Wszystko wszędzie naraz: wrażenia

Zajebiste!

Od jakiegoś czasu multiwersum wydaje się być modnym tematem. Był nieodżałowany Odpowiednik, był wybornie obrzydliwy i brutalny Rick & Morty, poniekąd o tym traktował też Dark, i zdaje się, że będzie nawet Beavis and Butt-Head. Głównie jest to pretekst do rozkmin w rodzaju „jak by się to potoczyło gdyby nie X”, „co właściwie sprawia że my to my”, „czy dogadał/a byś się z samym/mą sobą” i tym podobnych. Zwykle nie są one bardzo głębokie. Spójrzmy chociażby na Wszechświat Lustrzany ze Star Treka – jest dokładnie taki sam, wszyscy bohaterowie są ci sami, są w tym samym miejscu, tylko charaktery mają poodwracane. Ze wszystkich możliwych światów równoległych – akurat taki, który niby jest różny, ale jednak tak podobny, mimo że nawet drobna różnica powinna z czasem spowodować gigantyczny rozziew. Scenarzystom było po prostu wygodniej. Tymczasem Rick & Morty pokazuje jaki potencjał tkwi w tej koncepcji – co to właściwie oznacza, że światów równoległych jest nieskończenie wiele i są nieskończenie różnorodne.

„Wszystko wszędzie naraz” nie popada w leniwe klisze – chyba że jest to świadome i celowe. I zdecydowanie nie traktuje tematu poważnie. Jest to ogólnie rzecz biorąc polewka z filmów kung-fu (z bardzo dużą dozą sympatii) i superbohaterskich (z nieco mniejszą dozą sympatii). Z tych pierwszych mamy imponujące i mocno niedorzeczne sceny walki (rozwałka „nerką”, czyli torebką noszą na pasku na biodrze!), z tych drugich zaś motyw „nadciągającego ogromnego, niepowstrzymalnego zła, które tylko ty możesz powstrzymać!”. Ale nic nie jest tu oczywiste. Kim jest główna antagonistka dowiadujemy się dość szybko, ale jej motywacje okazują się zaskakująco (i odświeżająco!) nieoczekiwane. Ostateczne rozwiązanie konfliktu jest dokładnie odwrotne niż byśmy się spodziewali po kinie akcji. Wszystko to tylko na plus.

A przy okazji mamy wspomniane na początku rozkminy, ale z wyraźnym przymróżeniem oka.

– Widziałam świat bez Ciebie! – mówi żona do męża – Był wspaniały!

Jak cały ten film.

Kilka spostrzeżeń muzycznych gdzie mają się metafizyka i egzystencjalizm

Kilka spostrzeżeń muzycznych gdzie mają się metafizyka i egzystencjalizm

Neuropultenra: Większość płyt po prostu przyjemnie sobie posłuchać. Czasem jednak zdarza się taka, którą można sobie smakować, w tym każdy utwór z osobna. Oto jedna z nich. A było tak: Leci sobie radar premier. Przewija się zwyczajowa mieszanina metaluchów, rockersów i różnych czarno malowanych, które algorytmy obliczyły, że zwiększą mój „engagement”. Wtem… The Half Rising Man. Tak jak zwykle nie lubię doomowych „melodii” (duuummmm… du-duuuummmmm…), tak teraz ten kroczący monotonnie motyw natychmiast sprawił, że postawiłem uszka. Potem odezwał się wokal, niby też monotonny i zwyczajowo charczący, ale jakby przez ściśnięte gardło. Niesamowity klimat. I fantastyczna okładka. Absent In Body – kupili mnie natychmiastowo. I dopiero potem doczytałem, że to nie przypadek: Neurosis plus Sepultura plus Amenra – to musiało się udać.

Zeal. Ale Ardor. Ale Zeal.: Kiedy ukazała się poprzednia płyta tego projektu, który w międzyczasie przekształcił się w regularny zespół, było to dobre, ciekawe i intrygujące, ale u mnie ostatecznie wpadło do szufladki „ciekawostka”. Najnowszy album zaś okazuje się być czymś, co faktycznie mogę „normalnie” słuchać. Dwa kluczowe składniki tym razem są jakby bardziej zintegrowane – dawniej były jakby obok, tu trochę gospel, tu trochę blackowy wygrzew, teraz natomiast zdarza się wygrzew i gospel naraz. Chociaż coraz więcej jest też niezbyt gospelowego wrzasku. I dobrze. Może nie do końca poprawne w kontekście formuły, ale brzmi to rewelacyjnie.

Pasja według Transgresji: Na poprzednią płytę marudziłem, że nie ma tej pasji z debiutanckiego EP. Cóż, poradzić, zespół dojrzewa :) Ale na „Goliacie” Transgresja coraz bardziej chyba powraca do tych „korzeni”. I to mie się podoba.

O winie (i wstydzie)

Do tych wszystkich, którzy powtarzają idiotyzmy o tym, że napaść Rosji na Ukrainę to nasza wina, bo sprowokowaliśmy niewinnego niedźwiedzia kuszeniem Ukrainy członkostwem w Unii i NATO: brak mi słów by powiedzieć jakim debilem trzeba być, żeby tak bezwstydnie obwiniać ofiarę o gwałt.

Anyway.

Wina po naszej stronie, owszem, jest, ale z zupełnie innego powodu. Może zreasumujmy „relacje zagraniczne” Rosji w ostatnich 30 latach i nasze („kolektywnego zachodu”) reakcje:

  • Czeczenia raz i drugi: masakry, czystki, masowe ostrzały cywilnych osiedli. Ale nawet nie wiadomo gdzie ta Czeczenia w ogóle jest, a w ogóle to muzułmanie, a Europa nie ma empatii dla muzułman.
  • Gruzja: w sumie szybko to się skończyło, bo ktoś jednak kiwnął palcem (i nie mówię o Kaczyńskim) więc nie zdążyli namordować, ale kto wie co tam się dzieje w Abchazji i Osetii. Kolektywny zachód wysłał jakiś samolot, Rosja powiedziała „a to ja przepraszam”, a my „nie ma sprawy” i faktycznie nie było już sprawy.
  • Donbas i Krym: zawłaszczenie kawałka terytorium suwerennego państwa. Ale w sumie to nic takiego się nie stało, więc kolektywny zachód kolektywnie ziewnął, a Krym i tak przecież Stalin dał Ukrainie w latach 50.
  • Syria: na bogów, nie zapominajmy o Syrii! Rosjanie od siedmiu lat nadal tam są, nadal dokonują zbrodni i jeszcze dostają medale i odznaczenia za to, jak pięknie spacyfikowali tą czy inną wioskę. Ale ponownie: to gdzieś w Azji, a poza tym muzułmanie i do tego jacyś ciapaci. I czasem chrześcijanie, ale jak taki chrześcijanin się zjawi na naszej wschodniej granicy, to się okazuje, że i tak o wyznaniu decyduje kolor skóry.

I dopiero kiedy Rosja podniosła rękę na „białe”, chrześcijańskie państwo w Europie, to okazało się, że to już niedobrze. Ale czemu nie 8 lat temu? Nie mam pojęcia. Może tym razem Putin jednak przekroczył jakąś niewidzialną granicę. A może jednak coś się u nas zmieniło. Nie wiem.

Ale nasza wina. Nasza wina, że nie zatłukliśmy zbrodniczego gada już 27 lat temu (Wikipedia przypomina, że dokładnie dzisiaj jest rocznica masakry w Samaszkach). Że traktowaliśmy Rosję jak jednego z nas, cywilizowane państwo w cywilizowanym świecie. Że interesy wokół dostaw cennych paliw kopalnych były ważniejsze niż ludobójstwa (i jeszcze do tego dzięki ich łatwej dostępności nie mieliśmy motywacji żeby spiąć dupy i zrobić coś z absolutnie konieczną transformacją energetyczną).

I nie, to nie jest Putin. To jest Rosja. Pierwsza wojna w Czeczenii była zanim Putin miał jakiekolwiek ważne stanowisko. Rosyjscy żołnierze to przecież zwykli Rosjanie, a i tak wykonywali rozkazy mordowania cywili a nawet wykazywali się przy tym inicjatywą i inwencją. W samej Rosji nie było masowych protestów by nie robić tych rzeczy w ich imieniu, a nawet wystarczyła jedna prowokacja, żeby zdobyć powszechne przyzwolenie społeczeństwa. Czy jest sens mówić o sprowokowaniu kogoś takiego? Kogoś, dla kogo przemoc to jeden z normalnych środków wyrazu? Kto się rozbija po okolicy udając niewiniątko a każdą swoją napaść przedstawia jako obronę konieczną? Jak można winić sąsiadów kogoś takiego, że chcą się jakoś zabezpieczyć, bo nigdy nie wiadomo kiedy ten ktoś zechce wybić im zęby?

I piszę „my”, mimo że Polska cały czas miała dość osobliwe położenie w tym wszystkim. Kaczyński jednak poleciał do Gruzji. Jednak od lat próbujemy odcinać się od rosyjskiej ropy. Co prawda antyrosyjskość naszego rządu wynika raczej z dziecinnej urazy, niż troski o prawa człowieka, ale jednak (teraz zaś cieszą się jak dzieci że mogą wszystkim powiedzieć „a nie mówiłem!!!”). Ale czuję się Europejczykiem i kiedy Zełeński mówi, że NATO za mało pomaga a Unia nie dość ostro reaguje, boli mnie to, bo wiem, że ma rację i mówi o mnie.

I czuję wstyd za te ostatnie 30 lat.

Mało prawdopodobny morderca: wrażenia

Na chwilę się wstrzymuję od bycia typowym Polakiem, który się nie zna, ale się wypowie. Cały czas mam nadzieję, że zatłuczemy tego mordercę (wiadomo którego), a także wszystkich innych zbrodniarzy rządzących innymi państwami, ale nie o tego mi chodzi w tym wpisie.

„Mało prawdopodobny morderca” to szwedzki serial o zabójstwie Olofa Palmego. Dzisiaj niewiele ludzi już pamięta kim był Olof Palme i czym się zasłużył ludzkości. Chodziłem do podstawówki jego imienia i nawet ja nie bardzo miałem pojęcie kto zacz (pomyślałby kto, że szkoła wyjaśni uczniom kim jest ich patron i skąd się wziął; pamiętam tylko uroczystość nadania szkole imienia, w 1988 roku, podczas której najlepsi uczniowie poszczególnych klas dostali nagrody (w mojej dostał mój kolega, nie ja)). Ale właśnie dlatego z tym większym zainteresowaniem obejrzałem serial.

Jest to dość nietypowy kryminał. Po pierwsze, od pierwszej sceny wiemy kto zabił (i jak). To nie jest aż tak niezwykłe, bo ten zabieg jest coraz częściej stosowany przez twórców. Ale od początku też wiemy, że morderca nigdy nie został schwytany. Tak że dreszczyk emocji polega głównie na obserwowaniu jak spektakularnie szwedzka policja schrzaniła dochodzenie, a nie na śledzeniu zabawy w kotka i myszkę między ścigającym a ściganym. No i stopniowo odkrywamy co go motywowało. A – jak sam tytuł wskazuje – było to dość niezwykłe, graniczące wręcz z absurdalnym.

Gwoli ścisłości: jest bardzo silne przypuszczenie, że zabił niejaki Stig Engström, i to on jest bezapelacyjnie przedstawiony jako morderca. Niestety zmarł zanim udało mu się udowodnić winę w sądzie, więc pozostaje jako tylko podejrzany. Nota bene, okoliczności jego śmierci zostały zmienione. I być może serialowi wyszło to na dobre. Przypuszczam, że serial mógł powstać dopiero po tym, jak w 2020 roku komisja śledcza wskazała właśnie jego, i ostatecznie zamknęła śledztwo.

Ogólnie polecam. Nie dowiemy się z niego za dużo o Palmem – przypuszczam że docelową publicznością serialu są Szwedzi, wśród których ta wiedza jest bardziej powszechna. Ale jest dobrze zrobiony i ma ten trudno do opisania czynnik, dzięki któremu widz łapie się za głowę i woła „WTF??”. No i poznajemy (bardzo prawdopodobne) wyjaśnienie jednej z tajemnic XX wieku.

Channelingując Petera Wattsa w sprawie Rosji i Ukrainy

Tak, przyznaję się nie po raz pierwszy, jestem Peter Watts Fanboi. Ale co na to poradzić, kiedy facet pisze na głos mniej więcej to samo, co ja sobie po cichu myślę, tylko lepiej i mądrzej?

Na samym początku nie wierzyłem, że Putin będzie na tyle głupi, żeby faktycznie zaatakować.

O, człowieku małej wiary!

Teraz moja niewiara opiera się na dwóch filarach:

  1. Nie wierzę, że Putin będzie na tyle głupi, żeby bezpośrednio zaatakować któryś kraj NATO
  2. Nie wierzę, że Putin będzie na tyle głupi, żeby odpalić atomówki

Trzymam kciuki, żebym tym razem moja wiara była tak prawdziwa jak jest żarliwa.

Tak czy siak, gdyby nie te atomówki, to sprawa byłaby prosta. Międzynarodowa interwencja, i pozamiatane. Wówczas nie byłoby żadnej wymówki, żeby tylko siedzieć, entuzjazmować się sankcjami i marudzić, że my też na nich ucierpimy. Ale jest jak jest, i wysyłanie broni, ale nie żołnierzy (poza oddziałami ochotniczymi), to najdalej jak możemy się posunąć.

Zakładając oczywiście, że zaszczuty, wściekły pies nie odbierze tego jako aktu wojny.

I podobnie jak mojemu przywódcy duchowemu, mi też zaświtała myśl, że prawdopdobnie naszą najlepszą szansą na rozwiązanie tego dylematu jest kolejna rewolucja lutowa. Albo przynajmniej pucz wojskowych, którzy z przerażeniem odkryli, że prowadzi ich szaleniec. A może bunt operatorów pocisków z głowicami jądrowymi?

Cóż. Pomarzyć można. Ale optymista we mnie nadal ma przeczucie, że skutek tej wojny będzie zupełnie odwrotny od zamierzonego przez Putina (tak, w międzyczasie zrozumiałem lepiej o co mu chodzi), czyli umocnienie determinacji, by Ukrainę przyłączyć do NATO i Unii Europejskiej. Zresztą nie trzeba być geniuszem jasnowidzenia, bo to już się dzieje. A na dokładkę w Finlandii już powstał projekt obywatelski, by i ten kraj dołączył do NATO (dotychczas obowiązywała umowa z Rosją, że tego nie zrobi, w zamian za obietnicę niespopielenia atomówkami). Nawet Szwecja, „tradycyjnie” (od czasu wojen nepoleońskich) neutralna wobec konfliktów europejskich, też wysyła broń Ukrainie i przebąkuje o członkowstwie w Sojuszu. Szkoda tylko, że potrzeba było krwawej wojny, żeby świat dostrzegł, że Ukraina nie jest (już) przeżartym przez korupcję upadłym państwem.

Ale pucz, o tak, pucz by smakował wyśmienicie.

[Przy okazji – to kolejny powód, by uważać Ukraińców za bratni naród: uwielbienie Petera Wattsa (jego popularność w Polsce jego samego niezmiennie zaskakuje, a w Ukrainie jeszcze bardziej).]

Czasem wychodzi ze mnie optymista. (Tak. Dzisiaj.)

„Dzisiaj” oczywiście (oczywiście z persketywy dzisiaj; dla przyszłych czytelników trzeba wyjaśnić) to jest dzień, w którym Putin postanowił, że chce przejść do historii jako ten, który (potencjalnie? oby!) rozpoczął III Wojnę Światową. A skąd ten optymista w takim momencie?

Przyznaję się, że jest dla mnie kompletną zagadką co właściwie Putin chce przez to osiągnąć. Zdecydowanie między bajki należy włoży to, co na ten temat mówi. Ten stek bzdur, przeinaczeń i robienia z siebie niewinnej ofiary… Szkoda słów. Wiem za to, że cokolwiek to jest, w żaden sposób nie może się udać – chyba że cały świat podkuli ogon i znów odwróci wzrok, tak jak w 2014 – ale wygląda na to, że tym razem tak nie będzie. Jak będzie – jeszcze się okaże, i mam nadzieję, że nie zaczną latać atomówki (rosyjski przywódca na wszelki wypadek jednak wszystkim przypomniał, że takowe posiada). Ale większa nadzieja w tym, że kiedy z tego wyjdziemy, będzie po Putinie, po Łukaszence, po Orbanie, po Le Pen, oraz – trzymam za to kciuki – po Kaczyńskim i całej tej hałastrze.

To jest scenariusz optymistyczny. Wierzę w niego całym sercem. Może nawet go dożyję.

Kilka spostrzeżeń muzycznych zaraz po świętym walniętym

Kilka spostrzeżeń muzycznych zaraz po świętym walniętym

Amazemoon: I: Z kolaboracjami różnie bywa. Czasem na przykład trafi się taka, która na papierze wygląda niedorzecznie, ale w praktyce zwala z nóg. Hardcore’owo-metalcore’owy Converge z doomowo-gotycko-ambientową Chelsea Wolfe? Ha ha, jasne. A jednak! Wokalista tych pierwszych już wcześniej udowodnił podobne ciągoty co ta druga, w postaci projektu pobocznego Wear Your Wounds, ale kto by się spodziewał, że namówi swoich kolegów do takiej kolaboracji jako zespół? I słusznie, że to zrobił, bo wyszła istna petarda.

Granice szaleństwa: „Meszuga” znaczy „szalony”; ale to nie jest notka o Meshuggah, tylko o Frontierer. Meshuggah zapoczątkowali zupełnie nowy nurt, który był na tyle radykalny (pozostając jednak w „muzykalnej” konwencji, bez totalnego burzenia i dekonstrukcji samej koncepcji muzyki), że sporo lat musiało minąć, zanim kultura była w stanie to przyswoić. Ale jak już przyswoiła, to wykiełowało z tego mnóstwo smakowitości. Jest oczywiście djent, który (wołając na puszczy) nazywam na swój użytek „Meshuggah z ludzką twarzą”, są też zespoły typu Humanity’s Last Breath, które (wołając… w pustyni?) pół-serio okrzyknąłem „Meshuhggah z nieludzką twarzą„. I jest Frontierer, który na tej samej glebie zbudował jeszcze coś zupełnie innego. I tak oto wyszła mi mimo wszystko notka bardziej o Meshuggah.

Konkurencja dla Code Orange?: No, bo wiecie, skojarzenie samo mi się nasuwa?

Czego Szwedzi z Umeå szukają jeszcze bardziej na północ?: Pierwszy kawałek – i pierwszy singiel – z nowej płyty Cult of Luna brzmi potężnie, z tą swoją (jak to w ogóle nazwać?) „fanfarą”, ale ogólnie trochę mało odkryczy jest. Więc pierwsze wrażenie było średnie, na szczęście jednak reszta płyty się broni. Paradoksalnie najlepiej wypadają chyba te melancholijne utwory bez walenia gitarami po głowach – Into the Night, oraz kolejny spokojniak z gościnnym udziałem (Beyond I).

Poniemieckie: wrażenia

Słowo „poniemieckie” dotychczas kojarzyło mi się z poniemieckim rowerem z „Samych swoich” (wątpliwości, czy kot kupowany na targu nie jest przypadkiem też poniemiecki, jakoś nie zapamiętałem). I mi, wychowankowi środkowego Mazowsza (nie oszukujmy się: mieszczuch z aglomeracji stołecznej), kojarzyło się raczej z czymś porządnym, solidnym. Tymczasem z książki dowiedziałem się, że przez ludzi, którzy prądami historii zostali rzuceni na „ziemie odzyskane”, było raczej przejawem pogardy.

O samych „ziemiach odzyskanych” zaś wiedziałem w sumie tylko tyle co ze szkoły: po wojnie zostały przydzielone Polsce, Niemcy wyjechali, Polacy przyjechali, sprawiedliwość dziejowa się dopełniła, koniec historii. Tak, wiedziałem (raczej nie ze szkoły) o Akcji Wisła, wiedziałem również (oczywiście że nie ze szkoły), że rzeczona operacja posiadała znamiona zbrodni przeciw ludzkości, ale nigdy się nie zastanowiłem jak dokładnie przebiegał cały ten proces przejmowania całego terytorium.

Karolina Kuszyk nie podchodzi do tematu z pozycji historyka: jak to się stało, że ziemie niegdyś nominalnie polskie (niektóre jednak tylko ledwo-ledwo), spędziły większą część tysiąclecia w „obcych” rękach. Zamiast tego, bardzo słusznie, przygląda się ludziom, rzeczom, domom, a także – w chyba najbardziej wstrząsającym rozdziale – cmentarzom. Wspomina kilka razy o awanturach z różnymi związkami wypędzonych, ale bez narodowego zacietrzewienia, o poszukiwaniach poniemieckich skarbów (dużo rzeczy było zakopanych i pochowanych, w nadziei na szybki powrót, ale żadne złote pociągi), ale przede wszystkim o poczuciu tymczasowości (zaraz po wojnie wcale nie było jasne, że trzeciej nie będzie i że Niemcy wkrótce wszystkiego sobie nie odbiorą), o wynikającym z tego braku dbałości o przejęte mienie, o wstrętnym poczuciu, że nie jest się „na swoim”, że używa się na co dzień czyichś rzeczy, śpi w czyimś łóżku. A także o rabunkach, szabrowaniu na skalę przemysłową, zniszczeniach plasujących się wszędzie na skali od bezmyślnych do celowych, o gwałtach i krzywdzie zarówno wysiedlanych jak i osiedlanych.

Ja nie miałem świadomości tego wszystkiego (chociaż po chwili zastanowienia, znając naturę ludzką, można się domyślić jak to wyglądało), i to pomimo tego, że moja wiedza historyczna jest ciut powyżej przeciętnej. Tak że uważam, że powinna to być lektura obowiązkowa dla każdego, w szczególności dla tych z „rdzennie polskich” krain, bo ci wychowani na zachodzie (i na Warmii; nie zapominajmy o dawnych Prusach Wschodnich!) widzą przecież wokół mnóstwo śladów przeczących narracji o „odwiecznej polskości” swoich rodzinnych okolic i podskórnie przeczuwają, że coś jest nie tak.