Kilka spostrzeżeń muzycznych znowu ach znowu wspominkowych

Anaesthetic Inhalation Ritual Listening Ritual: Kocham pierwszą płytę Obscure Sphinx. Późniejsze jakoś mnie nie chwyciły za serce – a bardzo tego chciałem! I tak sobie pomyślałem: co artysta obie myśli, kiedy ktoś mu mówi, że najbardziej lubi jego najwcześniejsze dokonania? Artysta myśli, że się rozwija, że staje się co raz lepszy, a tu takie coś. Ludzie często są przesadnie sentymentalni, prawda; jeśli twórczość artysty ewoluuje z czasem, to może – że tak powiem – wypaść z rezonansu z tym konkretnym odbiorcą; albo po prostu się nie zna, cham i prostak. W każdym razie, gdyby ktoś mi powiedział, że najlepsze wpisy pisałem 15 lat temu, to bym go odesłał do wariatkowa, pronto! ;)

Bloodiestest redux: Jakiś czas temu odkryłem, że Descent to nie jest debiut Bloodiest… A przynajmniej tak mi się wydawało. Spotify ma taką (nie)ciekawą cechę, że zespoły o tej samej nazwie (często? zawsze?) traktuje jak ten sam zespół. Więc kiedy odnalazłem Bloodiest, i oprócz dwóch mi znanych płyt wyskoczyła jeszcze jedna – o rok starsza od wspomnianego debiutu – to byłem zaintrygowany. Posłuchałem, przeżyłem lekki szok, pomyślałem, że taki przeskok stylistyczny w jeden rok to poważna (i ekscytujaca!) sprawa i zarejestrowałem sobie w pamięci, że Bloodiest jest jeszcze ciekawszy niż myślałem. Nawet się zastanawiałem czy to aby na pewno ten sam zespół, ale chyba sam siebie przekonałem, że jednak tak. Jakiś (dłuższy) czas potem jednak zajrzałem na Bandcamp, gdzie, jak się okazuje, znajdują się wszystkie trzy wspomniane albumy, i ponownie przeżyłem szok – I Told My Wrath, My Wrath Did End bowiem został stworzony przez Bloodiest… z Węgier, a nie z Chicago. Oops. Niech cię szlag, Spotify! Aż pójdę zobaczyć jak tam wygląda sprawa z Shining

Anatema Anathemy redux: Ciekawe jak to spojrzenie na daną płytę może się niepostrzeżenie zmienić. Od jakiegoś czasu bowiem uważam Weather Systems za najlepszą ich płytę – a przynajmniej najlepiej trafiającą do mojego przeżartego metalem mózgowia – i nie pamiętam, żeby kiedykolwiek było inaczej. A tu czytam (trafiwszy tam przypadkiem) niezwykle chłodne przyjęcie… „Ale muszę przyznać, że jakiś podejrzany magnetyzm w tym jest”??? Podejrzany magnetyzm?? Ta płyta jest wybitna, ty matole… ty… ty… ja sprzed siedmiu lat!! (A poza tym… ojezu, czytać o najnowszej płycie Rush, i o samym zespole, że nie jest już zamierzchłą przeszłością… Jak to się perspektywa zmienia, zaiste ;) )

Co za dużo Łabędzi to niezdrowo? redux: Nadchodzi nowa płyta Swans, a ja podtrzymuję swoje zdanie: grają na równo wysokim poziomie, ale trochę jednak… za równo. Te kilka najnowszych płyt niezbyt się różni od siebie. Najwyżej cenię My Father Will Guide Me Up A Rope To The Sky, a to zapewne dlatego, że nie jest to tak naprawdę Swans, tylko Gira solo, który napisał wszystkie utwory, po czym skrzyknął muzyków wcześniejszych wcieleń Swans, oraz swoich innych projektów, by je nagrać. Różnica jest przede wszystkim w tym, że owe utwory zostały napisane, a nie wyłonione w trakcie jamowania. Coś chyba jednak wolę takie podejście do tworzenia, w którym artysta ma jakąś wizję, którą świadomie realizuje, a nie wyłapuje co ciekawsze fragmenty wyłaniające się z dźwiękowej ektoplazmy…

Głupie pytania, część 166. (bo segregowanie jest trudne)

Celofan to bardziej plastik, czy bardziej papier?

[Im więcej czytam o tym co się nadaje do powtórnego przetworzenia, a co nie, tym bardziej ogarnia mnie bezsilność. Bo jeśli chodzi o plastik, to sprawa jest generalnie zasadniczo po prostu beznadziejna.]

Kilka spostrzeżeń muzycznych nie wiem czy tak mglistych jak pogoda za oknem

20181023_213710Applause of Kronika Paranoika: Zespół Vola poznałem bliżej kiedy grali na warszawskiej Woli. Nie jestem pewien czy artyści byli świadomi ironii losu (Vola… na Woli… to ja już sobie pójdę). Ja za to nie byłem świadomy artystów. Coś słyszałem, ale przyszedłem głównie na Monuments. Usłyszałem więcej i zostałem z Vola. Ale Monuments nadal też. W każdym razie później zapoznając się bliżej usłyszałem Ghosts i pomyślałem, że ich popierdoliło. Znałem wcześniej Smartfriend i trochę to nie przypasowało, bo tamto to był djent pełną gębą, a tu? Hm. W innym momencie zaleciało spokojniejszymi kawałkami Depeche Mode i przypomniała się trauma-nie-trauma Host Paradise Lost. Ucho przeżarte metalem zwraca się jeszcze chciwie przy Whaler (przy którym można tańczyć walca… nie, to nie walc – to walec). Przesłuchało się raz, drugi, piąty… dziesiąty… i w końcu zaczęło docierać, że w tym szaleństwie jest metoda. Że wszystko jest tu z premedytacją i recydywą (wszak to już drugi album), misternie skonstruowane, bez skuchy i wstydu. Bezwstydne wyłażenie poza granice metalu, plądrowanie i wracanie z łupami. I oczywiście wcale nie przeszkadza, że wokalista ma fantastyczny głos i jest… uroczym, długowłosym blondasem, typ duńskiego Wikinga ;) (Swoją drogą już zaraz po koncercie w duchu zapowiadałem im świetlaną przyszłość. Oby się spełniło!)

Z cyklu: oni powinni coś zrobić razem: Słucham najnowszej płyty Tarji (nasze pierwsze spotkanie) i jakoś ciągle jakoś przypomina mi się niejaki James (znamy się już jakiś czas, ale nie poznaliśmy się w tym pewnym sennym teatrze). Jak zacznę się nad tym zastanawiać to pewnie dojdę do wniosku, że to zupełnie nietrafione porównanie, ale póki co… zachodzę w głowę co by wyszło z ich kolaboracji. Z pewnym Björnem już śpiewała (można powiedzieć, że to on nas sobie przedstawił) i wyszło zacnie, chociaż trochę zdominowała chłopaka. Więc? :)

Math Bomb: Car Bomb przywraca mi wiarę w math metal! Pewien radiowiec powiedział, że tak brzmiałaby Meshuggah, gdyby trochę „wyszli ze swojego schematu” (czyli, można powiedzieć, przypomnieli sobie siebie z lat 90. zeszłego wieku). Święta prawda. Zgadzam się. Nic dodać, nic ująć. Czas kończyć ten wpis, bo już nie ma nic więcej do powiedzenia ;)

[SOLVED] Wszystkim działa a mi nie

Zawsze powtarzam, że uchodzenie za nieprzeklinającego ma właściwe same zalety (jedynym minusem jest ryzyko, że nikt nie będzie uważać nas za cool, ale to przecież żaden problem). A właściwie tylko jedną, ale za to przeważająca wszystko inne: kiedy się rzuci soczystą „kurwą”, czy „chujem” z głębi trzewi, to wszyscy zwracają uwagę.

Więc kiedy dzisiaj w robocie wyrzekłem słówko na K, to się wszyscy w okolicy zwrócili w moją stronę.

„Wyrzekłem” oczywiście nie oddaje tej mieszanki ulgi, zażenowania i wkurwa na autorów programu, nad którym pracowałem, która zawarła się w przekazie niewerbalnym. Trzeba mi więc wierzyć na słowo.

Przez ostatnie jakieś dwa tygodnie usiłowałem uruchomić pewien program, za pomocą którego miałbym przetestować zmiany, o zrobienie których zostałem poproszony. Program jest aplikacją kliencką, zmiany miały być w gigantycznym monolicie działającym gdzieś w serwerowni. Aplikacja ma pobrać dane z monolitu i mi je przedstawić w atrakcyjnej postaci interfejsu użytkownika zaprojektowanego przez programistów (czyli chujowego).

Od dwóch tygodni się nie udaje.

Sprawdziliśmy różne rzeczy: czy mam wszystkie uprawnienia, czy wersje się zgadzają, czy usunięcie aplikacji i ponowna instalacja coś da i tym podobne elementarne rzeczy. Udało się ustalić, że klient wykłada się na interpretacji komunikatu przychodzącego w odpowiedzi na zaptanie, ale nie udało się ustalić czemu u mnie się wykłada, ale działa u każdego innego, kto próbował.

Aż w końcu, kiedy po raz kolejny tępo wgapiałem się w logi i zastanawiałem się co takiego może być u mnie innego niż u innych, coś mnie tknęło, że błąd jest w funkcji która przerabia tekst na liczbę zmiennoprzecinkową.

Czy już wiadomo w czym rzecz?

Co takiego jest u mnie innego niż u innych?

Szybko więc otworzyłem ustawienia systemowe, znalazłem preferencje regionalne, a konkretnie formatowanie liczb, i przestawiłem opcję znaku kropki dziesiątej, żeby faktycznie była kropką.

Aplikacja poprawnie pobrała dane.

Dawno nie zaliczyłem takiego gigantycznego facepalmu.

Protokół, za pomocą którego aplikacja komunikuje się z monolitem, jest, krótko mówiąc, koszmarny i nikt go nie lubi. Zazwyczaj największym problemem jest że gdzieś się trochę zmieni schemat danych i od razu wszystko się sypie, ale tu mamy coś innego: tekstową reprezentację danych w połączeniu z amerykańską ignorancją. Wiadomo że cały świat używa ASCII i kropki jako kropki dziesiętnej; użyjemy więc funkcji z biblioteki standardowej, której zachowanie jest sterowane przez właściwości środowiska, mimo że protokół de facto wymusza pewne konkretne zachowanie (bo chyba jest oczywiste, że to nie jest udokumentowane).

W ramach odreagowywania napisałem niniejszą notkę. W czasie pracy. Ha!

Joker: wrażenia

To jest (jak dotąd) jedyny film okołosuperbohaterski, na który się napaliłem. (Nie, nie jestem koneserem.) I jedyny, po którym nie pożałowałem. Bo tak naprawdę nie ma on nic wspólnego z filmami superbohaterskimi, poza tym że dzieje się w Gotham i pojawia się Bruce Wayne (który nawet jeszcze nie jest superbohaterem). Można to zaliczyć na plus jak i na minus, jeśli chodzi o zainteresowanie ogółu. Jedni od razu skreślą, bo komiksy, inni chętnie pójdą – bo komiksy, mimo że dramaty psychologiczne to nie ich bajka, a akcji prawie wcale tam nie ma. A jeszcze inni stwierdzą słusznie, że jedno nie wyklucza drugiego. Ja w każdym razie uważam, że warto zobaczyć, niezależnie od poglądów odnośnie superbohaterów.

P.S.: Jak dobrze jest zobaczyć człowieka całkowicie pogodzonego ze sobą…

P.P.S.: Jego śmiech będziecie słyszeć jeszcze dłuuuugo.

W pracy z Amerykanami: ta jedna rzecz

Kiedy rok temu zmieniłem pracę i zacząłem pracować w polskim oddziale Bardzo Dużej Amerykańskiej Instytucji, już na samym początku dało się zauważyć tą jedną rzecz: nasz PM, który akurat jest Kanadyjczykiem, śmieje się z tego, że my, Polacy, śmiejemy się z tego, że każde spotkanie z Amerykanami zaczyna się od ceremonialnego:

– How are you?

– Fine, thank you. How are you?

– Fine, thanks.

Każde.

To jest u nich święta rzecz, żeby zawsze odpowiedzieć „fine”, nawet jeśli wykrwawiasz się na śmierć, rząd cię okrada i nikomu się nie podoba, że nosisz skarpety do sandałów. Nie wydaje mi się, żebym zauważył to u Brytyjczyków, od których bądź co bądź to nasi przyjaciele zza wielkiej kałuży odziedziczyli.

I zawsze uśmiechać się. I bratać się z pracującym pospólstwem jak z równym, mimo że zarabiasz dziesięć razy lepiej i masz więcej niepisanych przywilejów (miałem paru kierowników Polaków, którzy dużą część kariery spędzili w USA i tam ukształtowali swoje nawyki; byli nieznośni). Ogólnonarodowe ekstrawertyczne zboczenie jest u nich dobrze znane. Ale to na marginesie.

U nas oczywiście normy są inne.

– Cześć, co tam u ciebie?

– A wiesz, w sumie nic nowego. Wykrwawiam się na śmierć, rząd mnie okrada, nikomu się nie podoba, że noszę skarpety do sandałów, ……….

Dysonans jest tak ogromny, że śmiech sam wzbiera w człowieku.

I ja też, chociaż rok minął, nie mogę się powstrzymać przed lekkim chichotem, kiedy się witam z kolegą z Ameryki na jakimś callu.

Kilka spostrzeżeń muzycznych po trosze rewizjonistycznych

Strendżjer Merdżjer: Cały świat oszalał na punkcie Zeal and Ardor, a tym czasem mniej więcej w tym samym czasie pojawił się w naszym własnym wspaniałym kraju projekt Батюшка, który łączy metal z liturgią prawosławną. Połączenie może mniej zaskakujące, ale również nieoczekiwane i w retrospektywie… właściwie dość oczywiste? Związki metalu i katolicyzmu są dobrze znane i dobrze zbadane, ale prawosławie jakoś tego uniknęło, na to wychodzi. I do tej pory nikt na to nie zwrócił uwagi… Cóż, na wschodzie ichni kościół faktycznie do dziś jest autentycznie święty, do tego stopnia, że nie dało się zorganizować koncertu zespołu w Rosji (z powodu gróźb), a na Ukrainie organizator był cały w stresie, że w każdej chwili ktoś ich zechce rytualnie rozstrzelać. Inna sprawa, że może to tak naprawdę zrozumieć tylko ktoś, kto – jak twórca Batushki – miał styczność ze Wschodem (tym bliższym, słowiańskim, ewentualnie greckim, a nie chińskim). To jest dość ogólnie ten sam krąg kulturowy, ale tradycja, kultura i mentalość są wyraźnie odmienne – wszak rozeszły się z naszą ponad tysiąc lat temu (Wielka schizma wschodnia była tylko formalnym potwierdzeniem tego faktu). Dlatego należy słuchać ze świadomością, że nie łapie się całego kontekstu i nie wszystko dociera do naszych ignorackich uszu. I tym bardziej zabawnie czyta się recenzje pisane przez jeszcze bardziej zachodnich osobników.1

You Are Your Kind: Stary dobry Slipknot! Aż się łezka w oku kręci. Stary, ale bez tego szczeniactwa obecnego na dwóch pierwszych płytach, kiedy chcieli po prostu robić obrazoburczy łomot. Wydestylowali szczeniactwo, gniew pozostał. I właśnie o to chodzi w muzyce Slipknot. Gniew, w różnych różniastych postaciach, nie zawsze ślepej furii. I psychoza. Gniew i psychoza (to dwie rzeczy z których znana jest hiszpańska inkwizycja…). Mamy też nowość: kołysanka („Spiders”)! Totalnie wyobrażam sobie śpiewać do swoim dzieciom zamiast „karaluchy pod poduchy”. (Jeden mankament jednak: jak większość płyt Slipknota jest odrobinę za długa; fajnie grają, ale przy takiej muzyce „im więcej tym lepiej” raczej nie obowiązuje ;) )

Materialna poprawa? redux: „Jeśli cała płyta taka będzie”, zaiste. I teraz nie wiem co napisać. Ja chcę więcej „Rosa Alba” i „Follow Me”! Ale na tej płycie tego nie znajdę, poza tymi dwoma (które, na dodatek, są dopiero na samym końcu). Smuteczek. Nie chcę hejtować, bo muzyka jest zacna, ale po prostu… nie dla mnie. Jednak muszę napisać że irytuje mnie to nu-metalowe stękanie przy wyciąganiu górek (przepraszam :) ). Idę słuchać Slipknota.

Lawbreed redux: Jedno ze spostrzeżeń, jakie mi w międzyczasie przyszły do głowy, to że trochę za szybko ostatnio piszę te spostrzeżenia. Czasami po zaledwie jednym przesłuchaniu (wstyd! wstyd!). Niekiedy faktycznie pierwsze wrażenie jest tym właściwym, czasami nie – i stąd te „reduxy”. W tym przypadku nie chodzi o to, żebym ocenił nową płytę Newbreed zbyt pochopnie – wręcz przeciwnie! Coraz bardziej mi się ona podoba! W pewnym momencie pomyślałem, że bardzo chcę, żeby więcej ludzi ją poznało, a to trochę nietypowa myśl. (I nie, nie będę elitystycznym snobem, który się masturbuje poczuciem, że zna muzykę, której nikt inny nie zna. Dobrą sztukę trzeba szerzyć, i oby jak najszerzej!) To jest nadal Newbreed, ale łatwiej chyba wymienić czego tu nie ma niż co jest: nie ma po prostu niedoróbek kompozytorskich, które wcześniej mnie nieco raziły. A jest dość różnorodnie. Ewidentne alicjowanie chyba tylko w Snakeater. Spiritual Pornography cały czas mi coś przywodziło na myśl i dopiero teraz sobie uświadomiłem, że było to Queens of the Stone Age. Nettle’s High Ground z kolei jest trochę jak Katatonia z Dead End Kings (czyli obecnie mojej ulubionej). I te rify… I to nieco ponure zakończenie. Najs.


1 Jeszcze uwaga pozamuzyczna: jak to w Cerkwi, teksty są w języku staro-cerkiewno-słowiańskim. Warto zwrócić uwagę, ponieważ to jest dialekt języka, którym mówili także nasi przodkowie, w czasach kiedy cała słowiańszczyzna używała tej samej mowy.