„Valerian i miasto tysiąca planet”: wrażenia

Pierwsze słowa znajomej po seansie (jeszcze siedząc w fotelu): „Ale film o niczym”. Przynajmniej idąc do kina byliśmy świadomi, że film jest ładny… i to w zasadzie tyle, więc rozczarowania nie było. Dla mnie wystarczającą nagrodą była już otwierająca sekwencja ilustrująca rozrost stacji Alfa (czyli pierwotnej wizji Międzynarodowej Stacji Kosmicznej) przez etapy, które znamy, hipotetyczną najbliższą przyszłość i bardzo hipotetyczną dalszą. Aż prawie zachichotałem :) A dalej, mimo wszystko, totalnej katastrofy fabularnej nie było. Dwie godziny z kawałkiem minęły jak z płatka i ani przez chwilę nie chciało się spojrzeć na zegarek. Motywem przewodnim zdaje się być rozpowszechniona ostatnio w filmach SF koncepcja, że miłość przezwycięży wszystko (miłość? a nie lasery?). Tylko Valerian o twarzy DeHaana klękający przed Laureline (ach ten śliczny nosek!) jakoś nie przekonuje ;)

[BTW: Czy ja staję się ostatnio jakimś komentatorem popkultury?]

2 uwagi do wpisu “„Valerian i miasto tysiąca planet”: wrażenia

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s