High-Rise: wrażenia

Skrót fabuły: mozolnie poznajemy bohaterów, relacje i napięcia między nimi, po czym nagle, bez większego powodu, wszyscy wariują i od tego momentu kompletnie nie wiadomo kto, co i po co. Trochę trudno się identyfikować z bohaterami jeśli się nie wie czemu robią to co robią – albo kiedy jest to zbyt oczywiste. Albowiem nie wiem jak w książkowym pierwowzorze, ale w filmie alegorie są trochę zgrubne: mieszkańcy wyższych pięter mają się za lepszych i narzekają, że ci z niższych pięter „nie znają swojego miejsca”; seks jako symbol najniższego upadku; i tym podobne. Po wariatach można się spodziewać wszystkiego, więc kiedy ktoś robi coś zwariowanego, nie czuć w tym głębszego sensu. W sumie nie wiadomo o czym reżyser chciał żeby ten film był – wychodzi jakby chciał po prostu szokować seksem i przemocą (może nawiązując do kinowych trendów z lat 70., w klimacie których film jest utrzymany).

Nie wiem, może ktoś lepiej znający się na literackich metaforach lepiej to przyjmie, ale ja byłem w najlepszym razie zmieszany, nie wstrząśnięty :)

Kilka spostrzeżeń muzycznych patrzy wstecz

Suchar Magnetic: To trochę absurdalne uczucie pisać „staroć” o najnowszej płycie zespołu kiedy zespół ów jest nadal aktywny. Panowie z Metalliki siedzą ponoć w studiu i męczą nowy materiał. Męczą i męczą i coś się obawiam że nie wyjdzie to najlepiej temu materiałowi. Przykładowe case study: „Death Magnetic”. Płyta jest ogromnym krokiem do przodu znad krawędzi przepaści jaką było St. Anger, ale jest jedno ale. (W sumie to nawet dwa, bo produkcję też zawalili nieco.) Poszczególne utwory brzmią jakby komponowali je na zasadzie „O, mam pomysł! Gdzieś go muszę wcisnąć.”. Snują się, błądzą opłotkami, i wcale nie jest to snucie na modłę post-metalową, gdzie o to w tym wszystkim chodzi. W efekcie najlepiej wypadają te najkrótsze (zaledwie po sześć minut z groszami) – „Broken, Beat and Scarred” i „Cyanide” – i gdyby poucinali po minutę-dwie z każdego kawałka, wyszłaby płyta naprawdę świetna. (No i gdyby produkcja była mniej „nowoczesna”.) A tak w ogóle to nie to żebym się czepiał, ale… :)

Katatonicy w zaułku redux: A skoro już mowa o sucharach i starociach, to przeglądać stare „spostrzeżenia” trafiłem na jedno, które muszę zrewidować: „Dead End Kings” zyskało z czasem wręcz monumentalnie. Po jakimś czasi chwyciło za serce i trzyma mocno. Wiem, że płyta jest kontrowersyjna (jeden recenzent napisał „drażniąca”), ale ja się stanowczo znajduję w obozie „za”.

Walą wielu? redux: I jeszcze jedno sprostowanie… Gdybym dzisiaj pisał recenzję „Valonielu” Oranssi Pazuzu, napisałbym że z płyty na płytę robi się coraz lepiej i coraz ciekawiej. Tak. Może i w pierwszej chwili brzmiała „normalnie”, ale z czasem ujawniła swoje ukryte piękno. Nie mogę się doczekać by zobaczyć czym mnie zaskoczą na następnej płycie!

Cloverfield Lane 10: wrażenia

Film mi się podobał. Przez pierwsze 95 minut (ze 105 czasu trwania). Coś na kształt Take Shelter, ale pod innym wektorem natarcia. John Goodman rządzi (jak zwykle). Ale to zakończenie… Ech. Zbyt dosłowne, oj zbyt dosłowne. Pod tym względem przypomina mi Jestem legendą, którego dwa pierwsze akty były bardzo spoko, ale trzeci odbiegał od książkowego pierwowzoru, w czym nie byłoby nic złego, gdyby nie robił tego w głupi sposób. W każdym razie – polecam. Niech ostatnie 10 minut nie popsują wam wrażenia :)

[I jeśli jest w Polsce ktoś, komu tuż przed wyjawieniem tego durnego zakończenie nie będzie się cisnął na usta cytat z pewnego nieco podobnego klasyka polskiego kina, niech będzie przeklęty! Bo scena jakby żywcem zerżnięta.]