Od ogarka świecy do jet lagu

Wstałem w niedzielę rano, spojrzałem na zegarek w telefonie i sapnąłem niezadowolony, że tak długo spałem.

Po południu skorzystałem z zaproszenia do znajomych na obiad. Siedziałem, zerkając od czasu do czasu na zegar ścienny i kalkulując, że wróciwszy do siebie będę miał jeszcze chwilę zająć się jakimiś sprawami.

Wieczorem dotarłem do siebie, siadłem przed komputerem i ze zdziwieniem stwierdziłem, że wbrew przewidywaniom, czasu mam w sumie na odebranie poczty i wyszykowanie się spać.

Przed spaniem przejrzałem nagłówki wiadomości (współczesna prasa tylko do tego się nadaje), z których dowiedziałem się, że minionej nocy ma być zmiana czasu na letni. Chociaż tego już się byłem domyśliłem.

Poinformowałem też znajomych, że zapomnieli przestawić zegar.

To zaledwie godzina, ale jet lag jednak jest. I po co? Czemu ciągle się upieramy przy tym pomyśle, który był idiotyczny nawet jako akt desperacji dogorywającego cesarstwa niemieckiego, kiedy to nawet oszczędzenie kilku ogarków świec zaczęło mieć materialne znaczenie?

Reklamy

Kształt wody: wrażenia

Cztery Oskary mnie nie przekonały by zobaczyć ten film; przekonały mnie opinie znajomych (a właściwie to jednej znajomej; że to jest znajoma a nie znajomy mogło mieć wpływ na poziom zachwytu rzeczonej, tak swoją drogą). Opinie znajomych zawsze chyba będą mieć u mnie większą wagę niż ta banda tetryków z Akademii.

Ze zwiastunów odniosłem takie wrażenie, że to typowy hollywoodzki moralitet o uprzedzeniach i rasizmie.

Po obejrzeniu filmu mam wrażenie takie, że to typowy hollywoodzki moralitet o uprzedzeniach, rasizmie, seksizmie, homofobii, agizmie, able’izmie i fanatyzmie religijnym. Trochę sporo tego i trudno uwierzyć, że wszystko się zmieściło w jednym filmie. Ale z perspektywy czasu (czas akcji to 1963 rok, jeśli dobrze sobie policzyłem) trudno uwierzyć też że wszystko to mieściło się w społeczeństwie amerykańskim. A jeszcze trudniej, że nadal się mieści. Ale z drugiej strony to właśnie sprawia, że wcale nie trudno uwierzyć że film dostał cztery Oskary. Jest to niewątpliwie w bardzo dużym stopniu manifest polityczno-społeczny skrojony na czasy „panowania” prezydenta Trumpa, kiedy to wszystkie te wymienione -izmy (i jedna -fobia) podnoszą łby a chorzy na nie ludzie wychodzą z cienia przekonani, że mają mniej lub bardziej jawne poparcie ze strony najwyższej władzy.

Tyle że jest to też spojrzenie na czasy tuż przed rewolucją kulturalną w Ameryce człowieka (generalnie) z zewnątrz. Świat przedstawiony jest tak kolorowy, że aż cukierkowy. Może chodziło o ten kontrast między dobrobytem złotej ery amerykańskiej gospodarki a mrokami duszy narodu? Nie wiem, w sumie nie interesuje mnie to. Interesuje mnie, że film – jako film – jest po prostu… taki sobie. Akcja jest przewidywalna. Bohaterowie są czarno-biali (i nie chodzi mi o ten wątek – te wątki – o rasizmie!). Nudny nie jest, bo nie popatrywałem na zegarek kiedy w końcu się skończy, ale… usatysfakcjonowany też nie wyszedłem.