Skandale polityczne po polsku

Prezydent nie spotkał się z siatkarzami. Premier źle wręczał prezydenckie medale.

PRZED TRYBUNAŁ STANU ICH!!!!!!

[Kłótnie o to, czy Katyń był ludobójstwem czy tylko zbrodnią wojenną, lepiej pominąć milczeniem.]

Był sobie praktykant

Był sobie praktykant. Był. Jeśli dobrze liczę, dwa tygodnie (najwyżej trzy).

Zainstalował go prezes, tylko nie jestem pewien który, w ramach przysługi wyświadczonej jakiemuś swojemu znajomemu. Znajomy ów, ojciec praktykanta, był podejrzany o nowobogactwo (Alfa-Romeo jest silną poszlaką).

Praktykant prawdopodobnie miał drobne problemy z komunikacją. Nikt w końcu nie wie, czy był na cały etat, czy tylko 3/4 – Kierownik twierdzi, że pełny, wykaz godzin zaś, że 3/4 i mniej. Prawdopodobnie Kolega Nowszy (który, jako ekstrawertyk, automatycznie przełączył się w tryb opiekuńczy) chciał mu ustalić godziny tak, żeby się pokrywały z jego własnymi przez 6 godzin, praktykant zaś zrozumiał, że musi siedzieć tylko tyle. I jeszcze do tego kilka razy ktoś mu ponoć powiedział, że może danego dnia nie kłopotać się przyjeżdżaniem. W efekcie kilka dni przed końcem miesiąca (kiedy jest nieprzekraczalny termin wyrównania godzin z całego miesiąca) miał kilkadziesiąt niedogodzin i nie było mowy nadrobienia tego, nawet gdyby siedział całą dobę każdego z pozostałych dni.

Kiedy w końcu ktoś się odważył na konfrontację, praktykant trochę się stropił, po czym oświadczył, że zmienia kierunek studiów.

Na marketing i zarządzanie.

Bo informatyka okazała się za trudna; o wiele łatwiejsze (i lepiej opłacane!) jest zarządzanie informatykami. [Ściśle rzecz biorąc to jest tylko nasz domysł, nie powiedział tego, i pewnie nie powiedziałby.]

W pewnym sensie to niedobrze, że był (a nie jest). Kto teraz będzie pisał dokumentację i samouczki?

Anty-urlop: postscriptum

Kierownik twierdzi, że gdybyśmy wtedy nie naprawili Systemu, to by się posypały głowy – nawet samego prezesa (ale tylko spółki zależnej, nie Prezesa). I gdy w niedzielę szliśmy przez parking, stały tam niektóre z tych głów, które się w końcu nie posypały… Kierownik oznajmił im, że to ode mnie wszystko zależy (bądź co bądź to mój komponent się posypał, ale kto go widział, ten się nie dziwi), miła pani handlowiec powiedziała „cześć!”, a ja tylko pomachałem z kwaśną miną. Ciekawe czy wyciągną nauczkę z lekcji, że jak się na trzyosobowy zespół sypie nowych klientów i nowe zamówienia, to prośby o więcej ludzi nie są czczą fanaberią (wiceprezes kibicował nam i się nasłuchał; może do niego coś dotarło).

Póki co jeszcze mnie nie całują po rączkach. W związku z czym pławię się w nadgodzinach i wychodzę z pracy kiedy mi się podoba. Ha!