List otwarty

Do wszystkich miłośników ocieplenia klimatu:

Przypuszczam, że nie będzie wam przeszkadzało smażenie się w piekle.

Z poważaniem,

Życzliwy (K. „J.” S.)

Czas powrotów

Historia kołem sie toczy. Co jakiś czas nadchodzi czas zmian, po nim nadchodzi czas refleksji, że zmiany były do bani i wtedy jest fala „powrotów do korzeni” (czasem, jeśli starzy wyjadacze ciągle bujają w obłokach, zastępują ich młodsi i silniejsi, a zawstydzeni starzy „powracają” w następnym cyklu).

Słucham nowej płyty pewnego znanego zespołu metalowego i po raz kolejny czuję się zaintrygowany. Właśnie jesteśmy w środku takiej fali.

Corrosion of Conformity („In the Arms of God”), Queensryche („Operation: Mindcrime II” – dowód, że nie wszystko złoto co się świeci), Slayer („Christ Illusion”), Machine Head („The Blackening”), Type O Negative („Dead Again” – przypadek syndromu „St. Anger”1), Paradise Lost („In Requiem”), Rush („Snakes & Arrows” – jaki Manowar ;)) i jeszcze najwyraźniej Marilyn Manson („Eat Me, Drink Me” – nie miałem okazji potwierdzić, ale brzmi obiecująco).

Czy coś przegapiłem?


1 Który to album najwyraźniej był pierwiosnkiem tej fali. Metallica jak zwykle wyprzedza wszystkie trendy ;)

Bozia pokarała

Kara za pazerność. Chciałem mieć Icedove 2.0.0.0, bo w pracy sobie zainstalowałem wersję windzianą i mi się spodobało, więc na swoim Debianie też uleglem irracjonalnej potrzebie uzywania najnowszej wersji każdego programu.

Wszystko się popieprzyło do tego stopnia, że w końcu ściągnąłem wersję Thunderbirda z http://www.mozilla.com ;)

Co ciekawe, cofnięcie do poprzedniej wersji dało tylko tyle, że zaczął obrywać segfaultem podczas startu. Toż to nawet „unstable” nie jest… ;)

Niech… To… Szlag…

Dlaczego ja nigdy nie pamiętam o takich rzeczach?…

Wczoraj spałem mniej więcej cztery godziny, dzisiaj tylko trochę więcej; kot mnie obudził pół godziny przed budzikiem, przez następną godzinę leżałem w męczarniach, a kiedy się wywlokłem z domu, to nie pustki przed Gmachem Wydziału, nie brak tłumku palaczy przed wejściem, ale dopiero cisza, kiedy byłem w połowie korytarza (a jest on dość długi) sprawiła, że coś mnie tknęło i sprawdziłem na wiszącym w gablotce niezawodnym kalendarzu semestru, że dzisiaj nie ma po co przychodzić… Co gorsza, dopiero godzinę później, kiedy wstąpiłem na chwilę do biura, uświadomiłem sobie dlaczego.

Innymi słowy: D’OH!