Nawrót

Znów zacząłem jeść czekoladę.

A już tyle czasu byłem czysty. Od kilku miesięcy nie miałem ochoty na czekoladowe słodkości. Ale wygląda na to, że raz uzależniony od produktów z kakaowca na zawsze pozostaje uzależniony. Wystarczyła tylko jedna zajawka przedświątecznej promocji. Jedna półka obłożona tabliczkami promocyjnej czekolady… Nie mogłem się powstrzymać. Naprawdę nie mogłem.

To byłem ja, Krzysztof czekoladoholik ;)

Amerykanka w Józefowie

Jechałem pociągiem wzdłuż Linii Otwockiej i czytałem książkę; pociąg zbliżał się właśnie do stacji w Falenicy i lektor w głośnikach oznajmił: „przystanek: Falenica”. Po krótkiej chwili dodał: „granica strefy biletowej”. Codzienność każdej kobiety pracującej i każdego mężczyzny pracującego; oklepana fraza wielokrotnie słyszana przez każdego zmęczonego, uczciwie pracującego na dobrobyt kraju obywatela dojeżdżającego tą kolejką.

Jednak po chwili rozległ się żeński głos. Trochę nieśmiało, nieskazitelną angielszczyzną – a raczej amerykańszczyzną – i z lekką nutą paniki, zapytał czy pociąg jedzie dalej czy też tu się zatrzymuje już ostatecznie.

Cisza.

Lekka konsternacja.

Wreszcie ktoś powiedział, nieskazitelną polszczyzną, że pani pyta czy pociąg jedzie dalej. Albo był to impuls konieczny by skłonić innych do działania, albo też minął przepisowy czas konsternacji, u każdego osobnika podobny, w każdym razie rozległo się więcej głosów śpieszących z poradą. Ostatecznie wszystkie inne ustąpiły przed pewnym panem, który trochę kalecząc język, ale jednak porozumiał się z panią i wyjaśnił, że nie, pociąg jedzie dalej do Otwocka.

Mniej więcej wtedy się obejrzałem i poprzez tłum dostrzegłem siedzącą przy drzwiach, dosyć blisko mnie, w miarę młodą dziewczynę, wymuskaną i lśniącą jak przystało na prawdziwą Amerykankę. Wyraz ulgi malował się na twarzy o azjatyckiej urodzie.

– Can you tell me where is the station J… J… Jo…

– Józefów?

Biedactwo. Szczebrzeszyn to to nie jest, ale widocznie też może sprawić kłopot nieprzyzwyczajonemu językowi. A więc jedzie do mojej rodzinnej miejscowości! Niestety, ja już tam nie mieszkam; wysiadłem w Falenicy.

Kilka spostrzeżeń muzycznych na połowę listopada

Niezbyt rezolutnie o Lamb of God: Lamb of God na tej płycie stał się jednym z tych zespołów, które przerosły swojego wokalistę. Normalnie konwencją nie nadąża. Póki co jeszcze jakoś trzyma się to kupy, ale obawiam się, żeby nie został ich kulą u nogi…

Katatonicy w zaułku: Płyta nie jest zła, ale jakoś nie ma czego się uchwycić i większość wylatuje drugim uchem. Chociaż może to i lepiej?… Mam bardzo dobrą pamięć muzyczną i zazwyczaj mogę się obejść bez odtwarzacza, jeśli coś już znam. Okrada mnie to jednak z tej radości poznawania muzyki wiecznie na nowo… Może takie płyty jak ta są rozwiązaniem? ;) Tak czy siak, poprzednia Katatonia nadal rządzi i dominuje.

Sounds of the Sounds of the Universe: Jeszcze tego brakowało, żebym zaczął recenzować Depeche Mode ;) Trochę suchar, ale z każdym przesłuchaniem bardziej mi się podoba. Tak to już jest – ludzie mnie namawiają, żebym zainteresował się jazzem, a ja skręcam w stronę elektroniki ;)

Głupie pytania, część 119.

To trochę wbrew konwencji cyklu, no ale coś głupiego w tym jest. Pytanie o głupią sytuację chyba podpada pod głupie pytania? ;) A więc…

Czy zdarzyło Ci się nałożyć na szczoteczkę do zębów coś innego niż pasta – powiedzmy, krem do rąk?

[Bogowie, nie! Ale dziś wieczór byłem prawie w odpowiednim stanie umysłu, żeby coś takiego zrobić ;)]

Jak to jest mieć przerośnięty mózg

Tak, wielki mózg ma wiele zalet. Ogrzewa krew, która roznosi ciepło po całym ciele. Ma swoją masę, dzięki czemu kark jest silny i umięśniony. Martwica mózgu może sobie dłużej szaleć zanim dotknie tych kilku szarych komórek niezbędnych do przeżycia. I tak dalej, i tak dalej. Niestety, jak to bywa w życiu – coś za coś. Ponieważ wielki mózg po prostu nie mieści się w czaszce. Każdy pewnie choć raz doznał tego uczucia, jak to spuchnięta wątroba obija się o sąsiednie organy. To jest mniej więcej tak samo, tylko że w głowie. Nie jest to groźne, bo przecież po coś jest cała ta masa nieużywanych obszarów („watowanie” czaszki, znaczy się), ale jednak jest to trochę nieprzyjemne i objawia się bólami głowy.

Tak jak u mnie dziś wieczór.

Auć.

Nie rozumiem jazzu

Z góry zaznaczam, że nie chodzi mi o krytykowanie niczyjego gustu ani obrażanie niczyich uczuć reli… eeeeee, estetycznych. Opisuję jedynie swoje odczucia i jeśli coś, to jest to wyraz żalu, że jest mi niedostępny ten (jak mówią) wspaniały świat. Bądź co bądź miliony much… eeeee, fanów nie mogą się mylić.

To powiedziawszy, wyznaję: nie pojmuję jazzu.

Dla mojego ucha jazz brzmi mniej więcej następująco: ktoś sobie brzdąka, ktoś inny sobie plumka, ktoś jeszcze inny sobie stuka (czasem jeszcze ktoś inny sobie popiarduje itp. itd.). Ja tymczasem czuję się jak ofiara tej rzadkiej przypadłości sprawiającej, że delikwent słyszy dźwięki, ale nie słyszy muzyki. Tak samo ja słyszę brzdąkanie, słyszę plumkanie i stukanie (tudzież popiardywanie), ale muzyki w tym nie widzę. Widocznie mój biedy, upośledzony mózg potrzebuje jakiejś struktury, jakiegoś szerszego zamysłu w muzyce, bo inaczej wszystko rozpada się na części składowe…

Niedawno zresztą zauważyłem też inne, być może podobne zjawisko: nie dociera do mnie muzyka około-wirtuozerska. Przeczytałem, że nowa płyta Steviego Vaia jest dobra. No to przesłuchałem. W trakcie jednak rzuciło mi się w uszy, że słuchając skupiam się na i śledzę muzyków akompaniujących, zaś to, co główna gwiazda wyczynia na gitarze solowej zupełnie jakoś do mnie nie dociera (w sensie, że dosłownie przestaję to słyszeć).

Kurna. I nawet nie mam jak się dowiedzieć co przez to wszystko tracę ;)