Bałwan jestem

Szedłem do autobusu pod wiatr. Prawie całe prawie trzy kilometry. Wiatr niósł ze sobą śnieg z deszczem, który się sukcesywnie odkładał na mojej piersi, tak że pod koniec marszruty wyglądałem jak bałwan.

Wyszedłem z domu 20 minut wcześniej niż dzień przed. Trochę to był przypadek a trochę rozum. Dojechałem tylko 13 minut wcześniej niż dzień przed. 7 minut straty na kataklizm to rewelacyjny wynik, chociaż trasa jest relatywnie krótka. Pomimo to, po forsownym marszu bałwaniarskim, autobusu na pętli nie zastałem. Zajechał zaraz potem, chociaż powinien już czekać od dawna. Czyli jednak jakieś znamiona kataklizmu to miało.

„Pogoda tylko dla twardzieli”, pomyślałem przedzierając się przez żaby do pracy (już z autobusu), w oczywistym przekonaniu, że to ja jestem tym twardzielem. Tylko dla Orłów. Nie takie to rzeczy się przeżyło, kiedy mieszkaliśmy nad Łachą. Było na przykład kompletnie ciemno. I błoto po kostki (i jezioro po lewej). Reszta mniej więcej taka sama. I ten widok jak u Poego: światełko w oddali, niosące obietnicę i nadzieję, migające w rytm zasłaniających je gałęzi kołyszących się na zimnym wichrze (niosącym wodno-lodową breję). Niezapomniane wrażenia.

I kiedy już doszedłem do budynku Firmy, byłem… szczęśliwy! Taki ze mnie bałwan. Albo twardziel.

[Pisałem wczoraj, umieszczam dziś, bo kataklizm jednak był i wyłączył spory kawał warszawskiej sieci energetycznej. U nas prądu nie było tylko dwie godziny, ale Ynternetofcy, a raczej operator nadrzędny, trafili gorzej.]

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s