Dzień po urlopie

Kierownikodyrektor: No i jak, wypoczęty?

Ja: [ziewając i przeciągając się ze stękiem] Czy ja wyglądam… na wypoczętego…?


Kierownikodyrektor: Chciałem powiedzieć M., żeby to poprawił, ale on – tu M. energicznie kiwa głową z szelmowskim uśmiechem – powiedział, że nieee, żeby poczekać na ciebie, bo ty tak się na tym znasz i będziesz cały szczęśliwy, że się tym zajmiesz…


Pan S.: [odchodząc od umywalki w innej części Gmachu] O! Cześć! A jednak nas czasem odwiedzasz!

Ja: [wita go skinięciem głowy i lekkim uśmiechem]

Pan S.: I jeszcze ani razu się nie odezwałeś!

Dowód, dlaczego prezydent Argentyny jest wstrętnym dyktatorem

Kiedy czytałem artykuł o tym, że amerykańska prasa wściekle nienawidzi prezydent Argentyny, coś mnie tknęło. Najnowsza historia Argentyny przedstawia się w skrócie następująco: przez poprzednie parędziesiąt lat odbywał się klasyczny i tradycyjny proceder dojenia kraju przez zagranicznych inwestorów i finansistów (coś, co dopiero teraz zaczyna się przebijać do świadomości masowej, teraz, kiedy w wyniku podobnych procederów całej Europie grozi zawał). Wówczas nikt się nie śpieszył, żeby Argentynę podtrzymywać „na rurkach” i Argentyna ogłosiła bankructwo. Świat obwieścił katastrofę na skalę kosmiczną i zapomniał, tymczasem do władzy doszedł mało znany osobnik, który bezlitośnie wykopał zagranicznych inwestorów i finansistów i spłacił długi zaciągnięte w IMF. Dzięki temu (oraz innym inicjatywom, oczywiście, bo to samo by nie wystarczyło) teraz Argentyna kwitnie.

Ale oczywiście kraj, który nie jest marionetką USA, nie jest krajem mile widzianym. I dlatego nieustannie od 2003 roku amerykańska prasa przewiduje rychły upadek i rozliczenie „nieodpowiedzialnej” władzy.

I wtedy właśnie mnie tknęło, że taki „cud gospodarczy” jest przecież oczywistym dowodem, że w kraju się źle dzieje, ponieważ, historycznie rzecz biorąc, istnieje silna korelacja między dyktaturą a kwitnącą gospodarką – wystarczy sobie przypomnieć co Hitler zrobił z dychawicznymi Niemcami epoki Republiki Weimarskiej. Mussolini też jest dobrym przykładem, ten, który sprawił, że pociągi wreszcie jeździły na czas. I pewnie znajdzie się wiele innych.

Proszę. Teraz możecie zacząć bombardować Argentynę. Nie ma za co.

[Jeśli ktoś się zastanawia, to celowo starannie omijam temat Niemiec i Japonii po II Wojnie Światowej. Ponieważ, historycznie rzecz biorąc, i z tego co wie ten kompletny laik, nigdy nie wiadomo gdzie i kiedy i dlaczego nastąpi jakiś cud gospodarczy…]

Avaaz mnie irytuje

Avaaz wydaje się być jedną z tych Dobrych Rzeczy, Które Warto Wspierać. Mają efektowną stronę i podobno są efektywni. Piszę „podobno”, bo prawie nigdy nie piszą jaki skutek odniosły poszczególne ich akcje (wyjątki się zdarzają kiedy chcą zrobić jakieś „drugie uderzenie” i reklamują się „powalającym sukcesem” pierwszego), a to chyba, moim skromnym zdaniem, ważna informacja. Skoro już pozwalają mi być leniwym i nie śledzić z zapartym tchem wszystkich tych spraw wymagających „masywnego okrzyku niezadowolenia”, to mogliby mi też powiedzieć co dał ten mój słaby głosik niezadowolenia, jakiego im użyczyłem. Ale to nie to mnie irytuje. Irytuje mnie, że kiedy piszą do mnie z wezwaniem do akcji, to zawsze jest to dzień, najwyżej kilka, przed zdarzeniem, na które ma to mieć wpływ. Nie wiem, może poczucie pilności sprawy ma pomóc takim rozleniwionym pożeraczom informacji jak ja ruszyć tym palcem i kliknąć, zamiast odkładać to na później. Może „masywny okrzyk niezadowolenia” rzeczywiście lepiej działa dzień przed tym, gdy spasieni kapitaliści popalający cygara mają coś zdecydować, niż miesiąc czy pół roku przed. Mi jednak wydaje się, że zawsze próbują mnie poderwać do odpowiedzialności obywatelskiej kiedy jest już zdecydowanie za późno. Za późno, by cokolwiek to zmieniło i, przede wszystkim, za późno na jakąś sensowną dyskusję nad tym o co właściwie chodzi, na czym polega problem i jakie są opcje jego rozwiązania. Czuję się jak frajer, którego ktoś próbuje wykorzystać w swoim konkretnym politycznym celu przeciwko jakiemuś innemu konkretnemu politycznemu celowi. Czuję się jak narzędzie krzyczące głosem niezadowolenia kogoś innego.

Ale i tak ich wspieram, bo, mimo wszystko, nawet jeśli jest to cudzy głos, to w większości przypadków jest tej samej tonacji co mój.

Zakamuflowana opcja rosyjska

Kiedy w bardzo niedługim okresie czasu zarówno Rosja jak i Białoruś porzucają zmiany czasu na i z letniego, a Ukraina poważnie bierze to pod uwagę, to wiedz, że coś się bardzo mocno dzieje. W świetle tego, że te dwa ostatnie kraje nie robią tego ze względu na troskę o zdrowie psychiczne obywateli, jak się oficjalnie podaje, tylko żeby być bliżej Rosji, nasze uparte pozostawanie przy zmianach czasu zaczyna brzmieć podejrzanie. Na pewno chodzi o to, żeby chociaż przez z grubsza pół roku być bliżej Moskwy!

Niestety, Moskwa sama zniweczyła ten szatańsko-moskalski plan, bo tamtejsze zniesienie zmian czasu polega na pozostaniu w czasie letnim, czyli dalej od nas odsuniętym. Siły ciemności są potężne, ale da się je pokonać!

[Nie muszę chyba dodawać, że jeśli/kiedy i u nas zostaną zniesione zmiany czasu, to napiszę zjadliwy tekst o tym, że nasz służalczy rząd chce się przypodobać Moskwie. Uczcie się od mistrzów demagogii w prasie!]