Jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale jednak…

Po tym jak wczoraj wylałem całą żółć, dzisiaj być może powinienem napisać coś bardziej pozytywnego. Ale tylko trochę bardziej. A może nawet rozpocznę nowy cykl: bevspotting.

Dobra wiadomość jest taka, że penetracja rynku przez samochody w pełni elektryczne w Polsce nie wynosi 0,00000% tylko trochę więcej. Zła wiadomość jest taka, że sport ten nadal przypomina jako żywo wypatrywanie rzadkich gatunków ptaków z kryjówki w dzikiej głuszy. Niemniej udało mi się kilka „ustrzelić” nawet bez próbowania.

Jakoś ponad rok temu

  • Nissan Leaf – chyba pierwszy na jaki zwróciłem uwagę; stałem sobie na światłach na ścieżce rowerowej i nagle wydało mi się że obok przejeżdża odkurzacz.

Jakoś w zeszłym roku

Jakoś w tym roku

  • BMW i8 – na moim własnym osiedlu! (no dobra, to nie BEV, tylko sportowa hybryda, ale blisko)
  • Hyundai Kona – dzisiaj, w samym centrum, co mnie zainspirowało do napisania niniejszego wpisu, chociaż nie byłem w stanie w 100% stwierdzić czy to jest wersja elektryczna (rury wydechowej nie stwierdzono w każdym razie); jak na ironię jechał tuż za jakimś szpan-wozem polakierowanym na żarówiasty żółto-zielonkawy kolor – nie wiem co to było i nie obchodzi mnie to, bo pierdział i śmierdział, a dla takich mam tylko najgłębszą pogardę (zwłaszcza jeśli robią z siebie pajaca).

I tyle.

(Więcej nie pamiętam.) Niedużo, prawda? Przyznaję, że się nie rozglądałem celowo za nimi, ale powalająca ta lista nie jest. W każdym razie chciałem pogratulować tym wszystkim odważnym, odpowiedzialnym ludziom z otwartymi umysłami, którzy się nie boją totalnego braku infrastruktury. Brawo!

Reklamy

Dusząc się od spalin

Tak więc od pięciu tygodni [prawie] codziennie dojeżdżam do pracy rowerem. Pomyślał by kto że będę od tego zdrowszy, ale ja jestem już prawie pewien że wpędzi mnie to przedwcześnie do grobu. A właściwie nie dojeżdżanie rowerem, tylko wy, kochani truciciele w waszych cuchnących samochodach.

Tak, wiem, macie milion wymówek. Bo potrzebny, bo szkoda czasu, bo tak taniej, bo nie ma infrastruktury, bo technologia nie jest gotowa, bo ludzie w autobusach się nie myją1, bo jestem snobem oderwanym od rzeczywistości. Ale tak naprawdę jest tylko jedna przeszkoda: mentalność ludzi. A mentalność ludzi w Polsce jest w rynsztoku.

Jesteśmy w tyle Europy nie tylko pod względem gospodarczym, ale przede wszystkim mentalnym właśnie (czego kolejnym dowodem były niedawne wybory do europarlamentu). Naszą największą ambicją jest dogonić Zachód, tyle że uparcie gonimy ten Zachód taki jakim był 20 lat temu (jeśli nie dawniej). Miliony ludzi tkwią w paradoksie Zenona.

Tak więc jeśli nie jesteś częścią rozwiązania to jesteś częścią problemu. A jeśli jesteś częścią problemu to jesteś moim osobistym wrogiem bo najzupełniej dosłownie chcesz mnie zabić.

Jestem wkurwiony.


1 Serio. Za każdym razem kiedy namawiałem ludzi by dojeżdżali komunikacją miejską, bo nawet autobus na diesla niszczy planetę wolniej niż równoważna ilość samochodów osobowych, zawsze ktoś wyskakiwał z takim tekstem.

Podły, okrutny, zły: wrażenia

Dopatrzyłem się dwóch wad, które tak naprawdę nie są wadami. Poza tym film jest wystarczajaco dobry, by się nabawić drobnej paranoi. Oto przez dwie godziny żyjemy życiem faceta, który wmawia wszystkim, że nie zamordował ponad 30 kobiet. Nie widzimy tych morderstw, tylko tu i ówdzie lekką sugestię, więc z łatwościa wchodzimy w jego skórę niewiniątka, jednocześnie wiedząc. Powstaje dysonans poznawczy i stąd paranoja. Ja relatywnie łatwo „nasiąkam” nastrojem filmów, więc wychodząc z kina nie potrafiłem spojrzeć ludziom w oczy i wymknąłem się chyłkiem jakbym nie chciał, żeby ktoś się zorientował ;)

I właśnie w poprzednim akapicie są już zawarte te dwie „wady”. Jedna jest oczywista: życie to masywny spojler. Wiemy, ze Ted Bundy to potwór i że to wszystko to prawda i jak to się skończy. Druga „wada” jest trochę innego rodzaju, ale nie bardzo wiem jak można było zrobić to inaczej. Mianowicie – nie tylko nie widzimy zbrodni, ale też nie widzimy całego materiału dowodowego i ostatecznie wyrok skazujący wychodzi jakoś tak… nieprzekonująco. Za co właściwie go skazano? Ławnicy obradowali tylko siedem godzin, więc dowody musiały być bardzo mocne. W filmie nie były (ale pewnie o to chodziło, żeby jeszcze bardziej nas nakręcić). Jedyne na czym musimy się opierać to zrobiona od czasu do czasu demoniczna mina (zrobiona bardzo subtelnie, tak jakby mimochodem i zupełnie naturalnie; brawo, Zac!) i to, że bohater zachowuje się niemal podręcznikowo jak ktoś, kto jest winny ale bardzo chce uchodzić za niewinnego.

I jeszcze jedno.

Mam silne podejrzenie, że bardzo wielu mężczyzn gdzieś tam w głębi serca chciało by być Tedem Bundym.

Zanim odsądzicie mnie od czci i wiary, zastanówcie się: facet jest tak charyzmatyczny, że dziewczyny nadal do niego wzdychają, nawet kiedy siedzi na sali sądowej oskarżony o brutalne morderstwa kobiet – czy to dlatego, że szczerze nie wierzą w jego winę, czy też pomimo tego, że w nią wierzą. Dostawał listy miłosne do celi śmierci! No kto by nie chciał mieć takiego wpływu na płeć przeciwną?

Z drugiej strony obnaża to też bardzo brzydką tendencję w naszej cywilizacji: atrakcyjnym ludziom jesteśmy skłonni wybaczyć naprawdę wiele. Od tysiącleci jesteśmy karmieni bajeczkami, w których brzydki równa się zły, a dobry i szlachetny jest zawsze piękny (i odwrotnie). Dopiero ostatnimi czasy to się zmienia, być może dlatego, że za tworzenie filmów, książek itp. wzięli się brzydale, którzy nigdy nie mieli powodzenia ;) Revenge of the Nerds!!!

Aha, i gdzie ten Hetfield? ;)

Daenerys jest najpiękniejsza kiedy jest bliska łez

Zanim zacznę, chcę zaznaczyć, że piszę z pozycji kompletnego outsidera. Nie czytałem książek, nie udzielam się w fanowskich dysputach i zakładam, że na większość, jeśli nie na wszystko, jest jakieś mniej lub bardziej oficjalne wytłumaczenie ;) To powiedziawszy…

Sezon siódmy Gry o Tron kompletnie nie trzyma się kupy.

(Tak, dopiero przebijam się przez poprzedni sezon. Ale już wkrótce będę tylko pięć tygodni w tyle za wszystkimi!)

Koleś wpada do wody w ciężkiej zbroi płytowej i jakoś się z niej wydostaje.

Koleś wpada do lodowatej wody w ciężkim futrze, które z pewnością nasiąknie wodą, do tego obczepiony przez kilku umarlaków – i jakoś się z niej wydostaje.

Nie musiałem nawet patrzeć na mapę, żeby widzieć, że przedstawione ruchy wojsk były zupełnie niemożliwe. Poza tym kiedy się eskortuje tabor, to się rozpuszcza ekran kawalerii coby się nie dać zaskoczyć tak jak tamci się dali. Nawet ja to wiem (ale równie dobrze może mi się wydawać że wiem) ;)

Dragonstone stało puste nie wiadomo jak długo. Dlaczego żaden z lordów go sobie po prostu nie wziął? Na pewno jakaś gałąź familii jednej czy drugiej rościła sobie do niego prawa, słusznie albo nie. To zbyt łakomy kąsek żeby tak nie było. A skoro już o tym mówimy, to jak wygląda zaopatrzenie wielkiej armii stłoczonej na tej wysepce? Dothraki raczej owsianką się nie żywią.

Casterly Rock że niby wybudował ojciec Tyriona, ale kiedy to było? Tyrion wspomina że dostał zlecenie zaprojektowania kanalizacji, i że zostawił sobie furteczkę żeby sprowadzać „przyjaciółki”, czyli był już raczej dorosły; ale z drugiej strony wspominają tą siedzibę jako miejsce dorastania pełne wspomnień i sentymentów. A przecież Tyrion jest najmłodszy z rodzeństwa! (Inna sprawa że wspomniany zamek jest rzekomo jednym z najstarszych w kraju. Ale może w serialu nie.)

Daenerys po przybyciu do Westeros nagle dostaje jakiegoś porażenia mózgowego i zapomina o wszystkich lekcjach nabytych do tej pory. Dostaje obsesji na punkcie klękania – zrywaczka łańcuchów pełną gębą, nie ma co.

John Snow nazwał królową po imieniu, ba! po zdrobnieniu imienia i nie został roszarpany na strzępy. Serio?? Nie trzeba spojlować, żeby było jasne jak słońce do czego to zmierza, ale… za wcześnie, zdecydowanie za wcześnie ;)

To niby tylko szczegóły, ale zaczynają się trochę piętrzyć.

Wyglada na to, że odejście od książkowego kanonu (nawet jeśli wymuszone brakiem rzeczonego kanonu) nie wychodzi scenarzystom na dobre. Nie mają pomysłowości Martina, nie mają wizji Martina, i bez niej wymyślają na siłę. Chyba nawet nie pytają siebie „co by Martin powiedział?”. W wyniku tego zrobiła się z Gry o Tron jakaś telenowelka niemal. Ten na nią spogląda tęsknym wzrokiem, tamta odkrywa że smuci ją kiedy jego nie ma w pobliżu… Zbyt często jak na mój gust polegają na deus ex machina i intrygująco fortunnych zbiegach okoliczności (dobry timing też do nich zaliczam). To zdecydowanie nie są oryginalne i zakakujące rozwiązania fabularne, do jakich przyzwyczaił nas Martin.

I przestali zabijać głównych bohaterów. A jak już jednego zabili to go wskrzesili. Jeśli to nie jest bezwstydne zagranie pod publiczkę to ja nie wiem co jest ;)

Patrząc na to wszystko, nabieram ochoty żeby nadrobić zaległości i jednak przeczytać książki, na podstawie których był przynajmniej początek serialu. Bo jeśli pierwsze sezony były wiele lepsze od późniejszych, to i materiał źródłowy pewnie jest o tyle lepszy.

Lęk i odraza w Internecie

Wiem, że coraz bardziej jestem po prostu starym zgredem, który przestaje rozumieć otaczający go świat. Stosuję stare pojęcia i kategorie do nowych zjawisk. Z mocnym niepokojem obserwuję „do czego to świat zmierza” i wspominam stare, lepsze czasy, kiedy życie było prostsze (tak! pamiętam życie bez komputerów domowych!). Chociaż to ostatnie to nie, bo wspominanie ponurych lat 80. i 90. w Polsce jako „lepszych” to obiektywny absurd. Staram się jednak nie trzymać kurczowo przeszłości i jakoś iść z czasem. Nie lubię nawet całej tej fali retro-rocka! Ale to pewne że wnuki (a przynajmniej ludzie w wieku wnuczym) będą się ze mnie śmiać, że nie wiem po co cały ten gizmotron.

Niemniej.

Czy tylko mnie zainstnienie kategorii społecznej zwanej „influencerami” napawa przerażeniem?

[Tytuł godny lepszego wpisu, wiem.]