Najbardziej tyrellowska rzecz jaką obejrzałem w tym roku

Drzewa opiekują się swoimi dziećmi? Podsyłają im paczki żywnościowe? Nie pchają się z buciorami w ich przestrzeń życiową? Spisują przed śmiercią testament, w którym nie wszystko oddają destruentom? Tworzą kółka wzajemnej samopomocy z sąsiadami? Korzystają z usług kurierów firmy Grzybnia? Ej, drzewa są bardziej ludzkie niż ludzie!

Suzanne Simard: How trees talk to each other

Następnym razem pomyślisz dwa razy zanim podniesiesz siekierę na to drzewo zasłaniające ci okno…

Reklamy

Lucy: wrażenia

Ło bosz. Ale pierdolety. Wychodzimy z błędnego założenia i dalej jest tylko gorzej. To znaczy, początek jest obiecujący, szczególnie mi się podobały te przebitki z życia na sawannie, no i Pilou Asbæk wymiata w swoim epizodycznym epizodzie. Ale.

Coś jakoś szybko dokonała się ta jej transformacja. Budzi się, siada i już – zimna, wyrachowana i zupełnie niespeszona swoim nowo nabytym IQ rzędu 1000. Do tego jak na osobę tak zajebiście oświeconą wykazuje się zadziwiającą pogardą dla ludzkiego życia. Zastrzelić pacjenta na stole operacyjnym „bo i tak by umarł” („bo guz rozprzestrzenił się na drugą półkulę”) to jak rozdeptać mrówkę, a tymczasem z całą pewnością ma moc by tego guza usunąć samą siłą woli. Jedzie przez miasto miotając zastawiającymi drogę samochodami na lewo i prawo, niech się potrzaskają, a chuj, bo tak jest fajniej niż po ludzku podnieść i miękko odstawić obok. A przynajmniej wyłączyć silniki w ścigających pojazdach.

A my, społeczeństwo XXI wieku, zupełnie się tej wyrachowanej przemocy nie dziwimy. I nawet kibicujemy. A skoro już przy tym jestem to nie wiem jak mam interpretować te sceny z lubością pokazujące posągi wielkich myślicieli potrzaskane przez kule?

I jak na istotę tak zajebiście oświeconą wykazuje się zadziwiającym brakiem umiejętności przewidywania. Prawda, unieszkodliwiła Złych Ludzi, odebrała im walizkę, po czym ci sami Źli Ludzie zajechali bez najmniejszych kłopotów pod uniwersytet, gdzie Lucy postanowiła przemówić do mrówek, i wykosili bandę yntelygientów. A ona tylko „ty się tym zajmij, muszę się skupić”. Pff.

Na końcu Besson ostro pojechał Kubrickiem. W sensie że nie wiadomo o co i po co. Lucy natomiast zmienia się w Boga (Boginię?1) chociaż używa (rzekomo) tylko pięć razy więcej mózgu niż my, zwyklaki.

No i: dlaczego Źli Ludzie sami się nie nałykali tego niebieskiego proszku, tylko przemycają go nie wiadomo po co na drugi koniec świata? Czyżby bali się, że (jak stwierdza bodajże jedyna mądra kwestia) „to ignorancja jest źródłem chaosu, nie wiedza”?

Obejrzałem w sumie tylko dlatego, że jestem wielbicielem Scarlett Johansson (czy ona nie powinna być Johansdottir?) i przynajmniej ona mnie nie rozczarowała :) No ale dobra. Przedstawienie świetnie zrobione. Poczucie zażenowania nie przeszkodziło mi dotrwać do końca i nawet w miarę dobrze się bawić. Ale jeśli chodzi o upajanie się bezsensowną przemocą, nic nie przebije Hardcore Henry (wrażenia z którego nadal poniekąd mam zamiar spisać, ale nadal brak mi słów ;) )


1 Zauważyliście, że jak się o kimś powie że jest „bogiem” to mamy na myśli że jest taki mądry, podczas gdy jak się o kimś powie „bogini” to mamy na myśli że jest ładna?

Wiesz że cywilizacja się kończy kiedy ludzie myślą że jestem z wyższych sfer

Na razie tylko w restauracjach, ale zawsze coś.

Restauracja pierwsza: incydent ten opisałem prawie dokładnie dwa lata temu. W skrócie: grillowany łosoś + Guinness + zwrócenie uwagi że do ryby nie podaje się noża (chyba że takie specjalne, które jeden jedyny raz w życiu dostałem tylko w smażalni ryb we Fromborku) = posądzenie o bycie smakoszem.

Restauracja druga: incydent miał miejsce dzisiaj w porze popołudniowej. Zawitałem w niedawno otwartej, a obecnie mojej ulubionej, knajpie z kuchnią indyjską, nepalską i tajską, prowadzonej przez autentycznych hindusów/Nepalczyków/Tajów. Zamówiłem chilli nepalskie z grzybami. Było pyszne, jak zawsze. Zapłaciłem rachunek, po czym kelner pyta mnie czy nie jestem aby Hare Kriszna. Że hę? Ja?? Zapytałem skąd taki pomysł i usłyszałem, a przynajmniej próbowałem usłyszeć przez jego polszczyznę mocno zabarwioną hinduskim/nepalskim/tajskim akcentem (wszak był to rodowity hindus/Nepalczyk/Taj), że – jak się domyślam – to dlatego, że zawsze zamawiałem dania wegetariańskie. Co po prawdzie prawdą nie jest, bo czasem zamawiałem kurczaka. Ale jednak – świętych krów nie tykam. No dobra, nie podpada to za bardzo pod „wyższe sfery” (tytuł notki to, przyznaję się bez bicia, bezczelny clickbait), chociaż w pewnym sensie mnie to pozytywnie zaskoczyło (krisznowcy to fajni ludzie są!). I z tego zaskoczenia odparłem że jestem tylko „zwykłym Polakiem”.

A teraz… umysł ścisły podpowiada mi, żeby następnym razem wstąpić do Sheratona, czy czegoś w tym rodzaju, i zobaczyć co się stanie.

Kilka spostrzeżeń muzycznych gdzie jakość idzie z całą pewnością w parze z ilością

Heart of a Coward: Wcześniej pisałem o nich, że „ścigają [Scyllę] ale jakoś słabo”. W sumie nie jest tak źle, jeśli można to nazwać „źle” ;) W notatkach do niniejszej notki zaś mam zapisane dwa słowa: djentowy Soilwork?

Mowa nienawiści? Wiem, jestem strasznie zapóźniony. Ale kiedy słyszę określenie „hardcore”, generalnie mi się odechciewa. Powiedzmy, że to wyjątek potwierdzający regułę :) Gdyby Crowbar zachowali ten ogień z czasów kilku pierwszych płyt, graliby w ten sposób. I to mi się podoba.

Burn my ears: 22 lata minęły. Nie zestarzało się ani krztynę. I tyle mam do powiedzenia.

Exegi Monuments redux: Nie miałem pojęcia że ta płyta tak mi się spodoba! Wrażenie dodatkowo wzmocnione po zapoznaniu się z debiutem, który wcale nie jest zły, tylko… normalny (jak na ten styl, ma się rozumieć). W porównaniu z pierwszą, druga płyta to zupełnie inna jakość.

Obyś żył w ciekawych [muzycznie] czasach? Pierwszy raz coś z tej płyty usłyszałem bez zapowiedzi, więc nie wiedziałem co to jest. Słucham i myślę: brzmienie Gojiry, ale muzycznie wcale nie Gojira. Po czym okazało się, że to Gojira. Drugi singiel tylko umocnił pierwsze wrażenie: Gojira skręca w stronę metalcore? Po czym okazało się, że reszta płyty jest zupełnie inna. No i wybuchło piekiełko: jednym się podoba, inni odsądzają zespół od czci i wiary. Są momenty mocne (wspomniane single, „Pray”), są momenty dziwne (tytułowy), są typowe dla Gojiry momenty zupełnie od czapy (żeby nie powiedzieć że z dupy wzięte; „Yellow Stone”). Moja opinia? Jest… ciekawie.

Co za dużo Łabędzi to niezdrowo?: Swans mają chyba jakieś motorki w tyłkach. Trzecia z kolei podwójna płyta, w odstępach dwuletnich… Ale oni mają na to formułę: jamowanie, a jak coś wyniknie to nieustanne męczenie rezultatu. W pewnym momencie wchodzą do studia i nagrywają tak jak to w tej chwili wygląda. Potem utwory od razu się zmienia, więc na koncercie nie spodziewajcie się rzeczy znanych z nagrań. Muszę powiedzieć że przy trzeciej tak wyprodukowanej płycie zaczyna to być męczące, zwłaszcza że tym razem otrzymujemy trzy (trzy!) kawałki o czasie trwania zbliżającym się do pół godziny (!). Trzeba być fanem. Bo żeby trafić do zgreda piszącego te słowa trzeba trochę krócej, a konkretniej.

Spyla kopa: Gdyby ś.p. Layne Staley przeżył, prawdopodobnie tak by dzisiaj brzmiało Alice In Chains: charakterystyczna barwa głosu od której łezka się kręci w oku, harmonie wokalne, ponuractwo – jest wszystko co trzeba. Na szczęście tylko w co N-tym utworze, bo gdyby tak było cały czas to by było niezdrowo. Wszak Alice In Chains jest tylko jedno.

Meta-spostrzeżenie: podejrzanie dużo tutaj „gdyby X cośtam, to by tak grał”. Muszę chyba sobie kupić nowy szablon. [I tak jedno skasowałem w międzyczasie ;)]

„Jak zostać bogatym”: przypowieść

Na targach książki dwóch Autorów miało stoiska. Obaj Autorzy wydali byli właśnie książki pt. „Jak zostać bogatym”. Do pierwszego stoiska podchodzi Czytelnik i pyta Autora Pierwszego:

– Czy jest pan bogaty?

– Nie – odpowiada Autor Pierwszy.

– Zatem pańskie porady są bezwartościowe. Nie kupię pana książki.

Następnie Czytelnik idzie do drugiego stanowiska. Autor Drugi zasłyszawszy rozmowę między Czytelnikiem a Autorem Pierwszym jest już mentalnie przygotowany gdy Czytelnik pyta go:

– Czy jest pan bogaty?

– Tak, jestem! – odpowiada natychmiast Autor Drugi.

– W takim razie wezmę pana książkę za darmo bo skoro już jest pan bogaty to nie potrzebuje pan jeszcze więcej pieniędzy.

[Tadam!]

Możni tego świata…

…zlecieli się do Warszawy i się naprzykrzają. Bo obaliliśmy królów, ale nie trony. Kto im właściwie dał do tego prawo? Dlaczego nie pojadą gdzieś robić te swoje szczyty gdzieś w głuchym polu, gdzie nikomu nie będą przeszkadzać? Głupie pytania, część 155. i 156.

[Kolega w pracy relacjonował jak na jego oczach prawie zderzyły się jadące prostopadle do siebie dwie kolumny eskortujące jakichś ważniaków – i stały tak, bo ani kierowcy, ani kierujący ruchem policjanci nie wiedzieli co zrobić. Pewnie tyle czasu zajęło im ustalenie kto jest większą szychą.]