano, że Ekspert dzwonił (też) rano i że się okazało, że to właściwie jest „Ekspert”, choć jakieś pojęcie jednak ma. Mama kazała zadzwonić do TBS-u tacie, żeby „męskim, stanowczym głosem” ich popędził. Panienka po drugiej stronie się zarzekała, że już zaraz się za to zabierają. No i faktycznie – wkrótce przyszedł SMS od Maksa, że w końcu coś zostało ustalone – termin negocjacji cen z oboma firmami.

A termin ten…

Przyszły piątek.

—-TYDZIEŃ 16—-12.10.2004 (wtorek) 20:30 „Dzień, Kiedy Miało Być Coś Wiadomo”

Miało być wiadomo, ale nie wiadomo, bo wiadomo tylko tyle, że specjalista nie skontaktował się z żadną z firm (na pewno nie z tą „naszą”) i nie wiadomo dlaczego. Może mu za mało płacą i mu nie zależy? Maksymilian Internetowicz tak przy okazji ponarzekał, że co on tam truje, skoro można przecież zainstalować się na miesiąc na okres próbny.

Qfa.