Polacy są wszędzie?

Dzisiejszy The Daily WTF zatytułowany jest „Mr. Testupacc”. Ale jeśli się przyjrzeć bliżej tytułowemy obrazkowi, okazuje się, że powinno być: „Mr. Testdupacc”. Jeśli to nie jest moment z rodzaju „nasi tu byli!” to ja nie wiem co ;)

Reklamy

Szatańskie wersety

Urlop się zbliża, praca nad komponentem w zasadzie skończona, nudzi mi się.

iks@nb-337:~/the-project/src$ find module-x/ -name '*.java' -print0 | xargs -0 -n 1 sed -n '666p' return null;

Ło, ale szatański ten mój komponent. Jedyny plik dość długi, żeby miał linię 666. ma na tej linii „return null;”! To może zobaczmy najbardziej „szatański” z moich komponentów (szatańsko zakręcony i szatańsko szybki!):

iks@nb-337:~/the-project/src$ find module-y/ -name '*.java' -print0 | xargs -0 -n 1 sed -n '666p' && (parameterTypes[3] == codecType || genericParameterTypes[3].equals(codecType))) { buf.append(" readable"); * @return {@link PacketDescription} of any of the base type, packet type or abstract intermediary type for the

Trzy razy bardziej szatański! No, przynajmniej jeśli chodzi o linie, chociaż jedna z nich to fragment dokumentacji. Ale za to inna trafiła chyba na samo jądro ciemności: refleksyjne poszukiwanie konkretnego typu parametrycznego na N-tej pozycji w parametrycznym interfejsie implementowanym przez podaną klasę. Kto raz na to spojrzał, ma pewne miejsce w N-tym kręgu piekła. Więc co można powiedzieć o kimś, kto to napisał?… A nie, to chyba tylko część wewnętrznego kompilatora. Też zło wcielone, ale nie ta kategoria. Nie liczy się ;)

A co z najbardziej diabelskim modułem napisanym przez zewnętrznego dostawcę?

iks@nb-337:~/the-project/src$ find module-z/ -name '*.java' -print0 | xargs -0 -n 1 sed -n '666p' return "CANCELLED"; pos = pos + 5; int sLen = 0; sb.append('\''); sb.append('\''); sb.append("',"); sb.append("',"); int pos = 5; } pos = pos + stringSize; sb.append(" }\n");

Jeśli się kto przyjrzy, to zauważy, że prawie wszystko to jest kodem wygenerowanym automatycznie. Apage!! No i może jeszcze na koniec komponent, który uważam za szatański, bo został napisany w celu zastąpienia mojego komponentu:

iks@nb-337:~/the-project/src$ find module-traitor/ -name '*.java' -print0 | xargs -0 -n 1 sed -n '666p'

Nic!? Czuję się zdradzony…

Głupie pytania, część 95.

Czym tak naprawdę różni się powieść dziejąca się 500 lat w przeszłości od powieści dziejącej się 500 lat w przyszłości? Obie bądź co bądź przedstawiają świat zupełnie nam obcy, zaś dobra powieść tak czy siak jest o ludziach, z tą tylko różnicą, że obie mogą stawiać bohaterów wobec innych wyzwań. Więc czym?

[Pytanie między wierszami brzmi właściwie: czy to jest wystarczający powód, żeby nie lubić Science Fiction? PeeS: połowę tego wpisu ukradłem od Isaaca Asimova. Przepraszam.]

Jak zrzucić te kilogramy

Święta, święta i po świętach pojawia się w każdym serwisie informacyjnym „reportaż” z rodzaju „jak zrzucić po świętach te kilogramy”. Wszystko oczywiście mija się z celem, albowiem sposób jest trywialnie prosty:

  1. Nie nabierać kilogramów.
  2. Nie ma punktu dwa.

To jest wersja świecka. W wersji ściśle katolickiej teoretycznie wygląda to tak:

  1. Post (stracić N kilogramów).
  2. Święta (odzyskać N kilogramów).

Przykro mi – albo jedno, albo drugie. Pomiędzy jest ten najgorszy grzech, relatywizm moralny. I hedonizm. Pomiędzy są te dwa największe grzechy… [I tak dalej.]

Tak się składa, że nie jesteśmy tym plemieniem afrykańskim, które przez cały rok umiera z głodu, żeby jednej nocy sobie wszystko powetować i umierać z przejedzenia. Jesteśmy cywilizowanymi, rozumnymi ludźmi i wiemy co nam potrzeba, prawda? Prawda…?

[I takim optymistycznym akcentem kończymy dzisiejsze wymądrzanie się.]

Plusy i minusy bezreligijności

Piszę to wróciwszy z formowego „poczęstunku” Firmowego z okazji świąt. Plusem czegoś takiego jest wyżerka; minusem – konieczność wysłuchania Prezesa. Nie to, żeby źle mówił, czy coś, ale to tylko odciąga od wyżerki. Na szczęście sezon urlopowy się zaczął na dobre i nie było zbyt wiele osób, które by mnie dalej odciągały od wyżerki, przynajmniej tych z Zespołu. Jedyny pozostały kolega z mojego pokoju olał sprawę i poszedł na obiad płatny (frajer). Z jednej strony może to przejaw tego, że ostatnio stał się Poważnym Mężem i Ojcem, ale z drugiej co to za nieodpowiedzialność tak trwonić pieniądze tak krytycznie potrzebne Rodzinie, podczas gdy Firma stawia taką wyżerkę? No ale teraz to ja odciągam od wyżerki.

Podczas pogaduszki z jednym Kolegą z Zespołu, który „tymczasowo” przeszedł do innego Działu, napomknąłem coś o „święcie, którego nie obchodzę”. On na to: „Czyli w poniedziałek przychodzisz do pracy?”. Nie, nie przychodzę, a to dzięki temu, że ten dzień wolny został mi narzucony odgórnie przez tyranię państwa podobno świeckiego. Kiedyś się mówiło „dobry tyran” lub „zły tyran”; zdaje się, że dni wolne w święta, których nie obchodzę, to przejaw tej „dobrej tyranii”. To nasuwa myśl, że najlepiej w Polsce przechrzcić się na jakąś podobnie zaborczą religię, jak ta nasza „narodowa” – wtedy ma się wszystkie te ustawowo wolne święta, a także ustawowo nie-wolne dni, w które jednakowoż kategorycznie nie można pracować wedle swojej religii. Podobno szefostwo się wkurza, jak się robi takie numery, ale mam wystąpić przeciw swoim przekonaniom religijnym? Nigdy!

Tymczasem ja jestem bezwyznaniowy (w najlepszym razie mam swoją własną „religię”; czemu miałbym się ograniczać do cudzych pomysłów?) i większość świąt jest dla mnie niespodzianką, bo pomimo trzydziestu lat na karku nadal nie pamiętam i nie jestem w stanie przejmować się tym, kiedy akurat dane święto wypada. Niespodzianki bywają fajne, jak na przykład ten nieszczęsny poniedziałek – kolega pyta czy w takim razie przychodzę w poniedziałek do pracy, a ja na to „O! To poniedziałek jest wolny? Fajnie!”. Z drugiej strony jednak zdarzają się sytuacje z rodzaju „jak to wszystkie sklepy dzisiaj pozamykane?!?!”. Wiem, wiem, taki obibok jak ja powinien zawsze z wielką starannością pilnować kiedy może się obijać, ale może lubię niespodzianki? No, przynajmniej takie niespodzianki. Na podobnej zasadzie nastawiam sobie budzik dobrą godzinę wcześniej niż by wypadało, bo czyż jest coś fajniejszego niż zostać brutalnie obudzonym o bladym świcie i sobie uświadomić, że można sobie jeszcze poleżeć, i to nie pięć minut, ale całą godzinę?

Ktoś mógłby mi zarzucić, że tak strasznie wszystko spłycam, że życie nie ma dla mnie żadnej duchowej treści i w ogóle. Będę się mógł dokładniej ustosunkować kiedy ktoś mi powie co to właściwie znaczy, ale póki co wydaje mi się, że moje życie może jest zdominowane przez egzystencjalne zmagania i wieczny moralny niepokój, ale to wyłącznie przejaw tego, że za dużo myślę, i nie jest aż takie puste, żeby trzeba było je wypełniać jakąś duchową treścią (da się w ogóle?). Poważnie, dla ilu osób w dzisiejszych czasach święta (którekolwiek) są jakimś duchowym przeżyciem?

„Grzeczni ludzie obchodzą święta jak trzeba. Niegrzeczni ludzie obchodzą święta jak chcą.”

Wyżerka!

[Póki co jestem istotą zaspokojoną żołądkowo i mogę się zdobyć na trochę życzliwości. Taki mały strumień świadomości ode mnie. Nie ma za co.]

Złośliwość

Idę z paroma znajomymi poboczem drogi. W pewnym momencie podkulam trochę nogi i zaczynam płynąć w powietrzu tuż nad nawierzchnią.

– Ojej, jak to robisz? – Zachwyca się ktoś.

– Fajnie, nie? – Nie odpowiadam wprost, bo sam jeszcze czuję się niepewnie. Miarkuję, że jak jedną nogę wyciągnę do przodu, a drugą będę się asekurował, na wszelki wypadek, może opracuję jakiś „naukowy” sposób sterowania tym. Ale póki co muszę sobie czasem pomagać rękoma.

– Zazwyczaj poznaję po tym, że śnię. Ale chyba nie tym razem. – Dodaję kiedy znaleźliśmy się na szczycie wiaduktu.

Po drugiej stronie wiaduktu okazuje się, że jest zima, a śnieg jest starannie wyślizgany i ubity. Co za okazja! Zjeżdżam więc na tej swojej „poduszce powietrznej” z pochyłości, pędzę coraz szybciej, bo nie ma tarcia innego niż opór powietrza, prawie zderzam się z jakąś babcią i szaleję na muldach. Radość!

Zaraz potem oczywiście się okazuje, że leżę w łóżku i klnę pod nosem, że znów zostałem oszukany.