Niemcy (Kolonia): wrażenia

Kręcę się po mieście, cykam fotki kijowym aparatem w telefonie i coraz bardziej burczy mi w brzuchu. Rozglądam się więc za jakąś przyzwoitą knajpą, która nie jest MacDonaldem czy innym junk-foodem, bo po cholerę jechać kilkaset kilometrów żeby się napchać tym samym gównem co wszędzie? O, jest smażalnia ryb „Pod śledziem”. Śledzie to raczej nic wykwintnego, a jak jest Ren to muszą być i ryby. Lokalne żarcie FTW! Wchodzę, siadam, zamawiam kawę. I dopiero wtedy zaglądam do karty, i trochę mi miękną nogi. Bo nawet śledź ma europejską cenę. Do tego wszystko jest z dodatkiem… bekonu? Ostatecznie udało mi się znaleźć pulpeciki rybne i zmieścić w granicach 20€.

Ale przynajmniej nie był to Bratwurst. Czy inny Curry-Wurst, na punkcie którego Kolonianie zdają się mieć ostatnio hyzia.


– Dworzec [kolejowy przy lotnisku we Frankfurcie] niezły, ale [przejrzysty dach] brudny jak w Polsce.

– Może nawet bardziej.

W tym momencie rozmowa schodzi na temat Złotych Tarasów, które mają podobne zadaszenie. Po chwili dołącza do nas kolejny uczestnik wycieczki.

– Kurcze, już się przestraszyłem o czym wy rozmawiacie! O czystych tarasach, a ja usłyszałem o czystszych rasach.

BTW: pociąg też przyjechał uświniony jak w Polsce.


Generalnie wychowywałem się słuchając opowieści rodziców, którym zdarzyło się parę razy wyjechać na Zgniły Zachód w ramach tournée zespołu muzyki dawnej, o tym jak szokujące jest przekroczenie granicy między dwoma Berlinami. Że w Berlinie Zachodnim jest tak czysto że nie ma nigdzie błota i nawet jak ktoś cię ochlapie wodą z kałuży to tak jakby był to darmowy prysznic. Że tak kolorowo i że w sklepach można od ręki kupić rzeczy, po które u nas stało się w kolejkach, jeśli w ogóle były. I tak dalej, i tak dalej. Jako dorosły człowiek niby zdaję sobie sprawę, że realia się zmieniły, a poza tym pewnie było to wyolbrzymienie, ale podświadomie jednak nadal tkwi(ło) we mnie przeświadczenie, że „Zachód” znaczy „lepiej” (w ogóle to chyba nasz narodowy kompleks). Pod tym względem – Niemcy rozczarowują. Owszem, ludzie mają nieco więcej wyczucia smaku i stylu (jeśli obok starszego Niemca postawisz starszego Polaka to bez wahania możesz wskazać który jest który), miasteczka są jakby bardziej schludne, wieżowce trochę wyższe (nie wiem czy to norma, ale w Kolonii stoją porozrzucane po mieście takie odosobnione słupki i wygląda to dziwnie), a budynki reprezentacyjne z większym rozmachem – ale rozgrzebana ziemia wszędzie jest taka sama, wszędzie zdarzają się ulice desperacko domagające się remontu, galerie handlowe, lotniska i inne miejsca publiczne wyłożone takim samym bezcharakternym granitem, dworce są tak samo przykurzone, przejścia podziemne tak samo wysmarowane przez miejscowych łobuzów, którzy też są tacy jak wszędzie… i wszędzie są tacy sami żebracy.

Najważniejsze różnice i tak zapewne są w mentalności. Dwa dni (w tym jeden spędzony na konferencjach i firmowej imprezce świątecznej) to za mało żeby poznać ducha miasta, a co dopiero całego kraju, ale odniosłem wrażenie, że po deptakach przechadzali się ludzie, którzy po prostu robili to dla przyjemności, pomimo tego, że pogoda była chłodna i szara, czyli taka, która w Polsce najsilniej wywołuje tradycyjny odruch narzekania. Przechodnie snuli się powoli i tylko ja wywoływałem zamieszanie bo pędziłem nie wiadomo gdzie. Tubylcy wydawali się też mniej histeryzujący (że się tak wyrażę) i ogólnie bardziej pozytywnie nastawieni do innych… nie licząc elementu neonazistowskiego (tak, widziałem nalepki nawołujące do „deratyzacji”).


– Jakieś straszne ilości makulatury dają w tutejszych sklepach. A poza tym to rozbój w biały dzień – 3€ za taką [półlitrową] buteleczkę [mineralnej].

(I to bez podatku.)

– Tak wygląda monopol na rynku.

– No niezupełnie, są tu różne sklepiki i wszędzie są takie ceny.

– Tak wygląda zmowa cenowa.

Naiwnie myślałem, że „strefa bezcłowa” znaczy „taniej”.


Dzień przed moim wylotem z Warszawy ZTM ogłosiło, że komunikacja miejska będzie darmowa „ze względu na oczekiwane pogorszenie jakości powietrza”. Czy nakłoniło to chociaż jednego kierowcę do przesiadki z samochodu do tramwaju i nieprzyczyniania się do „oczekiwanego pogorszenia jakości powietrza” – wątpię. Ja sam się dowiedziałem o tym dopiero pod wieczór, po całym dniu spędzonym w przeświadczeniu że w metrze popsuły się bramki. Tymczasem powietrze wydawało mi się dokładnie takie samo jak zawsze.

Dwa dni później w Kolonii kręcę się po mieście, cykam fotki kijowym aparatem w telefonie i coraz bardziej boli mnie głowa. W pewnym momencie uświadamiam sobie, że wszędzie gdzie się ruszę, towarzyszy mi dym papierosowy. Na zupełnie otwartych przestrzeniach także. Nie wiem czy to była kwestia jakiejś inwersji, termokliny, czy innego zjawiska atmosferycznego, czy też Niemcy po prostu tyle kopcą, ale wrażenie pozytywne nie było. Kiedy już myślałem, że uwolniłem się od tej zarazy, okazało się, że moim schronieniem, dworcem głównym, jest zadaszona powierzchnia, pod którą znajdują się… pociągi spalinowe.

Nie ma to jak z wędzarni do komory gazowej.


Polska:

– Witamy w teatrzyku Współczesne Lotnictwo Cywilne!

– Masz na myśli obsługę, czy co?

– Pewnie chodzi mi o kontrolę bezpieczeństwa.

– No, tak, całe to zdejmowanie pasków i butów.

– Ciesz się że nie musiałeś się rozbierać do naga.

– No nie musiałem, do tego udało mi się przemycić scyzoryk.

Faktycznie, zapomniałem wyjąć scyzoryk z kieszeni spodni. Nie wyłożyłem go obok telefonu i kluczy, tylko wszedłem z nim do detektora metalu, który nawet nie pisnął o moim sekrecie.

Niemcy:

– Niemcy tacy służbiści a znów udało mi się przemycić scyzoryk.

Tutaj koledzy zaczynają opowiadać zasłyszane historie typu że ktoś wszedł ze scyzorykiem do muzeum, skąd go zgarnęli do aresztu, po czym co prawda wypuścili, ale już został spisany i ma przed sobą życie jako podejrzany o terroryzm. Tymczasem na lotniku we Frankfurcie skaner okazał się dokładniejszy niż ten na Okęciu i usłużnie wskazał kieszeń spodni. Ochroniarz wziął do ręki kontrabandę, spojrzał obojętnie i stwierdził: „Ooooh, you’re a dangerous man!”, po czym oddał mi scyzoryk i puścił dalej.

Tak więc cieszmy się że jesteśmy w trzeźwo myślącej Europie a nie w USA czy nawet UK, gdzie zrobiliby z głupiego scyzoryka sprawę kalibru podobnego co broń, z której by do mnie mierzyli waląc mną o posadzkę. Tam traktują te sprawy trochę bez humoru.

Inna sprawa, że pisząc to teraz czuję się jak nieodpowiedzialny idiota :)


Ren. Ren Ren Ren. I Stimpy. Chciałem powiedzieć: Wisła.

Dla kogoś mieszkającego od urodzenia nad środkową Wisłą Ren wygląda zaskakująco swojsko. Rzeka jest tego samego kalibru, w sensie szerokości, chociaż wody zdaje się płynie w niej więcej, i podobnego koloru (zielonkawa). Różnica jest taka, że oba brzegi są uregulowane (a nie tylko jeden jak w Warszawie) – i jest żeglowna, co wywołało u mnie największe zaskoczenie. Po chwili zresztą zaskoczyło mnie to zaskoczenie, ponieważ Wisła wszak kiedyś była bardzo ważną arterią transportową, jednak z czasem zdziczała i teraz nawet biedna żegluga wycieczkowa ma tylko bardzo skromny zasięg i zakres; zaś Ren miał szczęście czy też nieszczęście płynąć przecież przez najbardziej uprzemysłowiony rejon najbardziej uprzemysłowionego kraju w Europie, więc jego losy siłą rzeczy musiały się potoczyć inaczej. Niemniej widok barek licznie sunących po rzece wydał mi się jakiś taki… nienaturalny. I w pewnym sensie podbudowujący. Z drugiej jednak strony zdziczała Wisła jest zwyczajnie piękna i cenna dla środowiska, z czym zgadzają się liczne rezerwaty takie jak Wyspy Świderskie i Wyspy Zawadowskie.

Tak jak w Warszawie, główne miasto znajduje się na lewym (zachodnim) brzegu, zaś prawy brzeg jest trochę na doczepkę. Bulwar po lewej stronie jest oblegany przez ludzi – na prawym byłem tylko ja, przypadkowy jogger i paru co mniej konformistycznych turystów. Na bulwarze na prawym brzegu zresztą są też tory tramwajowe, tuż nad rzeką, tyle że nieużywane i w ogóle mam podejrzenie że to ściema.

No i mają też swoją Jahrhundertflut (powódź stulecia) z 1995 roku.


– [Koelnmesse] to chyba największe centrum konferencyjne jakie kiedykolwiek widziałem.

– Mówisz to poważnie czy z przekąsem?

– Nie, zupełnie poważnie. Co prawda nie widziałem aż tak dużo centrów konferencyjnych, ale… widziałeś jak to wygląda z zewnątrz?

– No jasne, jak job twoju mat’. Ale powiem ci tak: Koloniowo to taki niemiaszkowy Poznań, czyli w sezonie konferencyjnym nie wciśniesz się do żadnego hotelu.


Kręcę się po mieście, cykam fotki kijowym aparatem w telefonie i coraz bardziej narasta we mnie jakieś dziwne wrażenie. Jak oni to zrobili, że zbudowali dworzec główny tuż pod samą katedrą, poniekąd w sercu miasta? W końcu sobie uświadamiam: tak, Most Hohenzollernów to żywe świadectwo złotego wieku Cesarstwa, katedra jest, delikatnie mówiąc, wyjebana w kosmos, ale tak naprawdę nie bardzo widzę tam dużo historycznych budynków. A miasto przecież ma prawie 2000 lat! Altstadt jest starówką właściwie tylko z nazwy. Katedra, jakkolwiek wyjebana w kosmos, ma jakieś 140 lat. Most jest rówieśnikiem warszawskiego poniatoszczaka. Na ulicach można się natknąć na resztki bramy z czasów pierwszej rzymskiej osady, oraz wykopany fragment rzymskiej kanalizacji. Reszta jest w muzeum. Nad samą rzeką budynki wydają się starsze, ale też nie wiadomo od kiedy tak naprawdę tam stoją (zdjęcia sugerują że co najmniej od przedwojnia).

Trzeba było zawczasu poczytać trochę więcej w Wikipedii ;)

Poza tym centrum miasta jest tłoczne. Rzeki ludzi płyną przez place i deptaki zwartym strumieniem. Po zmroku, jeśli komuś zależy na relatywnie szybkim przemieszczeniu się z punktu A do punktu B, powinien unikać placyków obstawionych budkami z Glühwein i Glühbier, bo może utknąć i już nigdy nie wydostać się z ciżby. Mi się jakoś udało i przeżyłem by o tym opowiedzieć…


Tak, pierwszy raz byłem za zachodnią granicą i pierwszy raz leciałem samolotem. Nie bałem się wysokości (no, może przez pierwsze pięć minut), nie mam choroby lokomocyjnej (tylko sam moment wzbicia się w powietrze stawiał zachowanie się żołądka pod znakiem zapytania), a do tego jestem inżynierem i fascynowały mnie wszystkie zmiany w zachowaniu się maszyny – drobne przeciążenia, subtelne zmiany wibracji itp.

Lot powrotny odbywał się w nocy i nie spodziewałem się, że siedzenie przy oknie (które sobie zażyczyłem podczas odprawy) coś mi da. A potem zobaczyłem gwiazdy. Na ziemi. I puknąłem się w łeb, że przecież. Największe wrażenie na trasie przelotu robiła Praga (ta czeska). Niezły był też Wałbrzych. Ale dalej nad Polską rozpościerała się mgła i nawet świateł Warszawy nie zobaczyłem.

I na zakończenie powiem jeszcze jedno: pociąg może i był usmolony, ale kiedy już raz się przejechało szybką koleją, od tamtej pory wszystko to co robi PKP będzie się wydawało po prostu śmieszne.

Koniec.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s