Kilka spostrzeżeń muzycznych po kilku piwach

Scylla nie Charybda: Scylla, w przeciwieństwie do Materii, nie szuka nowych środków wyrazu, ani nic w tym rodzaju, na zasadzie, że po co naprawiać coś, co nie jest popsute. Scylla zdecydowanie popsuta nie była, i nadal nie jest, więc mi to pasi. Nawet jeśli kawałki trochę podobne do siebie ;) [Nota redaktorska: link jest do Apex EP, ale powinien być tu też dołączony Beneath, ponieważ zostały wydane razem – ale nie znalazłem odpowiedniego linku.]

Rotting Tiamat Lost: Jakoś mnie ostatnio naszło, żeby przesłuchać całą dyskografię Rotting Christ. Coś w rodzaju badań kulturoznawczych, czy coś, bo jak by na to nie patrzeć, znam co najmniej jeden zajebisty zespół z Finlandii, a nie znam żadnego z Grecji. Więc coś tu nie pasi. I jak narazie wychodzi, że pierwszą ich płytą, którą mogę niezaprzeczalnie polubić to Sanctus Diavolos z 2004 roku – ponieważ jest pierwszą, która nie ustawia zespołu gdzieś pomiędzy Paradise Lost i Tiamat. Inspiracje są bardzo zacne, ale ja jednak lubię oryginalność, a tam tych inspiracji słyszałem trochę za dużo. Tak że tak. Aha, zdecydowanie bardziej też ich polubiłem w momencie, kiedy zaczęli częściej śpiewać po grecku :)

I, Accursed redux: Czasami zdarza się, że nagle i dość niespodziewanie coś zatrybi i wpadnę w stan fascynacji jakimś dziełem lub zespołem (niestety prędzej czy później ten stan przemija, więc się nim cieszę póki trwa). Ostatnio właśnie stało się tak z Accursed zespołu Vale of Pnath. Nagle urzekło mnie że utwory są trochę jak opowieści, luźno i swobodnie (ale z sensem!) żonglujące motywami; że sprytnie i w miarę płynnie przechodzą między sobą; że formuła EP sprawdza się przy takim graniu znakomicie, przy tym jak chwile wytchnienia są ale dość rzadkie i skąpo dozowane… Tak więc chwilo, trwaj!

Złożyłem e-PIT i jestem w szoku

Nie, szok nie dotyczy tego, że choć raz pracodawca poprawnie policzył mi zaliczki i nie tylko nie mam niedopłaty, ale wręcz mam nadpłatę – całe 3 zł!!!

Nie, jestem zszokowany, że poszło tak gładko i bezproblemowo. Strona jest czytelna, „intuicyjna”1, działa sprawnie i nie sypie niezrozumiałymi błędami (no dobra, to ostatnie to bardzo nisko postawiona poprzeczka). Pierwszy raz w życiu widziałem wszystkie ulgi wypisane i opisane w jednym miejscu. (Szkoda że żadna się do mnie nie stosuje.)

Chyba nigdy w historii oprogramowanie zrobione za pieniądze publiczne nie działało tak dobrze. Normalnie szok.


1 Wszyscy wiemy że „intuicyjny” interfejs to taki, do którego jest przyzwyczajony projektant.

Ten telefon niemal doprowadził go do zawału; nie uwierzysz jak!

Czegoś takiego jeszcze nie widziałem.

Zbierając się wieczorem do spania, odłożyłem telefon na książkę, która akurat leżała na blacie. Książka jest ceglasta, a ja trochę jakby nie trafiłem, bom robił to na czuja. Więc telefon się zsunął i stuknął o blat, co usłyszałem, oceniłem jako niewarte uwagi i olałem. Umywszy zęby, wziąłem telefon i, już leżąc w łózku, chciałem jeszcze zerknąć na to czy owo (tak, wiem, to bardzo zły nawyk). Nic. Naciskam Przycisk – nic się nie dzieje. Przytrzymuję – nic. Naciskam dwa przyciski na raz – nic. Naciskam dwa inne na raz – nic. Przytrzymuję dwa na raz, w różnych kombinacjach – nic. Zaczynam kląć. Telefon niestety jest zalutowany i nie można dobrać się do baterii, więc nie mogę sprawdzić czy „twardy reset” pomoże. Wtykam ładowarkę – nic. Już planuję wizytę w serwisie i wyłożenie kasy na odzyskanie danych (tak, tak, kopie zapasowe, wiem!!), opukuję, ostukuję, może jednak nie jest tak dobrze zalutowany. Ciągle nic. W końcu okazuję oczywisty objaw szaleństwa i ponownie wtykam ładowarkę – ożył. Hmmmmmmm. Wszystko działa, ale Przycisk nie gasi ekranu; w ogóle nie reaguje. Przypominam sobie stuknięcie o blat i przychodzi mi do głowy metoda ruska. Biorę telefon i stukam nim w twardą powierzchnię, uderzając okolicami Przycisku. I wiecie co? Pomogło…

Jestem już w wieku, w którym mam prawo narzekać na „dzisiejszą młodzież”, i generalnie wiem, że nie należy się po technologii spodziewać niczego dobrego, więc przeważnie jestem przygotowany na niespodzianki, ale nadal mnie ona czasami zaskakuje.

Odpowiednik, sezon 2., odcinek 6.

Odpowiednik, sezon 2., odcinek 6.

Odpowiednik to taka trochę niedoceniona perła. Co prawda ostatnimi czasy trochę irytuje mnie kiedy ciekawy pomysł zostaje przytłoczony kinem gatunkowym, ale przypuszczam, że scenarzyści nie bardzo wiedzą jak ciekawy pomysł ubrać w ciało inne niż coś, co wpisuje się w jakąś już istniejącą tradycję. Albo jest tak, że gdyby taki Orphan Black był serialem wyłącznie o dramatach psychologicznych rodzących się pomiędzy bardzo licznymi „siostrami”, identycznymi a jednak ukształtowanymi przez różne środowiska – a nie thrillerem szpiegowskim obracającym się wokół teorii spiskowych i megakorporacji – to zapewne (prawie na pewno) pies z kulawą nogą by się nim nie zainteresował. No trudno. Ale trochę mi przykro kiedy widzę ogromny potencjał nie do końca wykorzystany, bo potrzeba było więcej scen skradania się przez tajne laboratoria, które to sceny równie dobrze mogłoby być w jakimś zupełnie innym serialu i na niczym by nie straciły. Żeby nie było: to nadal jeden z najlepszych seriali jakie widziałem (nawet jeśli sezony 2. i  3. można oglądać trochę jednym okiem, bo scenarzyści zaczynają się gubić w zeznaniach).

Do Odpowiednika też miałbym podobne zastrzeżenia. Niemniej zgadzam się z Peterem Wattsem (podlinkowanym powyżej) że ten serial zasługuje na większą popularność. Nie pisałbym jednak tego wpisu, gdyby nie odcinek szósty drugiego sezonu, który wyjaśnia dużo za dużo by z grubsza opowiedzieć o czym jest, chociaż dla mnie ważne jest tylko to, że akcja dzieje się (głównie) w Berlinie Wschodnim pod koniec lat 80. XX wieku, bardzo niedługo przed upadkiem muru berlińskiego. Peter Watts wylicza już powody, dla których scenografom należą się wszystkie nagrody jakie są możliwe do uzyskania w telewizji. Tak że nie jest żadną niespodzianką, że wschodni Berlin z tamtej epoki jest przedstawiony bardzo, bardzo skrupulatnie. Tandetne sweterki, które wszyscy noszą bo nie ma nic innego; Trabanty i Wartburgi jako jedyne samochody pojawiające się na ulicach (chociaż chyba jest ich trochę za dużo jak na dogorywającą gospodarkę centralnie planowaną, czyli wyjątkowo niewydajną). W tym wszystkim rzuciły mi się w oczy dwie rzeczy: po pierwsze, ktoś nie postarał się, żeby Trabanty miały właściwy im, jedyny i niepowtarzalny, dźwięk silnika. Mój rodzic jeździł tym wspaniałym pojazdem długie lata, więc ów dźwięk stanowczo zapadł mi w pamięć. Po drugie: plakat na ścianie córki głównego bohatera odcinka, widoczny na załączonym do wpisu kadrze.

Kiedy pierwszy raz się pojawił, coś mnie tknęło, że coś jest nie tak, ale nie zarejestrowałem co, więc musiałem przewinąć i potwierdzić: tak, to jest język polski. Plakat reklamujący „Ogólnopolski konkurs ‚Zgaduj zgadula’ – 30 lat Polskich Nagrań”. O ile brakujący dźwięk Trabanta mogę łatwo uznać za zgrzyt, w przypadku plakatu chyba jednak nie jest to takie łatwe. Z jednej strony można uznać, że jakiś amerykański troglodyta trafił na takie coś przeglądając artefakty z epoki, a że nie znał ani niemieckiego, ani polskiego, i nie chciało mu się przeczytać etykietki pod rzeczonym artefaktem, pomyślał że sobie wklei, a co, przynajmniej ładnie wygląda. Ale z drugiej strony Polska była wszak „bratnim” narodem socjalistycznym (choć przyjaźń była w dużej mierze tylko deklarowana), a z racji istnienia żelaznej kurtyny wszystkie „bratnie” narody socjalistyczne musiały się kisić głównie we własnym sosie (inaczej pewnie muzyka węgierska z tamtych lat nie zdobyłaby u nas takiej popularności); my zaś wiemy, że dziewczyna jest wielką fanką muzyki. No a poza tym polska szkoła plakatu była czymś unikatowym na skalę światową, więc…

Zgrzyt, nie zgrzyt, był pretekst by się rozpisać. A żeby polecić Odpowiednika to nawet pretekstu nie potrzebuję, więc dziwne że wcześniej tego nie zrobiłem.

Kilka spostrzeżeń muzycznych w których częściowo wracam do krótszego formatu faktycznie „kilku spostrzeżeń”

I, Accursed: Vale of Pnath, przynajmniej tutaj, ma dużo wspólnego z Deathspell Omega: szaleńcze eskapady gitarowe, „klimatyczne” zwolnienia, charczący wokal, i tak dalej. Czyli jest miło, i nie należy się sugerować powyższym, że to jakiś plagiat – po prostu podobny styl.

Digging Deep After the Burial redux: Muszę stwierdzić, że coraz bardziej denerwuje mnie ta płyta. Tyle dobrego a tak pomieszane z durnymi kawałkami. I jak tu słuchać, panie premierze?

All in a system, down: Nadal pamiętam jak wielkie wrażenie wywołał debiut System of a Down, te prawie 22 lata temu. Wrażenie wywołał na mnie, ale chyba też na całym świecie; chociaż co prawda w Polsce nie od razu się szersza publiczność na nich poznała. Teraz posłuchałem tej płyty po raz pierwszy od jakichś 9 lat i nadal czuję ten sam podziw dla niezwykłej wyobraźni muzyków, ale jednocześnie jestem już uzbrojony w wiedzę o ich dalszych poczynaniach i słyszę, że w porównaniu z dziełami takimi jak Mezmerize/Hypnotize jest ona trochę… prymitywna? Ale w sensie takim jak greccy hoplici będący śmiertelnie groźni w boju i imponujący, ale prymitywni w porównaniu z rzymskimi legionistami…

Po piąte…: Szwedzki Shining poznałem za sprawą dziewczyny. To było w czasach, kiedy dopiero co wyszło Redefining Darkness i przez bardzo długie lata potem to była jedyna ich rzecz, którą znałem  bardzo dobrze – znaczy, oczywiście z czasem poznawałem też późniejsze płyty, w miarę jak się ukazywały, ale płyta numer osiem faktycznie trafiła mnie jak piorun. Dziwne że tak długo nie mogłem się zebrać żeby pogrzebać w ich przeszłości. Może mnie ostraszało to, że to jest jeden z tych zespołów, które przeszły od black metalu do czegoś bardziej, hm, artystycznego? Faktycznie, pierwsze trzy płyty to taki mocno tradycyjny black metal. Na trzeciej zdaje się coś drgnęło, czwarta to już wyraźny pierwiosnek, ale piąta to prawdziwy flirt z wielkością. Niezwykłe dzieło. No i dlaczego nie wierzyłem w zapewnienia dziewczyny, że „Halmstad” trzeba koniecznie znać?…

Patrzcie państwo, nasz własny wkład w światową popkulturę

Wiedźmin to nasz narodowy skarb, to wiadomo od dawna. Polska i Polacy są dziećmi w piaskownicy, w porównaniu z praktycznie całą resztą świata, jeśli chodzi o promocję swojej kultury – to wiadomo także od dawna. Tak że ze sporym zaskoczeniem można było obserwować jak gry wiedźmińskie zdobywają na świecie coraz większą popularność… Ale serial, wyprodukowany przez wielki konglomerat medialny, jakim stał się Netflix, to już zupełnie poważna sprawa.

Tutaj muszę wyznać z rozbrajającą szczerością, że (prawie) żadnego „Wiedźmina” póki co nie przeczytałem, a serialu obejrzałem jak na razie tylko dwa odcinki ;) Pierwszy z tych odcinków sprawił raczej wrażenie amatorki i pewnego zamieszania, hm, ontologicznego (magia, w sensie; Ciri pod koniec odcinka robiąca takie rzeczy??). W drugim zdecydowanie najjaśniejszym blaskiem świeci Tissaia de Vries… A dalej nie byłem pewien czy chce mi się brnąć ;) Ale chyba jednak pociągnę, ponieważ…

…Jak już wspomniałem wcześniej, dużo można wyczytać z rankingu najczęściej wyszukiwanych haseł na Wikipedii. A na nim (dla Wikipedii anglojęzycznej) „Wiedźmin” zadebiutował na drugim miejscu, po czym usadowił się solidnie na pierwszym na prawie dwa tygodnie (z przerwami, by ustąpić takim niezwykle ważnym hasłom jak np. Kushal Punjabi). Znaczy wstydu chyba nie ma? Aż przyjemnie się to oglądało (tak, codziennie rano na kibelku). Ostatecznie zniknął z pierwszej piątki 7 stycznia. (Gdzie powrócił na chwilę po kilkudniowej przerwie, i skąd ostatecznie wyrzuciło go zabójstwo Quasem Soleimaniego.)

Dzisiaj natomiast czytam (z kilkudniowym poślizgiem) jak Ars Technica pisze:

The Witcher is Netflix’s surprise hit of the year, (…) the show has become one of Netflix’s 10 „most popular” shows of 2019, an honor it achieved with barely 11 days left in the year.

Po moich nieco rozczarowujących doświadczeniach z serialem wyraziłem nawet opinię w rozmowie ze znajomymi, że „wielka szkoda, bo to była ogromna szansa dla polskiej kultury”. Niniejszym zjadam swoje słowa, bez popitki ani nawet sosu sojowego.

Kilka spostrzeżeń muzycznych tak na dobry początek roku

In Opeth Venenum: Tytuł akapitu trochę złośliwy, ale fakt faktem, że ten ostatni/niedawny skręt stylistyczny zespołu sprawił, że się od niego stanowczo odsunąłem. Sęk w tym, że nie rozumiem – i nie zrozumiem – jazzu, z czym się nie kryję ;) Z czasem ten opethowy jazz jednak zanika i zostaje „tylko” prog. Tyle że prog to działka mojego brata, nie moja, a ja niechętnie wchodzę mu w kompetencje ;) W każdym razie ten najnowszy album ma duży potencjał. I by uniknąć wszelkich nieporozumień: wersja szwedzka i tylko ta.

Moving Toolwise: Kiedy pierwszy raz usłyszałem, że fiński Wheel porównuje się do Tool („Wheel idzie tam, gdzie Tool nie miał odwagi wykonać kroku na nowej płycie„), raczej się żachnąłem. A potem poleciało Lacking i objawił mi się brakujący utwór z Ænimy. No… w sumie racja. (I dobrze, bo Fear Inoculum ssie ;) )

Veleno Italiano: Ponownie Włochy. A jak Włochy to i opera. Że opera głupia jest każdy widzi ;) Ale jak się zapożyczy poszczególne elementy i zmiesza z takim, powiedzmy, death metalem, to mamy Fleshgod Apocalypse. I brzmi to zaskakująco zgrabnie. Bywa też nawet bardzo, bardzo ładnie…

Paranoid Soul on a Flashlight Beam: Chyba nigdy nie pisałem tu o Lunatic Soul. Trochę dziwne. W każdym razie o ile nie jestem fanem Riverside (ponownie: to obszar kompetencyjny brata), o tyle od samego początku wsiąkłem w projekt „poboczny” wokalisty. Coś w tym takiego było, że od razu ujęło mnie za serce. Z kolejną płytą ujmowało coraz mocniej, aż osiągnęło apogeum na Walking on a Flashlight Beam, gdzie wszystko nie ujmuje, a chwyta za serce (i wyrywa (no dobra, przesadzam (ale tylko trochę))). Ulubione wyrywacze serca: Gutter i Pygmalion’s Ladder. Ale tak naprawdę wszystko.

Prosto w trędowate serce: A skoro już mówimy o sercach i wyrywaniu… Całej najnowszej płyty Leprous jeszcze nie przetrawiłem (w ogóle słabo ich znam – trochę posłuchałem Malina i w sumie tyle) (i w związku z tym zagwozdka: dlaczego akurat ten jeden najlepszy/najpopularniejszy utwór z tej płyty jest niedostępny na Spotify?) ale wiem jedno: że na sam początek dali taki cios prosto w serce, że aż Brutus nie mógł być bardziej brutalny. (Mam na myśli Decimusa Juniusa Brutusa Albinusa, a nie ten zespół o takiej nazwie.)

I co się tak drzesz jakbyś piekło zobaczył?: Zdaje się, że ktoś mi kiedyś polecał Architects. A w każdym razie ewidentnie jest to bliskie moim zainteresowaniom, tyle że jakoś nigdy się nimi bliżej nie zainteresowałem. W końcu jednak jeden czy dwa kawałki do mnie dotarły; refleksja jest taka, że dobrze kombinują, ale jakoś nie mogę ścierpieć wokalu… Teraz wszyscy robią wielkie oczy i zapytują: jak to, możesz ścierpieć wokal Oranssi Pazuzu, a Architects nie?? No właśnie jakoś nie. Wokalista wydziera się jakby go obdzierali ze skóry no i brzmi to po prostu jak… wydzieranie się. Tak że tego. Nic nie poradzę :)