Anty-urlop: postscriptum

Kierownik twierdzi, że gdybyśmy wtedy nie naprawili Systemu, to by się posypały głowy – nawet samego prezesa (ale tylko spółki zależnej, nie Prezesa). I gdy w niedzielę szliśmy przez parking, stały tam niektóre z tych głów, które się w końcu nie posypały… Kierownik oznajmił im, że to ode mnie wszystko zależy (bądź co bądź to mój komponent się posypał, ale kto go widział, ten się nie dziwi), miła pani handlowiec powiedziała „cześć!”, a ja tylko pomachałem z kwaśną miną. Ciekawe czy wyciągną nauczkę z lekcji, że jak się na trzyosobowy zespół sypie nowych klientów i nowe zamówienia, to prośby o więcej ludzi nie są czczą fanaberią (wiceprezes kibicował nam i się nasłuchał; może do niego coś dotarło).

Póki co jeszcze mnie nie całują po rączkach. W związku z czym pławię się w nadgodzinach i wychodzę z pracy kiedy mi się podoba. Ha!

Anty-urlop

Kolega Nowszy wraca we wtorek z urlopu (wesele znajomego), na który wyruszył w piątek:

Ktoś: I jak było na urlopie?

Kolega Nowszy: Ch**owo. Wcale nie wypocząłem.

Ja: Gdybyś widział co tu się działo, to byś nie marudził.

Działo się. Niech za ilustrację posłuży wyciąg godzin pracy z firmowego systemu (dane są wpisywane przez bramki, więc są rzetelne):

Jeśli to nie jest wystarczająco jasne: w czwartek mnie wezwali, bo coś nie działało i siedzieliśmy prawie do czwartej w nocy; w piątek prawie się wyspałem, zanim mnie ściągnęli ponownie, ale wyszedłem w miarę normalnie; o piątej w nocy w sobotę zadzwonili, że katastrofa i tylko ja mogę ich uratować – skończyło się na osiemnastu godzinach w pracy (tego dnia); w niedzielę się prawie wydawało, że jest wystarczająco dobrze jak na razie, ale 10 nieodebranych telefonów (miałem zatkane uszy (słuchawkami)) i SMS od samego wiceprezesa miały przewidywalny skutek: kolejne siedem godzin; i dopiero w poniedziałek po południu wszystko zaczęło działać [prawie] jak należy. Pół godziny po północy (w niedzielę… to znaczy: poniedziałek) nie jest tak źle, ale teraz pewnie jeszcze przez jakiś czas będę miał niemiłe wrażenie, że wychodzenie o piątej jest jakieś nienormalne.

A wszystko dlatego, że klient uparł się zamknąć jeden z projektów i kazał pchać System na pierwszą linię mimo tego, że był prawie kompletnie niesprawdzony (przy rzeczywistym obciążeniu), a wersja działająca „w tle” przy poprzednim systemie była raczej „działająca” (i kompletnie zignorowana).

Jeśli nie dostanę za to pieprzonego medalu, to chyba ich wszystkich poduszę.

[Gwoli ścisłości, ci, co mnie ściągali, sami też siedzieli i tyrali; także wiceprezes, który przez wiele z tych godzin siedział z nami i nam kibicował – i razem z nami opychał się chińszczyzną.]

Czego się dowiedziałem z Wikipedii

Ostatnimi czasy dowiedziałem się z Wikipedii, między innymi:

  • …że „gaz pieprzowy” to tak naprawdę „gaz papryczkowy”
  • …że Finlandia też miała swoją wojnę domową (tacy mili, spokojni ludzie!)
  • …że dzikie słoneczniki nie odwracają się do słońca
  • …że rodziny cesarzy Japonii przez jakiś czas nie było stać na pogrzeby i koronacje, w związku z czym zarzucili wiekowy zwyczaj wstępowania na tron w wieku nastoletnim (a czasem niemowlęcym) i abdykowania po kilku (góra kilkunastu) latach

…i będę czytał tak długo, aż zostanę drugim Umberto Eco!

I się zaczęło

Marne trzy miesiące wystarczyły, bym zapomniał, że 45-minutowy dojazd do pracy (włącznie z kwadransem spaceru) to tak naprawdę bajka, która nie ma odzwierciedlenia w twardej, brutalnej, szkolno-rocznej rzeczywistości. Dzisiaj było szczególnie źle, bo wszyscy uderzyli o tej samej porze (a poza tym drogowcy akurat dzisiaj zdecydowali się wyłączyć pół Grochowskiej przy budowanym rondzie na skrzyżowaniu z Marsa). Przynajmniej widoki na chodnikach i w autobusach trochę rekompensowały straty moralne, trochę jakby sprawcy zamieszania przepraszali i prosili o przebaczenie… Trochę jakby (czyt.: to moja fantazja (każdy może pomarzyć!)).

To teraz niecierpliwie czekamy na rozpoczęcie roku akademickiego.

„Ze Szwecji!”

Właściwie to ciekawe czemu tak bardzo lubię tak liczne zespoły [metalowe] ze Szwecji. Muszę przeprowadzić szeroko zakrojone badania statystyczne w celu ustalenia czy to jest jakaś anomalia czy tylko mi się wydaje.

[I nie, Sabaton nie należy do tych moich lubianych zespołów ze Szwecji – takie to tam „patataj for the glory”, jak się mawiało na pyrymyry.]

[I bardzo chciałbym wyjaśnić dowcip zawarty w tytule notki, ale brat musiałby mi odświeżyć pamięć, bo to jego znajomy był.]