W temacie niuń

Niunie w The Onion: Recent Rise In International Disputes Traced Back To Cute U.N. Tour Guide:

„This is preposterous,” Secretary-General Ban Ki-moon said. „The member nations of this organization send their representatives here to make the world a better, safer place. We can no longer endure the consequences of…oh God, there she is! How do I look? How do I look?”

Synchroniczność, powiadam! [Albo po prostu czytają mojego blogaska. No przecież.]

Rozmówki i inne takie

„Ogłoszenia” pojawiające się w kuchni (tej małej, jednoosobowej na końcu oficyny) opowiadają fascynującą historię. Najpierw było:

DO PARZENIA KAWY UŻYWAJ WODY Z KRANU!!!

Zastanawiałem się, czy pod pojęciem „kawa” kryje się też herbata, ale biorąc pod uwagę, że do kawy są super-duper-haj-tek kombajny, które się ciągle psują, a do herbaty jest zwyczajny czajnik elektryczny (który poddany jest procesowi przyspieszonego starzenia), to chyba może jednak nie i nie powinienem się czuć winny.

Następnie pojawiło się coś takiego:

PROSZĘ WSTAWIAĆ MLEKO DO LODÓWKI!!

To oczywiste, powiedziałby ktoś z kosmosu, kto nie miał bliższego kontaktu z Ziemianami, i myliłby się przy tym poważnie. Tak przynajmniej sądzę po ilości wykrzykników.

Dzisiaj do galerii dołączył następujący komunikat:

DO PICIA KAWY/HERBATY PROSZĘ UŻYWAĆ TYLKO SWOICH KUBKÓW!!!

To mnie już trochę skonfundowało. I zacząłem baczniej pilnować swojego kubka…

To mi przypomniało, że w kiedy zaczynałem pracować w Firmie i Zespół miał siedzibę w innym budynku, obok kosza na śmieci wisiała pisemna prośba, by nie wyrzucać kubeczków z napojami. Nie „po napojach”, tylko „z napojami”. Natomiast na drzwiach toalety wisiała prośba, by dbać o czystość – ale tylko na drzwiach toalety męskiej. Poczułem się zdyskryminowany, że tylko mnie (czy też nas) obowiązują takie przepisy. Okowy i kajdany!


W Zespole zaistniała konieczność odniesienia czegoś do recepcji. (No dobrze: chodziło o ankietę pracowniczą dotyczącą programów socjalnych; ja na swojej z dumą napisałem, że nic z tego mnie nie dotyczy, bo jestem „aspołecznym gburem”. Sęk w tym, że ankiety są anonimowe, co jednak nie przeszkodziło Kierownikowi wkręcać mnie, że jedna z tych niuń wspomniała mu o tym jakie to fajne rzeczy tam wypisałem. Przynajmniej tak sądzę, że mnie wkręcał, bo to przecież niemożliwe, żeby jakaś niunia zwróciła na mnie uwagę. Pfff.)

Kierownik: No to odnieś to do, no, jak im tam, tych dziewczyn na dole…

Ktoś: W recepcji?

Kierownik: No! Ja tam nie wiem jak one się nazywają…

Kolega Najnowszy: Jedna jest Paulina, druga… [i tak dalej]

No a pointa?

Kierownik pracuje w tej firmie od kilku lat, a Kolega Najnowszy od kilku dni. To się nazywa błyskawiczna integracja!

[Kolega Najnowszy dołączył do Zespołu ściągnięty/polecony przez M. (konsultanta) jako zastępstwo dla kolegi W. Kolega W. został zaś zatrudniony jakieś trzy miesiące temu, z czego połowę tego czasu przepracował na permanentnym odchodnym (czym wprawił w zakłopotanie Dyrektora, który nie wiedzieć czemu był z jego zatrudnienia strasznie dumny). Nie wiadomo dlaczego. Ale jeszcze ostatniego dnia zatwierdzał nowy kod do repozytorium, więc chyba nie chodziło o mój pedantyzm dotyczący „warningów” w IDE. Zapytany kiedy odchodzi odpowiadał: „pod koniec miesiąca – tego, albo następnego, albo…”]


Kierownik lubi czasem, jeśli ma ochotę zilustrować z jakimi klientami musi się użerać, opowiadać następującą anegdotkę. Kiedyś przeprowadzał z jednym z klientów testy akceptacyjne naszego Systemu (który Prezes oficjalnie nazwał „fantastycznym”). Wedle umowy oczywiście podane są wymagania dotyczące akceptowalnego obciążenia średniego i „w piku”. Przetestowali obciążenie średnie. Sprawdzili co się stanie podczas piku. Zatem…

– No to teraz zrobimy trochę dłuższy pik.

– Ile będzie trwał?

– 24 godziny.

– To ma być pik??

– No… bo to taki pik ciągły!…


I na deser co Kolega Nowszy powiedział Kierownikowi o programie motywacyjnym w Firmie:

Przecież ja wiem że nie dostajecie jakichś wielkich pieniędzy, bo gdyby to były wielkie pieniądze, to byś chodził cały szczęśliwy, a Ty tylko marudzisz.

[Kolega Nowszy naturalnie się nie kwalifikuje na program motywacyjny, z racji tego, że jest nowszy, czego nie można powiedzieć o mnie, co jest wbrew regulaminowi, bo powinienem przepracować tam jeszcze ze dwa lata, ale widocznie ktoś uznał, że są powody, by zarzucić na mnie kotwicę już teraz. Taki ze mnie mastah.]

Wróg publiczny nr 2865734

Dziś w wiadomościach użalali się nad pewną rodziną pokrzywdzoną i prześladowaną przez urzędników, którzy nie chcą lub nie mogą przyznać jej pomocy (mimo tego, że litościwy prezes Urzędu Do Zrzucania Odpowiedzialności Na Inne Urzędy rozesłał do urzędników prośbę, by się zrzucili na pomoc z władnych pieniędzy).

Rodzina ta ma piętnaścioro dzieci.

Nie chcę osądzać (podobno to źle), ale pokazane scenki z życia rodziny, a konkretnie ich środowiska życia, nie pozostawiają złudzeń, że to klasyczny przykład zjawiska, które wiele lat temu ochrzciłem mianem Darwinowski Dramat Ludzkości: najliczniej rozmnażają się ci, którzy nie powinni. Pytanie egzystencjalne nr 1: dlaczego najliczniejsze rodziny to prawie zawsze takie, które nie mają środków do utrzymania nawet jednego dziecka, a co dopiero piętnastu?

Druga strona medalu jest taka, że najmniej licznie rozmnażają się ci, którzy właśnie mogliby i, prawdopodobnie, powinni. Pytanie egzystencjalne nr 2: ki diabeł dał inteligentnym ludziom miażdżące poczucie odpowiedzialności? [Albo impotencję socjalną, ale to swoją drogą.] Wszyscy powinniśmy się czuć winni. Taka bohaterska rodzina, wzór dla całego narodu, kisi się z taką piękną gromadką głodomorów, a my co? Oni mogą a my nie?

Wstyd i hańba!

Nazwy 4

Posłuchałem sugestii i jestem „na plus” względem Finów. Wszystko tam jest po fińsku i nie rozumiem ani słowa. Jestem pewien, że to nie jest wcale taki trudny język, pomimo tego, jak się go przedstawia Amerykanom; on jest po prostu kompletnie obcy. I tak sobie pomyślałem (duch Yanceya unosi się wiecznie), coby wymyślić coś analogicznego: nazwę po polsku, która by brzmiała równie obco. Nie wiedzieć czemu, przyszło mi do głowy coś takiego (w łazience, a jakże!)…

  • Wkręcanie Gwoździ

Abstrakcyjno-absurdalny posmaczek to tak jako bonus.

[PieS: Najtrudniejszy język?]

Z cyklu: „Pośmiejmy się z Jezucha” – ZUS

Dawno, dawno temu, w czasach podstawówki, pewnego razu zasłyszałem przypadkiem jak mama narzeka, że ZUS oznacza „Zakład Udręki Społecznej”. Tak się złożyło, że niedługo potem pojechałem na szkolną wycieczkę. Nie pamiętam która to była (trochę ich było) ani dokąd ani nie jest to istotne, w każdym razie trzeba było na nią się złożyć. Pani wychowawczyni wszystko wyjaśniła, ile i na co, zapisałem się i pobiegłem po pieniążki do rodziców. Kiedy pani wychowawczyni zbierała fundusze, miała miejsce następująca wymiana zdań:

– Hmmm, czegoś tu brakuje.

– To na ZUS…

– ??? – odparła pani wychowawczyni – Dlaczego?

– Ummmmm…

Morał? Uważajcie co mówicie dzieciom. Zwłaszcza takim gamoniom jak ja. [Na szczęście w tym momencie się kapnąłem, że coś pokiełbasiłem i nie brnąłem dalej. To jest właśnie to 156 IQ.]

Głupie pytania, część 61.

Czy to, że ciągle mi się rozładowują telefony1, jakoś rzutuje na moją zdolność do wychowania dzieci2?


1 Dwa. Jeden wciśnięty siłą przez rodzinkę, drugi wciśnięty siłą przez Firmę. Użytkowanie pierwszego wygląda tak, że prawie codziennie wysyłam z niego SMS-a o treści „Zakup?”. Użytkowanie drugiego nie wygląda wcale.

2 Czysto hipotetycznie, ma się rozumieć.

Teatrzyk imienia pana B.

Wiem, że już wszyscy mają serdecznie dość tej historii (ja też), ale właśnie zaczęło się robić niezwykle intrygująco.

Pan B., zwany też przedstawicielem bydła ryczącego, był w ostatnich dniach bardzo niekonsekwentny – raz ryczał jakby chciał pokazać kto tu rządzi, zaraz potem zapadała martwa cisza – aż do następnego ataku. Dzisiaj zrobił dwa przedstawienia: jedno o czwartej w nocy (chyba nikogo nie obudził, pewnie już się przyzwyczajamy…), a drugie trochę przed południem. Teatrzyk polegał na tradycyjnym monologu autobiograficznym, przy czym gdy mówił np., że od dwunastego roku życia nosił mamie zakupy, to jednocześnie chwytał za niewidoczne toboły. Wszystko to do najwyraźniej wyimaginowanej publiczności.

Niedługo potem przyjechała jego niesławna awanturująca się mamusia, tylko że zamiast zrobić awanturę sąsiadom, zrobiła… jemu. Nakrzyczał na nią, w związku z czym mamusia pojechała po policję, policja przyjechała po niego i wzięła na odwyk…

Tak że jeśli kogoś intrygowało dziwne zachowanie niezbyt pasujące do klasycznego prymitywa, ma już rozwiązane pół zagadki. A my – teoretyczne 48 godzin spokoju.

W międzyczasie też okazało się, że jednak mamy tutaj dzielnicowego. Dzielnicowy miał przyjść dzisiaj o 18. na pogadankę z mieszkańcami, ale nie dotarł, bo został odwołany na wojnę

[PieS: Mnie przy tym oczywiście nie było – niedawno wróciłem z firmowej imprezki [dez]integracyjnej, na którą zostałem zaciągnięty siłą i z której czym prędzej uciekłem ;) Dlatego też piszę na podstawie relacji osób trzecich i niejako w tak-jakby-telegraficznym skrócie.]

A co na osiedlu?

A na osiedlu wieść gminna głosi, że lokatorzy zagrody otrzymali wypowiedzenie umowy najmu. W odpowiedzi oznajmili, że odwiedzą każdą papugę (tak to się mówi?) w mieście i jeszcze pożałujemy.

No ale mimo wszystko jakoś spokojniej się zachowują, poza tym, że sąsiadka nieopatrznie zaczepiła tego najgłośniejszego, który, jak to on ma w zwyczaju, zaczął wypluwać z siebie swój życiorys błyskotliwego ulicznika-sieroty mimo nędzy osiągającego wyżyny, któremu po wypadku drogowym w wieku lat 16 pomieszało się trochę w głowie, a wypluwał to w iście romantycznym stylu, czyli anachronicznie i z oczywistym zamiarem wzbudzenia współczucia.

Na pohybel bezkarnym.

16 patyków: Jak zarobić i jeszce pomóc państwu

Wiadomość: gdyby całkowity dług publiczny podzielić po równo między Polaków, wyszłoby nieco ponad 16 tys. złociszy na łebka. Mam w związku z tym plan: powiedzmy, że zapłacę te 16 tysiaków ze swoich oszczędności (tak się składa, że mnie stać), ale w zamian proszę mi zmniejszyć podatek o należne od tej sumy odsetki, których dzięki mnie państwo nie zapłaci. No, może nawet być trochę mniej, żeby nie było, że państwo nic na tym nie zyska (banda złodziei!!). Z tego co się orientuję, odsetki od kredytów są zwykle większe (i to zasadniczo) od procentów od lokat, więc ja bym osobiście wyszedł na plusie.

Szkoda, że nie jestem ministrem finansów! (A może to minister skarbu?…)

(No chyba że dług publiczny jest traktowany ulgowo, w takim razie proszę zapomnieć, że cokolwiek pisałem.)

A skoro już przy tym jesteśmy, kilka dni temu było o emigrantach, którzy niby chcą wrócić, ale tak naprawdę to nie chcą. jeden nawet powiedział, że „w Polsce nigdy nie będzie się żyło tak wygodnie jak w (np.) Londynie”. Dziękujemy bardzo! Jesteśmy dozgonnie wdzięczni, że dzięki takim jak Wy rzeczywiście w Polsce nigdy nie będzie się żyło tak wygodnie. Wyedukowaliśta się za nasze podatki a teraz umacniacie obcy reżym. Nigdy wam tego nie zapomnę!

[PieS: Dla znajomych emigrantów, którzy to czytają: bez obrazy!]