Rzecz zawierająca najbardziej interesujący pomysł, jaką obejrzałem w tym roku

Mało ostatnio oglądam tych „naj” rzeczy. Jakoś ostatnimi czasy trudniej mnie zainspirować… albo poziom TED spadł ;) Czasem coś zaiskrzy, ale nie dość żeby mi się chciało odpalić edytor nowego wpisu. No, było jakiś czas temu coś czym rzeczywiście się podjarałem, ale to akurat nie był TED. Po czym zbierałem się i zbierałem, żeby coś o tym napisać, i jakoś sprawa do dziś odkłada się sama (widzę że nawet zrobiłem szkic, ale nie zapisałem linku do tego czegoś; brawo przeszły ja!). W każdym razie… oto prezentacja, w której jeden pomysł spodobał mi się tak bardzo jak publiczności:

Adam Alter: Why our screens make us less happy

Oczywiście, kiedy koleś zaczął mówić o „ekranach” (nie przeciwdźwiękowych, nie radiacyjnych, etc. – i nie o ekranoplanach) i jak wpływają one na nasze życie, od razu pomyślałem o Czarnym lustrze.  Czyli nie jest pierwszy. Na szczęście nie chodziło mu o to, żeby roztaczać wizje jaka ta „dzisiejsza młodzież” jest gorsza od wyidealizowanego wyobrażenia siebie w wieku młodzieńczym. Rzetelne badania naukowe, i te sprawy. Nic specjalnie porywającego. Poza dwoma pomysłami: jeden z biura w Holandii, w którym pod koniec dnia pracy biurka podjeżdżają do góry i chcesz czy nie chcesz, musisz iść do domu… albo popracować gdzie indziej ;) Drugi, jeszcze lepszy, jest z Niemiec: gdy ktoś idzie na urlop, wszystkie wiadomości wysłane na jego konta służbowe są kasowane. No, z wiadomością zwrotną żeby molestować kogoś innego, ale jednak. TO JEST KURWA GENIALNE!

Reklamy

Kto jest w XXI wieku a kto nie

Jakiś czas temu musiałem odesłać paczkę bo ktoś się rąbnął (mam nadzieję, że nie celowo!) i przysłał mi coś innego niż zamawiałem. Z różnych względów musiałem to zrobić na oddziale Poczty Polskiej.

Zapakowałem, wypełniłem druczek, a kiedy przyszło co do czego, zorientowałem się, że nie starczy mi drobnych, a dodatkowo zapomniałem wziąć portfela.

– Może kartą? – pyta pomocnie Pani z Okienka.

Karta przecież jest w portfelu. No przecież. Kontr-pytam więc:

– A może BLIKiem?

Wszak portfela może i można zapomnieć ale telefonu? Nigdy! Na to jednak Pani z Okienka robi minę pełną politowania i mówi:

– Aż tak do przodu nie jesteśmy.

Kurtyna!

Kilka spostrzeżeń muzycznych

Inlier: Twelve Foot Ninja to jeden z oryginalniejszych zespołów… z nurtu tych bezpośrednio zainspirowanych Faith No More. Nie mówię, że to zwykli kopiści niewarci uwagi. Wręcz przeciwnie. Podobieństwa narzucają się same, przede wszystkim dzięki barwie głosu i manierze wokalnej wokalisty, który brzmi momentami dokładnie jak Mike Patton, nawet jeśli nie ma (jeszcze?) tej skali – tej pojmowanej tradycyjnie i nie tylko – a mimo to jest to coś znacznie więcej, i nie chodzi tylko o to, że Faith No More raczej nie stworzyliby riffu kojarzącego się z Meshuggah. Tak czy siak, co tak naprawdę chciałem napisać, to że dobrze mieć taki zespół w czasie, gdy Faith No More albo nie ma, albo się schodzą by nagrywać płyty o, powiedzmy, ambiwalentnych ocenach :) Albo po prostu w ogóle dobrze mieć.

Arka Diego: Okazuje się, że jest cały nurt muzyki inspirowanej „bzykadełkami” wczesnych komputerów domowych i automatów do gier z galerii handlowych. W sensie: klawisze ocierające się barwą o kicz, ale z nowoczesnym brzmieniem. No i kompozycje znacznie bardziej wyrafinowane niż typowe melodyjki w rzeczonych automatach. Raczej bym się nie spodziewał, że bębniarz wielce metalowego Mastodona będzie miał poboczny projekt tego typu. Nie wiem w sumie jak na tle tej sceny prezentuje się Arcadea, ale jest to zaskakująco porządny kawał muzyki wyróżniający się (jak sądzę) tym, że głównym animatorem jest wielce kompetentny perkusista (śpiewający także wielce kompetentnie), a co za tym idzie, (na szczęście?) rytmy są wybijane przez prawdziwe bębny, a nie tani automat. A są to zdecydowanie rytmy, jakich można się spodziewać po wielce kompetentnym instrumentaliście. I to jest [też] coś co lubię.

Power of Retro Steps: Grip Inc. to ciekawa kapela, szczególnie w kontekście historii mojego zapoznawania się z nią. Najpierw zobaczyłem na youtubisiu kilka teledysków i nie dostrzegłem w nich nic nadzwyczajnego. Widzicie, poznawanie nowej muzyki to coś wspaniałego i okropnego zarazem. Z jednej strony zawsze tuż za horyzontem poznania może się kryć kolejne zaskoczenie, kolejne zachwycenie; ale z drugiej strony świadomość, że nigdy nie starczy życia żeby poznać wszystko co wartościowe, jest poważnie przytłaczająca. Dlatego czasem wręcz prawie świadomie odpycham od siebie myśl, pod jakimś głupim pretekstem, że miałbym zacząć wgryzać się w kolejny zespół, zwłaszcza jeśli nagrał on pierdyliard płyt (jak chociażby Tangerine Dream). Grip Inc. nagrali tylko cztery, ale nawet obecność Dave’a Lombardo mnie wówczas nie zachęciła. A potem z jakichś powodów przesłuchałem ich ostatnią1 płytę i nagle ta muzyka do mnie przemówiła. Od tamtej pory stopniowo cofam się wstecz – oswoiwszy się z płytą, sięgam po kolejną wcześniejszą. Nie to, żeby to była trudna muzyka, po prostu warto dać jej szansę „wsiąknąć”, bo jest w niej pewna… siła. Nie siła uderzeń w bębny czy siła riffów Waldka Sorychty, tylko… ta właśnie wewnętrzna siła z tytułu pierwszej płyty, do której niedawno w końcu dotarłem. Dziwna rzecz w sumie, bo poszczególnych utworów raczej już nie pamiętam po tym jak zaczną się kolejne :) ale póki trwają to mają moc. No ale jeszcze się z nią nie oswoiłem, więc…


1 Ostatnią, nie najnowszą – więcej nie będzie, po przedwczesnej śmierci wokalisty. Swoją drogą jak patrzę na zdjęcia Gusa Chambersa i wsłuchuję się w jego teksty śpiewane z prawdziwą pasją, to ogarnia mnie przekonanie, że to musiał być równy gość. Takie uczucie to u mnie coś skrajnie rzadkiego, więc to chyba coś mówi.

Słoneczko poświeciło na prezydenta-słońce: trumpokalipsa

Trumpokalipsa bezpośrednio dotknęła moje życie w momencie, kiedy wysiadłem z pociągu na stacji Powiście, dzierżąc rower i zamierzając zmierzać w stronę mojej zwyczajowej trasy migracji zarobkowej. Niestety, na drodze stanął policjant i policyjna taśma. Całe Aleje Jerozolimskie okazały się nieprzebytą przeszkodą, zaś wśród miejscowej ludności krążyła wieść, że lada chwila ma tędy przejeżdżać Orszak. Stanąłem więc przy rondzie, chociaż oznaczało to spóźnienie się na poranny stendap, wiedząc, że mój tim będzie wyrozumiały, i chłonąłem nieco surrealistyczny obrazek jednej z najruchliwszych arterii Warszawy w niemal całkowitym bezruchu pod bezchmurnym niebem.

– Nawet sporo. Tych zainteresowanych – powiedziała pewna starsza pani nieopodal. Chciałem jej odrzec, że zainteresowanych, owszem, ale chyba raczej przejściem na drugą stronę ulicy. Wokół gromadziła się coraz większa gromadka korpoludków pracujących w okolicznych budynkach mini-centrum finansowego. Nie wiedziałem czy cieszyć się razem z nimi czy im współczuć – tak blisko, że można spojrzeć w okna swojego biura, a jednak tak daleko.

W pewnym momencie zjawił się… nie facet w czerni, tylko czarny facet w garniturze i ze słuchawką w uchu. Kiedy tak niby to swobodnie się wpatrywał w ulicę, jemu też chciałem coś powiedzieć. „Proszę jak fajnie wasz prezydent traktuje współobywateli. Bo to obywatel właśnie, który czasowo dostał w demokratycznych wyborach mandat na rządzenie, a nie jakiś pieprzony pomazaniec boży.”

Ale oto nadjechał! Bez fanfar, syren ani klaksonów. Nie to, żeby dało się go dostrzec. Bo przecież snajperzy i w ogóle. Dwie masywne, czarne limuzyny, dla niepoznaki. I cała eskorta, w tym furgonetka z otwartymi bocznymi drzwiami, z których wyglądał groźnie jakiś mięśniak w garniturze i ze słuchawką w uchu. Tak jakbym nie był świadom, że 90% tego wszystkiego to szopka bez znaczenia dla bezpieczeństwa ich podopiecznego.

Zgromadzony tłumek nie wiwatował. Niektórzy robili zdjęcia telefonami. I tyle go widzieli. Pół godziny postałem, a potem nagle wszystko wróciło do życia. Znów zaroiło się od samochodów i pieszych i nikt nie wyglądał jakby na nim zrobiło wrażenie, że tuż przed nim przejechał Przywódca Wolnego Świata.