Kosy

Niedawno mieliśmy ładny przykład zabobonnej wiary w liczby w postaci przekomarzania się dwóch obozów czy trzy siódemki w dacie to bardzo dobrze, czy bardzo źle. Prawda jest taka, że to i tak tylko efekt uboczny wyboru 10 jako podstawy systemu liczbowego. Niemniej data ta wygląda szczególnie interesująco w amerykańskim formacie zapisu dat:

’07/7/7

Ładnie, nie? Na istnienie szczególnych atrybutów estetycznych mogę się ewentualnie zgodzić ;)

Przeciw subpikselom

Wszyscy z wykształceniem co najmniej podstawowym powinni zdawać sobie sprawę, że monitory wszelkiej maści wyświetlają kolory wykorzystując zjawisko metameryzmu (trzecie prawo Grassmanna). Monitor składa się z baterii trójek różnokolorowych luminoforów albo innych wynalazków, które mogą się świecić albo nie, a cała reszta to gigantyczne oszustwo na ogromną skalę. Antyaliasing subpikselowy ponoć jest wspaniałym sposobem wykorzystania takiej budowy monitora LCD (subpikseli) w celu uzyskania płynniejszego przejścia stopni jasności na krawędziach. Ponoć wygląda to świetnie na monitorach ciekłokrystalicznych, trochę mniej świetnie na kineskopach, i to do tego stopnia, że brak tej zdolności w bibliotekach Javy był powodem utyskiwań, że Java jest „zacofana”, ma gdzieś użytkowników i że to katastrofa na miarę zderzenia z asteroidą. Niestety coś tu nie gra, bo na moim monitorze (LCD) wygląda to kijowo.

Nie ma w tym nic strasznego, bądź co bądź w każdym szanującym się systemie graficznym można to wyłączyć i napawać się pięknymi, naturalnymi stopniami szarości bez niebieskawych prawych krawędzi i czerwonawych lewych. Sęk w tym, że niektórzy są ignorantami, ślepcami lub ogromnie zachwyceni tym zjawiskiem i potem muszę się krzywić kiedy widzę piękny i śliczny zrzut ekranu zrobiony na monitorze z antyaliasingiem subpikselowym, wyświetlony na monitorze moim, prostym i nielubiącym tego. Na przykład niedawno na Tom’s Hardware Guide. No jak to wygląda?

A ja podobno ślepy jestem. I do tego słuchowiec.

Jezuch w Łodzi

W niedzielę pojechałem do Łodzi, na 80. urodziny dziadka. Dowiedziałem się dwóch rzeczy: o licznej rodzinie, o której nie miałem pojęcia, i tego, że ksywka „Jezuch” rzeczywiście nie wzięła się znikąd. Ponieważ byliśmy tam (ja, dwaj bracia i mama) pewnego rodzaju brakującym elementem, zleciały się różne ciotki i zaczęły zabawę „kto jest do kogo podobny”. Jeden jest podobny do pradziadka, drugi do jednej z ciotek, a ja do nikogo z rodziny ;) I kiedy im tłumaczyłem, że znajomi mówią na mnie „Jezuch”, to potakiwały ze zrozumieniem…

To ile osób teraz żałuje, że nie mieli okazji przekonać się osobiście czy coś w tym jest? ;)

BTW: jest jeszcze trzecia rzecz, której się dowiedziałem: że mam spojrzenie węża. Pffffff…