Moje rowerowe „life list”, czyli: Life Is Brutal

Niedawno przyszło mi do głowy, że powinienem [był już jakiś czas temu] zacząć spisywać odpowiednik „life listy” (jak to jest po naszemu?), jakie są znane obserwatorom ptaków (a także pociągów i samolotów, chociaż pewnie pod inną nazwą). Tylko że moja lista byłaby listą stworzeń, jakie widziałem rozjechane na drodze, którą sobie radośnie i beztrosko pomykałem na rowerze.

Zainspirował mnie do tego ostatni wpis na tej liście, a o nim na końcu. Continue reading „Moje rowerowe „life list”, czyli: Life Is Brutal”

Geneza Planety Małp: wrażenia

Długo, długo się opierałem, podejrzewając, że jest to współczesno-hollywoodzkie „jak sobie mały Jasiu wyobraża Planetę Małp”. Ale zobaczyłem to na liście najlepszych filmów SF (około 80. miejsca, ale jednak), więc pomyślałem, że może jednak się myliłem, że jestem uprzedzony, i w ogóle.

Nie myliłem się.

Film jest przewidywalny, oczywisty i pełen leniwych rozwiązań fabularnych. Dalszych części nie obejrzę. I to tyle w kwestii recenzji.

Chociaż patrzenie jak małpy spuszczają łomot ludziom było w sumie nawet przyjemne ;)

Przypowieść o strachu

Przypowieść o strachu

Wkrótce po północy wczorajszej nocy, wybuchł pożar w londyńskim apartamentowcu z lat 60. Rada mieszkańców od lat donosiła do władz miasta, że budynek nie jest bezpieczny: gaśnice są tak stare, że miały oficjalny stempel uznający ich bezużyteczność; jest tylko jedno wyjście ewakuacyjne; korytarze są zawalone starymi gratami takimi jak materace; niedawna „rewitalizacja” została przeprowadzona z użyciem, jak się wydaje, łatwopalnych materiałów1; spryskiwacze ponoć padły ofiarą cięć budżetowych; a co najbardziej wstrząsające, oficjalny plan ewakuacji mówi, żeby… się nie ewakuować. Żadne z tych ostrzeżeń nie zostało usłuchane, z katastrofalnym skutkiem2. Że było tylko 12 17 30 ofiar śmiertelnych, można uznać za łut szczęścia.

Continue reading „Przypowieść o strachu”

Peak Odgrzewany Kotlet?

O tym, że decydenci w Hollywood to konserwatywni, zachowawczy, wystraszeni tetrycy[citation szukałem, ale jak nie znalazłem od razu to mi się nie chciało szukać dalej], wiadomo od dość dawna. Owocem tego stanu rzeczy jest ciągle wzbierająca fala rebootów, remake’ów, sequeli, prequeli i innego dowodu kompletnego i totalnego braku fantazji, kreatywności i wyobraźni. (Pomimo kilku jaskółek, które wiosny nie czynią.)

Normalnie bym to ignorował, tak jak dość skutecznie zignorowałem tych nowych… przepraszam: te nowe pogromczynie duchów (chociaż mówią że nawet było zabawne), bo co ja będę miliarderom mówił którym aktorom mają wypłacać wielomilionowe gaże. Ale jakoś niedawno naszła mnie myśl, że chyba osiągnęło to taki poziom absurdu, że dalej już się nie da. Prawie jednoczesne pojawienie się odgrzewanego Słonecznego kotleta… znaczy patrolu i podróży ultramegasentymentalnej Top Gun sprawiło, że coś we mnie pękło i włączył się we mnie tryb starego ramola, jakim najwyraźniej chcąc nie chcąc się staję. Tego już było za dużo.

Myślę, że fala osiągnęła szczyt. Opieram to na ramolej intuicji, oczywiście, bo szkoda mi czasu na szczegółowe rozważanie faktów i analizowanie opinii społecznej.

Najwyższy kurwa czas, jak by powiedział niejaki Tańczący z Motocyklami.

My, trolle

Koledzy w pracy wrócili z obiadu dyskutując o czymś zawzięcie. Okazało się, że jeden z nich (osobnik z gatunku tych, którzy najprawdopodobniej na lekcjach religii zadawali(by) księdzu kłopotliwe pytania) poruszył temat mobbingu w pracy i jak się do tego ma ustawodawstwo. Na swoje nieszczęście podał „książkowy” przykład, gdy ekipa idąc na fajrant/obiad nie zaprasza na to wyjście jednego ze współpracowników. Przykład ten wydał się pozostałym na tyle absurdalny, że przez następne kilka godzin, jeszcze długo po powrocie z obiadu, wymiana zdań trwała w najlepsze – mimo że, w zasadzie, wszyscy się zgadzali że mobbing w pracy to jest coś karygodnego. Sprawca całego zamieszania próbował podawać jakieś lepsze przykłady i uściślać w jakich warunkach takie zachowanie jest karalne, a w jakich nie, ale prędzej czy później i tak początkowy przykład powracał jak bumerang i prowokował niekończące się pytania w rodzaju „a co jeśli…?”. Nieszczęśnik w pewnym momencie zarzucił wręcz swoim dyskutantom, że go trollują.

I wtedy mnie olśniło.

Albowiem dotarło do mnie, że każdy inteligentny człowiek ma w sobie trolla: taka jest po prostu natura dociekliwego umysłu. I nie ma w tym tak naprawdę nic złego – ot, jedno z wielu narzędzie, którego można używać dla dobra albo dla zła.

Pytanie tylko czy każdy troll jest także inteligentnym człowiekiem. Skłaniałbym się ku tezie, że tak: albowiem pieprzyć głupoty potrafi byle idiota, ale żeby skutecznie kogoś strollować to jednak trzeba mieć więcej niż trochę oleju w głowie. Tak więc jeśli jakieś forum gdzieś w ostępach Internetu padnie ofiarą trolli, to można im zarzucić wiele (włącznie z podpadnięciem pod co najmniej jeden paragraf), ale nie to, że są idiotami.