Meshuggah w Progresji: wrażenia, czyli miłość w metrum 5/6 ❤

Powiedzmy to na wstępie i bez ogródek: stojąc/podskakując/pogując tam pod sceną nabierałem niepodważalnego, niezachwianego i twardego jak skała przekonania, że Meshuggah to najlepszy, największy i najważniejszy zespół przełomu tysiącleci. Jeśli ktoś tego do tej pory nie wiedział, to teraz już dzięki mnie wie. O!

Ja naprawdę przez bardzo długi czas myślałem, że to taka muzyka „kanapowa”, że się słucha tego siedząc na kanapie z metronomem i kalkulatorem. Uwielbiałem ją, ale nie podejrzewałbym jakiegoś wielkiego szaleństwa na koncercie (dodam, że już raz ich widziałem, jakieś 10 lat temu, gdy byli na trasie z The Dillinger Escape Plan). Ale już od pierwszych dźwięków było jasne, że tego wieczora nie będzie jeńców. Tłum ruszył w pogo od samego początku i żadne połamane rytmy nikomu nie przeszkadzały. Przed każdym utworem rozlegało się głośne skandowanie: Me-shug-gah!! Me-shug-gah!! A ja skandowałem z nimi.

Nie wiem jak to zrobili, że zagrali właściwie wszystkie moje ulubione kawałki. Może po prostu moje ulubione są najlepsze? ;) No, zabrakło mi tylko Corridor of Chameleons. Gdyby to zagrali, to by była totalna miazga. Zresztą nie zagrali nic starszego niż Nothing. A szkoda, bo w tym najwcześniejszym okresie też mieli niezłe wymiatacze. Ta płyta (nadal moja ulubiona!) zresztą miała dość silną reprezentację; przy Rational Gaze był największy młyn, Straws Pulled At Random zagrali na bis i też był to istny huragan. Równie popularny był (już klasyczny) obZen z nieśmiertelnym Bleed (niszczycielem perkusistów) na czele i drugim największym młynem przy Pravus.

Ostatnimi czasy trochę (ale tylko odrobinkę!) kręciłem nosem na to, że od paru płyt Meshuggah jakby zarzucili poszukiwania nowych odcieni szaleństwa. Koloss i The Violent Sleep of Reason to bardzo porządne płyty, ale jednak dość zachowawcze. Zespół znalazł swoją niszę (po okresie niezbyt udanych poszukiwań) i w sumie nie można im mieć nic za złe. Z drugiej strony wygląda na to, że panowie bardzo uważnie przestudiowali (z metronomem i kalkulatorem, być może nawet na kanapie?) co się sprawdza na koncertach, a co nie, i efekt jest spektakularny. Tylko nie do końca to słychać na płytach. Chociaż próbowali! (Ostatnia wszak była nagrana „na setkę”.)

Największą wadą tego koncertu było to, że skończył się zdecydowanie za wcześnie. Na szczęście (chociaż to jak kto woli) odbywał się w formule „dużo grania mało gadania”, jak mawia pewien prezenter radiowy. Podobnie zresztą jak występ Decapitated, którzy grali jako pierwsi. Ci zawsze urywają łeb, ale może to wrażenie z występu gwiazdy, a może faktycznie byli trochę nie w formie, tym razem jednak było jakby z nieco mniejszą mocą.

Na koniec zostawiam was z czymś ładniejszym i spokojniejszym: Meshuggah na flet ;)


P.S. Mały akcent humorystyczny nastąpił gdy pewien Ukrainiec (chyba) próbował mnie zapytać „що вони кричать?” kiedy w pewnym momencie tłum dla odmiany skandował „na-pier-da-lać!” :) Ale byłem zbyt skołowany żeby od razu skojarzyć o co mu chodzi, zresztą i tak nie umiałbym przetłumaczyć ;)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s