On ma RODO, ona ma RODO, mam i ja

image001
Komentarz naszego Product Ownera

Nadszedł w końcu ten sądny dzień i RODO wchodzi w życie. Wiadomo o tym było od lat, ale większość firm i tak podeszło do tego tak jak i moja: nic, nic, nic, i nagle panika. Ale mniejsza z tym. Będziemy sobie, my, „w okopach”, opowiadać o tym nad piwem tak jak sobie opowiadaliśmy historie z Y2K (a przynajmniej moi przodkowie opowiadali; moja kariera zaczęła się rok czy dwa za późno na to).

Tymczasem pierwsze implementacje pojawiły się tak dawno, że już nie pamiętam kiedy. To była pierwsza fala. Druga fala pojawiła się dopiero parę tygodni temu, ale wezbrała na dobre kilka dni wstecz. I zaczęło się wysyłanie aktualizacji polityki prywatności. I nagle sobie uświadomiłem ile instytucji posiada mój adres email – instytucji, o których kompletnie zapomniałem. Małe sklepiki. Dawni rekruterzy. Różne inne dziwy. I jeden taki, co myślałem, że to uporczywy spam.

Chociaż, z drugiej strony, powinienem się raczej dziwić, że dostałem tego tak mało.

Reklamy

People = resources

W Zespole w pracy od jakiegoś czasu narasta fala buntu. Nie chodzi o to, że nie dostaliśmy premii obiecanych w umowach o pracę, że podwyżki – jeśli w ogóle ktoś dostał – inspirowały do śpiewania „Roty” (NB: pracuję w niemieckiej firmie), że raz za razem wybucha jakiś pożar, który gasimy z poświęceniem życia prywatnego i zdrowia psychicznego a w nagrodę zostajemy zmuszani do niespodziewanych weekendowych dyżurów pod telefonem bez należnego wynagrodzenia (nie licząc poklepania po głowie, jak wiernego psa, który zrobił co do niego należało), że firma przez rok deliberowała nad RODO i nagle miesiąc przed terminem obudziła się z korporacyjną ręką w nocniku i musimy przemeblowywać plany majówkowe żeby nie było że jesteśmy niewdzięczni i uprawiamy obstrukcję – podczas gdy wszystkie agile’owe ideały poszły tam, gdzie kierownictwo je miało przez całe dwa lata „pracy w scrumie”, i znów stoją nam nad głowami i co chwila dopytują się „czy już zrobione?”… Przy tym wszystkim ta jedna rzecz może się wydawać trywialna, ale może właśnie dzięki temu, że jest to ten przysłowiowy opłatek miętowy, ta kropla co przelewa czarę, może właśnie dlatego tak nas to gryzie.

W pewnym momencie jedna z koleżanek w pracy po prostu porozmawiała z naszym niemieckim product ownerem o tym, że nie bardzo przepadamy, kiedy się o nas mówi „resources”.

Ów był zdumiony. Zszokowany i osłupiały. Wstrząśnięty, nie zmieszany. Bo jemu od zawsze kładli w głowę, że „osoba” czy „pracownik” są niemodne i jak ktoś tak mówi, to jest stary, zacofany i bije dzieci. On teraz nie potrafi inaczej. Jest fizycznie niezdolny do zinternalizowania koncepcji, że ktoś nie chce być „zasobem” na równi z drukarką czy monitorem.

Ja od dawna wiem, że korporacja wysysa duszę i zmienia człowieka w wydmuszkę… zasób. Może nie do końca zgadzałem się z lamentami niektórych, którzy twierdzili, że „zasoby ludzkie” to rozmyślnie skonstruowany termin w memetycznej wojnie megakorporacji przeciwko ludzkości. Myślałem, że dehumanizacja to po prostu wypadkowa psychologii tłumu, perwersyjnych incentyw i czego tam jeszcze… A tu takie coś. Przejrzałem na oczy. Okazała mi się naga prawda (i wcale nie jest ona atrakcyjną kobietą). To była świadoma kampania prania mózgów!

W poprzedniej pracy, o której swego czasu pisałem całkiem sporo na niniejszym blogasku, od pewnego czasu miałem szefa, który ileś lat przepracował w Ameryce. Dawało się to odczuć natychmiast i bez żadnych specjalnych zdolności obserwacyjnych. Spoufalanie się z podwładnymi jak z kumplami z paczki… Takie rzeczy. Czy on, i jemu podobni, którzy wyjechali za chlebem „na zachód” i wracają nasiąknięci tamtejszą kulturą zarządzania, są wszyscy skażeni tym rakiem?

Nie wiem. Naprawdę nie wiem.


Nawiązanie w tytule: przekornie tak, o.

 

Kilka spostrzeżeń muzycznych tuż przed eksplozją zieleni

Ministry of Nightmares: Nie jest to szczególnie odkrywcze (ale czy wszystko musi być?), może trochę monotonne (ale czy to źle jak równo walą po głowie?), ale fajnie się słucha i kontempluje myśl, że Ministry powinno było tak zacząć grać zamiast staczać się ku politycznym tyradom przy odgrzewanych kotletach.

Outlandos d’amour (with apologies to The Police!): Brat zapytał czy słyszałem Sunnatę w najnowszej Masarni. Powiedziałem że nie. Brat powiedział żebym posłuchał. Posłuchałem. Natychmiast napisałem mu „Sunnata TAK!”. Ten rodzaj muzyki od dawna jest bliski mojemu sercu i byłem niepocieszony kiedy Minsk zakończył działalność a potem wrócił taką sobie płytą. Dlatego jestem pewien że Sunnata na dłużej u mnie zagości. Nie mają daleko. Po raz kolejny Polacy udowadniają, że metal może wynaleźli Anglicy, ale to u nas trafił na niezwykle żyzny grunt.

Yea, I’m (mostly) satisfied: Ja i punk – raczej nie spotkacie nas razem. Gdzie tam „dwa akordy, darcie mordy” do math-metalu. Zawsze jednak miałem szacunek dla szczerości przekazu. Punk bez treści społeczno-politycznej przestaje być prosty a staje się prostacki i prymitywny. (Podobną drogę przeszedł hip-hop, ale to zupełnie inna historia.) I czasem jednak warto na coś zwrócić uwagę. Przynajmniej na kilka kawałków ;)


P.S.: Tutułowa eksplozja zieleni courtesy of High On Fire.

Player One: wrażenia

I co mogę powiedzieć o tym filmie? Poza tym że 100% Spielberga w Spielbergu? Generalnie mógłbym mu zarzucić wiele tych samych rzeczy co Kształtowi wody: że wiadomo kto jest kto, wiadomo jak się skończy (ale czyżby?), że dobrzy zostaną nagrodzeni, źli zostaną ukarani, a chłopak pocałuje dziewczynę (to chyba bardziej amerykański trop niż nasz, oni to pewnie bardziej przeżywają). Aczkolwiek…

To jest Ten Film, w którym Spielberg chce Ci coś powiedzieć.

Co chce powiedzieć? To chyba zależy od słuchającego. Mi powiedział… W pierwszej chwili powiedział mi, że Über-nerd też może być kochany. A to jest coś, czemu pierwszy przyklasnę. Ale tak jak w scenie prawie-finałowej, w której bohater mówi „coś tu nie gra”, mi też coś nie grało. Wszak Twórca był kochany przez cały świat, a jednak umarł samotny, bardziej samotny niż ktokolwiek może to sobie wyobrazić… o ile nie sam jest Über-nerdem. Bo, widzicie, Spielberg chciał powiedzieć – a przynajmniej mi powiedział – że „nerd” to tak naprawdę postać tragiczna. Całe życie nerda, cokolwiek by on zrobił, prowadzi do nieuniknionej tragedii (w sensie jak to rozumieli starożytni Grecy), w której on sam niczym nie zawinił poza tym, że był… sobą.

Dlatego ten film jest dla mnie bardzo, bardzo smutny.

Od ogarka świecy do jet lagu

Wstałem w niedzielę rano, spojrzałem na zegarek w telefonie i sapnąłem niezadowolony, że tak długo spałem.

Po południu skorzystałem z zaproszenia do znajomych na obiad. Siedziałem, zerkając od czasu do czasu na zegar ścienny i kalkulując, że wróciwszy do siebie będę miał jeszcze chwilę zająć się jakimiś sprawami.

Wieczorem dotarłem do siebie, siadłem przed komputerem i ze zdziwieniem stwierdziłem, że wbrew przewidywaniom, czasu mam w sumie na odebranie poczty i wyszykowanie się spać.

Przed spaniem przejrzałem nagłówki wiadomości (współczesna prasa tylko do tego się nadaje), z których dowiedziałem się, że minionej nocy ma być zmiana czasu na letni. Chociaż tego już się byłem domyśliłem.

Poinformowałem też znajomych, że zapomnieli przestawić zegar.

To zaledwie godzina, ale jet lag jednak jest. I po co? Czemu ciągle się upieramy przy tym pomyśle, który był idiotyczny nawet jako akt desperacji dogorywającego cesarstwa niemieckiego, kiedy to nawet oszczędzenie kilku ogarków świec zaczęło mieć materialne znaczenie?

Kształt wody: wrażenia

Cztery Oskary mnie nie przekonały by zobaczyć ten film; przekonały mnie opinie znajomych (a właściwie to jednej znajomej; że to jest znajoma a nie znajomy mogło mieć wpływ na poziom zachwytu rzeczonej, tak swoją drogą). Opinie znajomych zawsze chyba będą mieć u mnie większą wagę niż ta banda tetryków z Akademii.

Ze zwiastunów odniosłem takie wrażenie, że to typowy hollywoodzki moralitet o uprzedzeniach i rasizmie.

Po obejrzeniu filmu mam wrażenie takie, że to typowy hollywoodzki moralitet o uprzedzeniach, rasizmie, seksizmie, homofobii, agizmie, able’izmie i fanatyzmie religijnym. Trochę sporo tego i trudno uwierzyć, że wszystko się zmieściło w jednym filmie. Ale z perspektywy czasu (czas akcji to 1963 rok, jeśli dobrze sobie policzyłem) trudno uwierzyć też że wszystko to mieściło się w społeczeństwie amerykańskim. A jeszcze trudniej, że nadal się mieści. Ale z drugiej strony to właśnie sprawia, że wcale nie trudno uwierzyć że film dostał cztery Oskary. Jest to niewątpliwie w bardzo dużym stopniu manifest polityczno-społeczny skrojony na czasy „panowania” prezydenta Trumpa, kiedy to wszystkie te wymienione -izmy (i jedna -fobia) podnoszą łby a chorzy na nie ludzie wychodzą z cienia przekonani, że mają mniej lub bardziej jawne poparcie ze strony najwyższej władzy.

Tyle że jest to też spojrzenie na czasy tuż przed rewolucją kulturalną w Ameryce człowieka (generalnie) z zewnątrz. Świat przedstawiony jest tak kolorowy, że aż cukierkowy. Może chodziło o ten kontrast między dobrobytem złotej ery amerykańskiej gospodarki a mrokami duszy narodu? Nie wiem, w sumie nie interesuje mnie to. Interesuje mnie, że film – jako film – jest po prostu… taki sobie. Akcja jest przewidywalna. Bohaterowie są czarno-biali (i nie chodzi mi o ten wątek – te wątki – o rasizmie!). Nudny nie jest, bo nie popatrywałem na zegarek kiedy w końcu się skończy, ale… usatysfakcjonowany też nie wyszedłem.