Konstytucja rzuciła wyjątek

Napisano konstytucję; i uznano, że jest dobra.

A w ostatnim tygodniu uruchomione zostały fragmenty konstytucji, które się pisało, bo trzeba było napisać. Intencja była dobra: żeby „bezprezydencie” trwało jak najkrócej. A tu okazało się, że, zwłaszcza po odjęciu okresu żałoby, z przepisowego maksymalnego czasu do „awaryjnych” wyborów pozostaje „prawie nic” na kampanię, a tu jeszcze trzeba się śpieszyć ze zbieraniem wymaganych podpisów dla komitetów wyborczych (ktoś tam powiedział, że i tak teraz nie wyobraża sobie całego tego wyborczego cyrku; spokojna głowa – teraz trudno to sobie wyobrazić, ale za tydzień-dwa wszystko będzie o wiele prostsze).

Jako zawodowy programista doskonale wiem jak to jest. Nic nie jest tak, za przeproszeniem, upierdliwe jak obsługa błędów. Obsługa błędów jest, bo musi być (zlituj się Panie nad programistami, którzy o tym nie wiedzą). Zazwyczaj jest spychana na margines, zostawiana na ostatnią chwilę, kiedy to okazuje się, że powinna być integralną częścią projektu od samego początku, i bardzo, bardzo rzadko testowana. I dopiero w momencie katastrofy okazuje się, że wszystko nie tak.

Obawiam się, że programiści mają więcej wspólnego z prawnikami niż mam ochotę się przyznać.

Skrzydła

Starałem się. Bardzo się starałem, ale nie mogłem się zmusić do grobowego nastroju.

Taki ze mnie wesoły cynik.

Wyznaczyłem sobie zatem pokutę. Wyrwałem się z domu godzinę wcześniej niż zwykle, do pracy zajechałem 40 minut później niż zwykle (poprzedniego dnia przygotowałem grunt wychodząc z pracy 35 minut później niż zwykle), a po drodze zahaczyłem bardzo szerokim łukiem (dwukrotnie przeprawiając się przez Wisłę, co o tej porze dnia nie należy do szczególnych przyjemności) o Politechnikę, by nagryzmolić kilka kompromitująco koślawych kulfonów w księdze kondolencyjnej, jaką w Dużej Auli wystawiono inż. Justynie Moniuszko – absolwentce Wydziału Mechanicznego, Energetyki i Lotnictwa, stewardessie prezydenckiego samolotu, a także pierwszej w historii miss Politechniki Warszawskiej.

Albowiem poruszyła mnie dopiero informacja o niej.

Albowiem studiowała na tej samej uczelni w tym samym czasie co ja (to co, że na innym wydziale?).

Albowiem śledziłem tamte pierwsze wybory ze szczególnym zainteresowaniem, o czym zresztą pisałem.

Albowiem to co innego, gdy prezydent ginie w służbie dla kraju, a co innego, gdy młoda, ambitna osoba z całym życiem przed sobą ginie w służbie dla prezydenta.

Izolacja na infostradzie

Tak się dziwnie składa, że nie czerpię najnowszych wiadomości z Internetu – mam czytnik RSS zapchany różnymi kanałami, ale wszystkie są o informatyce, technologii, albo jakoś inaczej niezwiązane z mediami. Jedyny kontakt z nimi mam przez pół godziny podczas obiadu, kiedy zamiast się gapić tępo w talerz mogę się gapić tępo w telewizor (i tylko do tego mi się przydaje to pudło).

I to dlatego piszę o brudzie na monitorze i zupełnie nie wiem co tam się dzieje na świecie. W takim Smoleńsku na przykład.

To dziwne uczucie. To dziwne uczucie nie wiedzieć co się dzieje, kiedy wszyscy wiedzą; to dziwne uczucie mieć martwego prezydenta.

[Ma się rozumieć, że za nim nie przepadałem, ale w żadnym wypadku nie jestem zadowolony z tego, co się stało – to jest jak oszustwo, a oszustwo jest dla małych duchem.]

Jezucha Twierdzenie o Rzucaniu Mięchem

Że gram w jakąś grę, można poznać łatwo: z pokoju, w dość regularnych odstępach, wylatują soczyste wiązanki. Rodzina od wielu lat już puka się w głowę argumentując, że skoro tak mnie to denerwuje, to po co się zmuszam. Ale to nie tak. To jest dziedzina Jezucha Twierdzenia o Rzucaniu Mięchem:

Jeśli gra nie prowokuje Cię do rzucania mięchem, to nie jest dostatecznie wyzywająca.

[I znów, jak to mawiają Anglosasi, no pun intended. Chociaż może trochę jednak intended.]

Zygmunt Biały Kruk

Przed przedświątecznymi zakupami wybrałem się, oczywiście, do bankomatu, pobrać kwotę projektowanych wydatków, plus odpowiedni margines błędu, czyli w sumie 200 złociszy. No i bankomat wydał 200 złociszy. Jednym banknotem.

Przez jakiś ułamek sekundy mnie zamurowało. Po czym sobie uświadomiłem, że nie trzymałem w dłoniach tego nominału prawdopodobnie od jakichś 10 lat, od czasu, kiedy Szefu-Frąsuz wypłacał mi dolę do łapki. Jakoś chyba to rzadko jest spotykane zjawisko, przynajmniej poza kręgami mafijnymi i łapówkowniczymi, gdzie kluczowe są duże kwoty w postaci gotówkowej. [Tak się składa, że nie należę do żadnej z tych grup. Jaka szkoda.]

Mój szofer (że się tak wyrażę) też był zaskoczony. A ponieważ po zakupy wybieraliśmy się na bazar (a nie do, tfu tfu, supermarketu – tfu), pojawiła się kwestia potencjalnego zawału serca u kupców na widok czegoś takiego. Więc udaliśmy się na pobliską pocztę w celu dokonania zamiany na coś bardziej strawnego dla prostego, wiejskiego obywatela.

A na poczcie panienka w okienku spojrzała podejrzliwie i zapytała:

– Czy to aby nie fałszywe?…

Pani w okienku na poczcie też nie jest łapowniczką ani nie jest szefem mafii. Dobrze wiedzieć.

Te omegi

Ledwie słów tych dopisał, grzy przyleciał rodziciel z wiadomością, że znalazł „wstrząsający” wywiad poruszający kwestię masła i margaryny. Rzeczone omegi pojawiają się tam dość często.

„My chcemy masła a nie margaryny”

Kto kiedykolwiek wierzył w szczere intencje producentów margaryny, ten nie zasługuje na miano Cynika. Ale to na marginesie, bo ja nie przeprowadzałem wieloletnich badań i się nie znam.