Jezucha Twierdzenie o Rzucaniu Mięchem

Że gram w jakąś grę, można poznać łatwo: z pokoju, w dość regularnych odstępach, wylatują soczyste wiązanki. Rodzina od wielu lat już puka się w głowę argumentując, że skoro tak mnie to denerwuje, to po co się zmuszam. Ale to nie tak. To jest dziedzina Jezucha Twierdzenia o Rzucaniu Mięchem:

Jeśli gra nie prowokuje Cię do rzucania mięchem, to nie jest dostatecznie wyzywająca.

[I znów, jak to mawiają Anglosasi, no pun intended. Chociaż może trochę jednak intended.]

Zygmunt Biały Kruk

Przed przedświątecznymi zakupami wybrałem się, oczywiście, do bankomatu, pobrać kwotę projektowanych wydatków, plus odpowiedni margines błędu, czyli w sumie 200 złociszy. No i bankomat wydał 200 złociszy. Jednym banknotem.

Przez jakiś ułamek sekundy mnie zamurowało. Po czym sobie uświadomiłem, że nie trzymałem w dłoniach tego nominału prawdopodobnie od jakichś 10 lat, od czasu, kiedy Szefu-Frąsuz wypłacał mi dolę do łapki. Jakoś chyba to rzadko jest spotykane zjawisko, przynajmniej poza kręgami mafijnymi i łapówkowniczymi, gdzie kluczowe są duże kwoty w postaci gotówkowej. [Tak się składa, że nie należę do żadnej z tych grup. Jaka szkoda.]

Mój szofer (że się tak wyrażę) też był zaskoczony. A ponieważ po zakupy wybieraliśmy się na bazar (a nie do, tfu tfu, supermarketu – tfu), pojawiła się kwestia potencjalnego zawału serca u kupców na widok czegoś takiego. Więc udaliśmy się na pobliską pocztę w celu dokonania zamiany na coś bardziej strawnego dla prostego, wiejskiego obywatela.

A na poczcie panienka w okienku spojrzała podejrzliwie i zapytała:

– Czy to aby nie fałszywe?…

Pani w okienku na poczcie też nie jest łapowniczką ani nie jest szefem mafii. Dobrze wiedzieć.

Te omegi

Ledwie słów tych dopisał, grzy przyleciał rodziciel z wiadomością, że znalazł „wstrząsający” wywiad poruszający kwestię masła i margaryny. Rzeczone omegi pojawiają się tam dość często.

„My chcemy masła a nie margaryny”

Kto kiedykolwiek wierzył w szczere intencje producentów margaryny, ten nie zasługuje na miano Cynika. Ale to na marginesie, bo ja nie przeprowadzałem wieloletnich badań i się nie znam.

Mamy już tylko jednego prezesa

[Poniższa rekonstrukcja dialogu dotyczy Spółki Zależnej, a nie całej Firmy; to nie ten Prezes. Do niedawna było trzech, stąd dodatkowa dramaturgia.]

– Słyszeliście, że mamy już tylko jednego prezesa?

… (chwila konsternacji)

– Tego co zwykle?

– Tego co zwykle.

… (kolejna chwila konsternacji)

– Ciekawe na jakie stanowisko go przenieśli.

– No, na wieczne bezpłatne urlopowanie.

– Znaczy się go wylali.

– A bo to taki prezes po znajomości był.

– Może wzięli go na chwilę, żeby spokojnie doczekał emerytury?

– I dali mu jakieś takie niepotrzebne zajęcie…

– Cięcie kosztów.

– To może w pewnym momencie stwierdził, że największym niepotrzebnym kosztem jest on sam?

– I się uciął!

Czego się dowiedziałem z Wikipedii: edycja świąteczna

Ściśle rzecz biorąc stwierdzenie, które zapoczątkowało [nie tak bardzo] wnikliwe badania, pochodzi od pewnej czeskiej modelki, której, jak się okaże, bardzo to dotyczy (jak to modelkę). Ale Wikipedia potwierdza, a skoro jest na Wikipedii, to musi być prawda. Prawda?

  • Czeską tradycją na Wielki Poniedziałek jest dawanie klapsów dziewczętom za pomocą specjalnej rózeczki z kolorowymi wstążkami (za co w zamian dostaje się pisanki). Pełni toto dokładnie taką samą funkcję jak kiedyś u nas pełnił dyngus (ale, jak słusznie zauważa Wikipedia, już nie spełnia, bo zdegenerował się do zwyczajnej bitwy ulicznej).
  • To powyższe to jest „śmigus” ze „śmigus-dyngus”; znaczy się kiedyś było to zachowanie znane szerzej w świecie Słowiańszczyzny, ale u nas zachowała się tylko nazwa (dyngusa zresztą też, nie licząc strzępów resztek pojęcia, że chodzi o coś z wodą).
  • Cały, szeroki rozdział jest w Wikipedii poświęcony dyngusowi w USA, ponieważ Amerykanie mają dziwny zwyczaj przekształcania wszystkiego w widowisko. I tak największa zorganizowana manifestacja tejże tradycji ma miejsce w Buffalo w stanie Nowy Jork, zaś jeden z akademików Uniwersytetu Yale urządza bitwę na broń wodną, w której „koty” szturmują budynek, zaś starsze roczniki go bronią i pilnują, by nikt nie pozostał suchy. (Ma się rozumieć, że wszystko to przyszło razem z Polonią.)
  • Zupełnie kuriozalna angielska nazwa „easter” pochodzi od staroangielskiego „Ēostre”, co się uważa za angielską (w sensie germańskiego plemienia) wersję germańskiej bogini Ostary, patronki miesiąca, w którym wypada(ła) Wielkanoc (a tak właściwie to pewnie równonoc wiosenna, bo przecież mowa o poganach). Tak się składa, że istnieją przesłanki, by uważać, że istniała proto-indoeuropejska bogini wschodu o imieniu brzmiącym Hausos (lub podobnie), od której wywodzą się Ostara, Eos (Grecja), Uszas (Indie) i Aurora (Rzym); a także nasza Zorza (czy raczej: Zorze), ale tylko duchem, nie etymologią. A od wschodu do „east[er]” już niedaleko.
  • A jeśli chodzi o nazwy, to w większości języków pochodzi ona od żydowskiego święta paschy, ale u Słowian raz jest „wielka noc”, raz „wielki dzień”, raz coś od zmartwychwstania. Typowy słowiański groch z kapustą.

Wychodzi też, że nasze baranki są ściśle nasze. Ale święconki dzielimy z Chorwatami i Słoweńcami.

I to na razie by było tyle w kwestii oświecenia.

[Czy wychodzi też, że bardzo żałuję degeneracji dyngusa?]

Szachy i komputer: co mnie nie zabije, uczyni mnie silniejszym

The Chess Master and the Computer – bardzo ciekawy artykuł (właściwie to chyba miała to być recenzja książki), w którym Garry Kasparov objaśnia w jaki sposób komputery zmieniły szachy i nasze rozumienie tej gry. Po jego słynnej przegranej z Deep Blue media już postawiły krzyżyk na szachach jako na problemie zasadniczo rozwiązanym, mimo tego, że ilość możliwych rozgrywek jeszcze długo będzie przekraczać możliwości obliczeniowe maszyn, ale dla Kasparova był to raczej impuls, żeby się [jeszcze] głębiej przyjrzeć samej grze. Najważniejszym skutkiem całej tej afery jest to, że komputery obaliły całą gamę klasycznych dogmatów na temat stylu i tego co jest dobrym ruchem, a co nie. Dzięki temu mamy coraz młodszych mistrzów szachowych, którzy, wolni od tych dogmatów, grają coraz bardziej jak maszyna (co nie znaczy, że bezmyślnie). A z drugiej strony mamy „szachy usprawnione”, w których ludzki gracz posługuje się komputerem, dzięki czemu może bardziej się skupić na planowaniu i taktyce, a mniej na takich głupotach jak pilnowanie się przed głupimi pomyłkami (żaden komputer nie wygra z połączeniem komputera i dobrego gracza – już nawet nie mistrza).

Gorąco polecam.