Kilka spostrzeżeń muzycznych gdzie jakość idzie z całą pewnością w parze z ilością

Heart of a Coward: Wcześniej pisałem o nich, że „ścigają [Scyllę] ale jakoś słabo”. W sumie nie jest tak źle, jeśli można to nazwać „źle” ;) W notatkach do niniejszej notki zaś mam zapisane dwa słowa: djentowy Soilwork?

Mowa nienawiści? Wiem, jestem strasznie zapóźniony. Ale kiedy słyszę określenie „hardcore”, generalnie mi się odechciewa. Powiedzmy, że to wyjątek potwierdzający regułę :) Gdyby Crowbar zachowali ten ogień z czasów kilku pierwszych płyt, graliby w ten sposób. I to mi się podoba.

Burn my ears: 22 lata minęły. Nie zestarzało się ani krztynę. I tyle mam do powiedzenia.

Exegi Monuments redux: Nie miałem pojęcia że ta płyta tak mi się spodoba! Wrażenie dodatkowo wzmocnione po zapoznaniu się z debiutem, który wcale nie jest zły, tylko… normalny (jak na ten styl, ma się rozumieć). W porównaniu z pierwszą, druga płyta to zupełnie inna jakość.

Obyś żył w ciekawych [muzycznie] czasach? Pierwszy raz coś z tej płyty usłyszałem bez zapowiedzi, więc nie wiedziałem co to jest. Słucham i myślę: brzmienie Gojiry, ale muzycznie wcale nie Gojira. Po czym okazało się, że to Gojira. Drugi singiel tylko umocnił pierwsze wrażenie: Gojira skręca w stronę metalcore? Po czym okazało się, że reszta płyty jest zupełnie inna. No i wybuchło piekiełko: jednym się podoba, inni odsądzają zespół od czci i wiary. Są momenty mocne (wspomniane single, „Pray”), są momenty dziwne (tytułowy), są typowe dla Gojiry momenty zupełnie od czapy (żeby nie powiedzieć że z dupy wzięte; „Yellow Stone”). Moja opinia? Jest… ciekawie.

Co za dużo Łabędzi to niezdrowo?: Swans mają chyba jakieś motorki w tyłkach. Trzecia z kolei podwójna płyta, w odstępach dwuletnich… Ale oni mają na to formułę: jamowanie, a jak coś wyniknie to nieustanne męczenie rezultatu. W pewnym momencie wchodzą do studia i nagrywają tak jak to w tej chwili wygląda. Potem utwory od razu się zmienia, więc na koncercie nie spodziewajcie się rzeczy znanych z nagrań. Muszę powiedzieć że przy trzeciej tak wyprodukowanej płycie zaczyna to być męczące, zwłaszcza że tym razem otrzymujemy trzy (trzy!) kawałki o czasie trwania zbliżającym się do pół godziny (!). Trzeba być fanem. Bo żeby trafić do zgreda piszącego te słowa trzeba trochę krócej, a konkretniej.

Spyla kopa: Gdyby ś.p. Layne Staley przeżył, prawdopodobnie tak by dzisiaj brzmiało Alice In Chains: charakterystyczna barwa głosu od której łezka się kręci w oku, harmonie wokalne, ponuractwo – jest wszystko co trzeba. Na szczęście tylko w co N-tym utworze, bo gdyby tak było cały czas to by było niezdrowo. Wszak Alice In Chains jest tylko jedno.

Meta-spostrzeżenie: podejrzanie dużo tutaj „gdyby X cośtam, to by tak grał”. Muszę chyba sobie kupić nowy szablon. [I tak jedno skasowałem w międzyczasie ;)]

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s