Enola Holmes: wrażenia

Wreszcie wkroczyliśmy w epokę filmów, które nie lukrują „starych dobrych czasów” (chyba że chodzi o lata 80. XX wieku – na tą dekadę leje się wodospad sentymentalizmu). Średniowiecze nareszcie nie jest przedstawiane jako sielankę z pięknymi księżniczkami i szlachetnymi rycerzami (bosz, co za wierutna bzdura!), a epoka wiktoriańska jako czas oświeconych dżentelmenów. Prawda, że XIX wiek to czas powoli postępującego oświecenia, ale to przede wszystkim wiek skrajnego rasizmu, mizoginii, ubóstwa i brutalnych stosunków klasowych. Pod tym względem Enola Holmes jest bardzo pouczającym filmem dla młodego pokolenia. Z jednej strony jest to trochę bajeczka o emancypacji młodej dziewczyny, uświadamiająca oglądającym ją młodym dziewczynom, że można robić „to co chłopaki”, czyli po prostu kopać tyłki, i nadal być kobiecą sobą. A z drugiej nie ma tu żadnego upiększania żadnego ze wspomnianych wyżej aspektów świata, w którym przyszło jej żyć. Jest bród, smród, i pierwszorzędna podłość.

Tymczasem jej bracia, Geralt…. znaczy Sherlock i Mycroft, są całkiem bezużyteczni. Zamiast stosownie przejąć się powagą sytuacji, pogrywają w bilarda i popalają cygara w klubie. Dla Sherlocka jeszcze jest jakaś nadzieja, ale Mycroft to skończony dupek. Prawdziwy produkt swojej epoki…

A. Film mi się podobał, tak swoją drogą.

Kilka spostrzeżeń muzycznych na jesiennych wrzodowiskach

Stare Into Death And Listen To Ulcerate redux: To jest jedna z przyczyn, dla których nowy odcinek „kilku spostrzeżeń” pojawia się po trzymiesięcznej przerwie. Ulcerate tak mnie rąbnęło, że straciłem na całkiem długi czas ochotę na słuchanie czegokolwiek innego. Już mi przechodzi, na szczęście ;) Ale nadal mam poczucie, że to jest dokładnie to, czego szukałem przez ostatnie 20 lat. Na tej płycie naprawdę wszystko jest wspaniałe. Chociaż moje sympatie trochę dryfowały. Najpierw tym ulubionym było Inversion, może trochę po łatwości, bo przyciągnął mnie ten motyw z „refrenu”. Exhale the Ash i tytułowy są super jak wszystko, oczywiście. Ale ostatecznie stanęło na dwójce „ballad” – czyli There Is No Horizon i Visceral Ends. Zwłaszcza ten drugi wali po łbie nie nawałnicą łomotu, ale uosobionym w dźwięku uczuciem ostatecznej rozpaczy (a ten pierwszy ma superfajskie zakończenie). Czysta rozkosz.

Vexed, not voided: Dobry kandydat na kolejną fascynację, z tych, które tak okresowo przechodzę. Brzmi to to jak djent, który nie wiedział, że istnieje coś takiego jak melodyjność. Czyli kolejny bękart Meshuggah, ale poczęty ze wczesnym wcieleniem Swans i wychowany w sierocińcu zbudowanym w pobliżu uchodzących oparów odpadów poprzemysłowych.

Wywoływanie strzyg w raju utraconym: W pierwszej chwili pomyślałem, że to „bardziej Paradise Lost niż Paradise Lost”… a potem sobie przypomniałem dlaczego znajomi mi to polecili. Projekt poboczny gitarzysty rzeczonego zespołu bowiem gra tak, jak bym chciał, żeby rzeczony zespół grał. Już kiedyś o tym wspominałem, że ów rzeczony zespół przechodził różne fazy, z czego żadna mi do końca nie odpowiadała tak do końca… poza paroma momentami, kiedy w drodze z jednego do drugiego kąta przestrzeni stylistycznej przemknęli przez dokładnie ten punkt, gdzie wszystko wpasowywało się idealnie. Strigoi to jest nieco inna magia, ale na pewno ma większego kopa niż macierzysta kapela Grega Mackintosha. Kolega musi się wyżyć? Ja z dziką chęcią posłucham efektów.

Na jesiennych wrzodowiskach: Ulcerate to taki zespół, którego najlepiej słuchać przez słuchawki. Nie ze względu na to, że jest tam jakieś wielkie bogactwo dźwięku (chociaż to też – do pewnego stopnia), ale po to, żeby ten młot mógł odpowiednio rąbnąć po mózgu. Tak naprawdę dopiero jeszcze poznaję co oni tam wyrabiali wcześniej – no doprawdy, jak ja mogłem przez kilkanaście lat nie wiedzieć o ich istnieniu?? – ale już widzę, że Everything Is Fire to najprawdopodobniej ich najważniejsza płyta. Na niej po raz pierszy dali naprawdę bezpardonowego łupnia – jednocześnie unikając łamańców dla sztuki dla sztuki – co zdefiniowało ich muzykę na kolejne prawie 10 lat, bo aż do poprzedniej płyty; dopiero najnowsza, wspomniana w notce powyżej, wyznacza nowy (ekscytujący!) trend. Dodać też należy, że w warstwie tekstowej mają duże pokrewieństwo z Gojirą; patrz chociażby tytuły takie jak The Earth at Its Knees. To też się liczy na plus, bardzo.

Wariactwo 2020: pokłosie

Kolejne ofiary wyjazdu wakacyjnego pojawiają się nawet miesiąc po jego zakończeniu. Wiemy już o dziurach w sakwach, co najmniej jednym kabelku USB, słuchawkach bluetooth, które mi się tak wytrząchały w sakiewce, że był z nich zimny trup (chociaż nie jestem pewien czy o nich wspominałem). Dołącza do tej listy koło.

Jakoś tak ze dwa tygodnie temu zauważyłem, że tylne koło mi się powyginało nieznacznie. Poznałem to przede wszystkim po tym, że hamulce mi się zaciskały na obręczy i nijak nie dało się ich wyregulować. Sprawdziłem szprychy – wszystkie się trzymają. Ośka chyba mi się (tym razem) nie złamała. Oddałem więc rower na szybką naprawę do warsztatu. Szybka naprawa mi się przeciągnęła nieco, bo pan w warsztacie stwierdził dość oczywistą rzecz, że jednak trzeba będzie wymienić koło, a żadnego nie ma pod ręką i musi poczekać na dostawę. Przy okazji powiedział, że obręcz „nadpękła”. Jasne, może się zdarzyć. Ale dopiero dzisiaj przy odbiorze roweru się przekonałem co znaczy „nadpękła” – w co najmniej pięciu miejscach na obwodzie obręczy, w miejscach gdzie szprychy się z nią łączą, widać pajęczyki pęknięć rozchodzące się z grubsza wzdłuż obwodu. Ewidentne zmęczenie materiału… A mi nie przyszło do głowy akurat tam spojrzeć.

No cóż, dwa tygodnie z obciążonymi sakwami chyba musiało zrobić swoje. Co prawda moje sadełko obciąża bardziej, ale o to mniejsza ;) Tak czy siak – budżet wakacyjny powiększył się o nietrywialną kwotę już ponad miesiąc po wakacjach.

„Rodowód Słowian”: wrażenia (TL;DR: nie czytać)

Nie pamiętam w jakich okolicznościach kupiłem tą książkę (moja kolejka czytelnicza nadal ma opóźnienie kilkunastomiesięczne). Być może zachęciła mnie jakaś recenzja (tak jest zazwyczaj). Być może zainteresowała mnie zajawka na okładce, że to „nowe spojrzenie” na temat. Lubię nowe spojrzenia. Lubię kiedy nowe odkrycia i nowe interpretacje wymuszają przebudowanie istniejących teorii lub nawet ich zastąpienie nowymi – tak przecież działa proces naukowy.

Nie lubię za to politycznie i ideologicznie motywowanego gadania bzdur. Bo do tego sprowadza się ta książka… A przynajmiej tak wnioskuję po wstępie i pierwszym rozdziale, bo tylko tyle zdzierżyłem.

Przed kupnem powinienem był przeczytać chociażby wstęp. Już tam roi się od czerwonych flag i znaków ostrzegawczych, że mamy do czynienia z czyimś widzimisię a nie poważną rozprawą. Teoriospiskowa retoryka: mowa o zakłamaniu „tzw. oficjalnej nauki”, która wybiórczo pomija „niewygodne” fakty i wbrew nim nadal propaguje rasistowskie „dogmaty” pisane przez zwycięzców historii (niemiecko-chrześcijańskich, rzecz jasna); albo jakże charakterystyczne biadolenie na „zaprogramowane umysły”. Co interesujące, i co zauważyłem u innych teoriospiskowców, cały wywód jest upstrzony powoływaniem się na najnowsze badania i odkrycia… nauki, tutaj przede wszystkim archeogenetyków (to ci, którzy wydobywają i sekwencjonują DNA z kości starożytnych ludzi i nie tylko). Nawiedzona metodologia: autor przedstawia „proces oświecenia” podzielony na siedem etapów: nieświadomość, ciekawość, aktywność, wiara, tożsamość, wiedza, oświecenie. Brzmi sensownie, jednak jeśli się weźmie pod uwagę, że taka np. aktywność oznacza „wzmocnienie postawy patriotycznej”, tożsamość zaś oznacza przejście na stronę Lechii i Wielkiej Rosji, a oświecenie opiera się na „niezawodnej intuicji”, sile, harmonii i wiedzy tajemnej – to okazuje się, że cała droga jest ideologicznie umotywowana i mocno wątpliwa proceduralnie. Bo chodzi tutaj przede wszystkim o ideologię: za „uznanie Ario-Słowian za protoplastów euroazjatyckich cywilizacji, a obecny język polski (a tym bardziej dawny ogólnosłowiański) za najbardziej zbliżony do prajęzyka całej grupy Praindoeuropejskiej”. Autor upiera się, że doszedł do tych przekonań na drodze wlasnych dociekań i podróży, ale trudno mi uwierzyć, że gdyby doszedł do jakichś innych wniosków to by uwierzył w nie z taką żarliwością.

No ale dobra, to tylko wstęp, zakładam że autor „własnymi słowami” chce przybliżyć temat. Mam otwarty umysł, nie odrzucam niczego tylko dlatego, że jestem negatywnie uprzedzony. Trochę go ponoszą emocje ale dalej będzie lepiej.

Nie było lepiej.

W pierwszej kolejności bierzemy się za rozpatrywanie istniejących teorii na temat pochodzenia ludów europejskich. Całkiem rozsądne posunięcie – jeśli mamy coś krytykować to najpierw należy to zrozumieć i przedstawić. A zatem… Starożytni kosmici. WTF? Może powtórzę, żeby nie było że się przejęzyczyłem: starożytni kurwa kosmici. Przez dobre kilkanaście (kilkadziesiąt?) stron śledzimy sobie Enlila, Enki i Marduka jak na przestrzeni miliona lat z okładem rozpychają się po Ziemi, tworzą kolejne linie genetyczne ludzi ze swojego własnego DNA, spuszczają asteroidy na kontynenty zamieszkane przez konkurenta… I tak dalej, by w pewnym momencie większość odleciała, a pozostały na placu boju Marduk umarł śmiercią naturalną i tak po prostu nie ma już kosmitów. Przez cały czas oczekiwałem, że już za chwilę autor napisze „haha zabawne, a teraz bądźmy poważni”.

Nie doczekałem się.

Przeciwstawiona temu natomiast została teoria kreacjonalistczno-ewolucyjna. I znów: ludzkość została zasiana z Kosmosu (wielką literą) przez jakaś super-inteligencję (gdzie ona się potem podziała – nie wiadomo), po czym ludzie łazili sobie po planecie tam i z powrotem, najpierw na północ – aż na sam biegun – bo ciągnął ich tam magiczny mistycyzm gwiazdy polarnej (a symbol jej: swastyka), a stamtąd przeganiani przez kolejne zlodowacenia i ocieplenia po całej Eurazji, gdzie po drodze zakładali kolejne wielkie cywilizacje, których dowody istnienia są skrzętnie ukrywane przez dogmatyczną naukę… Znowu w każdej chwili spodziewałem się, że już za moment dowiem się że to też zabawna bajeczka i teraz na pewno będziemy poważni.

Nie doczekałem się.

Tym razem jednak okazało się, że to jest dokładnie „teoria” którą autor ma zamiar udowodniać przez całą resztę książki. W tym momencie nie wytrzymałem i wyrzuciłem książkę do makulatury, gdzie jej miejsce.

Żeby nie było, całkiem sporo argumentów motywacyjnych, że tak powiem, do mnie przemawia. Historia rzeczywiście jest pisana przez zwycięzców (a my jednak w ostatnich czasach znajdowaliśmy się po stronie przegranych). Stare dogmaty faktycznie często domagają się obalenia (co jednak było prawdą częściej w przeszłości, gdy proces naukowy jeszcze nie okrzepł a badania były znacznie częściej motywowane ideologicznie). Każde państwo kreuje swoją politykę historyczną, co jest niemal tożsame z naginaniem faktów. Nawet ostentacyjne nie używanie zwrotu „przed naszą erą”, bo jest „pejoratywne” (zamiast tego autor używa „p.e.ch.” – „przed erą chrześcijańską”), budzi u mnie pewną sympatię. No ale bądźmy poważni. Poważnie.

Wariactwo 2020: raport

Czy te lekkie zawroty głowy to od piwka do obiadu, czy od skrajnego wycieńczenia?

Trzy tygodnie minęły, chyba czas coś napisać o głównej atrakcji tego lata. To znaczy napisać na niniejszym blogasku, bo przez cały czas trwania wyjazdu prowadziłem aktywną kampanię medialną na Instagramie. Nie pamiętam czy to planowałem, ale jakoś tak wyszło :) Więc zamiast się rozpisywać o poszczególnych etapach, po prostu wstawię odnośniki do stosownych wpisów. Na końcu dodam kilka ogólnych wrażeń, więc jeśli ktoś się znudzi zdjęciami to to też przegapi.

Prolog: wyjazd i obijanie się w Elblągu

(BTW: Ostatecznie okazało się, że wziąłem dwa grzebienie)

Dzień 1.: Elbląg – Frombork

View this post on Instagram

#frombork, codzienność historycznego miasta

A post shared by Hfiou Kudivuhadi (@kudivuhadi) on

Dzień 2.: Frombork – Dwórzno (pod Górowem Iławeckim)

Dzień 3.: dzień lenia w Górowie Iławeckim i Dwórznie

Dzień 4.: Dwórzno – Bartoszyce

Dzień 5.: Bartoszyce – Węgorzewo

Dzień 6.: Węgorzewo – Przerośl Nowa

Dzień 7.: Przerośl Nowa – Jeleniewo

View this post on Instagram

A tu, psze państwa, główna atrakcja, a zarazem półmetek odcinka: #trójstykwisztyniec, gdzie szlak #greenvelo robi wielki wysiłek by dotrzeć ostrym łukiem, i gdzie stykają się granice Polski, Litwy i Okręgu Kaliningradzkiego Rosji. Granica tego ostatniego jest dość paranoicznie obwiedziona drutem kolczastym, zewsząd patrzą się kamery i nawet jest głośnik wypluwający ostrzeżenia (chyba po litewsku, bo nic nie zrozumiałem). Litwa jest w Unii i Schengen więc nic nie grozi pójściem na prawo, ale samo fotografowanie terenu Rosji ponoć grozi grzywną 500 złotych. Ja się tłumaczę że nie fotografowałem Rosji tylko pas śmierci między nią a Litwą :P Zwracam uwagę, że tylko po stronie polskiej jest z tego zrobiona atrakcja turystyczna :) Macie też wyjątkowo selfiaczek przy słupku z moją wersją sympatycznego uśmiechu który wygląda jakbym oceniał czyjąś wartość kulinarną. Oraz mój wierny rumak przy szlakowym kamieniu milowym, gdzie widać że od Elbląga powinienen był zrobić 393 km. Jednocześnie niniejszym szlak opuszcza warmińsko-mazurskie i wkracza w Suwalszczyznę (ja się trochę pospieszyłem bo poprzedni nocleg był już za granicą województw, która tutaj okraja dość wąski pasek tego pierwszego, co jest artefaktem tego, że to też jest dawna granica Prus Wschodnich, i tak to wyszło po podziale ich między Polskę a Rosję)

A post shared by Hfiou Kudivuhadi (@kudivuhadi) on

Dzień 8.: pętla hańczańska

Dzień 9.: Jeleniewo – Augustów

View this post on Instagram

Ostatnia wielka atrakcja dzisiejszego odcinka #greenvelo: #kanałaugustowski. Szlak zahacza o kilka co ciekawszych punktów, ale poza tym jedzie trochę obok, sporą część znów po ścieżce rowerowej przy szosie. Generalnie stara się nie wić tak jak kanał. Tu i ówdzie zahacza jednak o co ciekawsze obiekty. Na pierwszy ogień idzie #śluzamikaszówka. Zdjęcie w jedną, w drugą stronę, oraz domu… Jak się nazywa ten ktoś kto operuje śluzę? Zauważam, że śluzy są operowane ręcznie. I że są to śluzy, a nie pochylnie jak na kanale elbląskim ;) Zauważam też, że są ładnie odremontowane. Bycie atrakcją turystyczną popłaca. Dalej mamy ujęcie jednego z rozlewisk utworzonych przez śluzy, następnie #śluzapaniewo, unikalna bo jedyna dwukomorowa. Kilka ujęć przekopów gdzie dobrze widać że kanał jest sztuczny. I na końcu tablica informacyjna, która mi się nie spodobała. Mówi ona jaki to ten kanał nie jest wspaniały, ale nie mówi najciekawszego: po co w ogóle został zbudowany. A mogłoby to iść tak: "kanał został zbudowany żeby pokazać faka Prusom". Po pierwszym rozbiorze Polska straciła dostęp do morza czyli wszystkie najważniejsze szlaki handlowe, które znalazły się pod kontrolą Prus. A te skwapliwie z tego skorzystały i narzuciły horrendalne cła na polskie produkty eksportowe. Polacy tak się wkurzyli że spędzili 15 lat kopiąc kanał do jakiegoś "przyjaznego" szlaku żeglugowego. Po czym pojawiła się kolej i wszystko okazało się niepotrzebne ;P

A post shared by Hfiou Kudivuhadi (@kudivuhadi) on

Dzień 10.: pętla rospudzka i więcej Augustowa

View this post on Instagram

W tej części doliny #rzekarospuda można odnieść wrażenie że wszystkie drogi prowadzą do #świętemiejsce. Miejsce było święte dla Jaćwingów, ale jestem pewien że magia wyparowała razem z nadejściem chrześcijaństwa. Są co prawda podania o tym że poganie próbowali zniszczyć ten drewniany #krzyż, postawiony przez drużynę jaćwieską, która przyjęła chrzest, ale ten nie dał się spalić a wrzucony do rzeki wrócił na to samo miejsce. Jak na dłoni widać propagandę grubymi nićmi szytą. Chociaż może coś w nim jest, skoro przez ponad 700 nie zbutwiał. Zakładając oczywiście że to ten sam. Nie przejrzałem się zbyt dokładnie, ale te jasne cosie widoczne od tyłu to najwyraźniej monety wciśnięte w szczeliny. Nie wiem co mają symbolizować albo na kogo rzucić urok albo co tam. Kapliczka nie jest aż tak stara, bo 30-letnia. Wystarczy (i należy nawet) się jednak rozejrzeć trochę by zrozumieć Jaćwingów. Nie że przyjęli chrzest, tylko że uznali to miejsce za święte. Woda generalnie była dla nich święta, a tu oprócz Rospudy mamy #jeziorojałowo (na ostatnim zdjęciu) i rzeczkę wpadającą do niego, która okresowo zmienia bieg. Ale z drugiej strony część mnie się zastanawia: tyle cudnych miejsc jest w okolicy, dlaczego właściwie to? Może po prostu było ich więcej i tylko pamięć o tym jednym przetrwała stulecia?

A post shared by Hfiou Kudivuhadi (@kudivuhadi) on

View this post on Instagram

Wart #pałac Paca a #pac pałaca? Czy to o tego Paca i tego pałaca chodziło? Jedyny majątek magnacki na Suwalszczyźnie skończył raczej smutno. Wyjątkowo to nie Szwedzi go wykończyli ;) bo pałac, choć majątek miał już paręset lat, został zbudowany już po rozbiorach – i długo nie postał, bo po powstaniu listopadowym został skonfiskowany za udział w nim ostatniego Paca na pałacu. Następnie nastąpiła planowa demolka. Gwoździem do trumny była rozbiórka by pozyskać cegły na budowę rosyjskich koszar w Suwałkach. I teraz już wiem skąd te żółte cegły. Teren pałacu jest używany częściowo jako podwórko zespołu szkół w Dowspudzie, częściowo jako podjazd do czterech bloczków mieszkalnych, a dopiero na trzecim miejscu jako atrakcja turystyczna. W kordegardzie (jedynym ocalałym w pełni budynku w majątku) jest centrum obsługi turysty, czy jak to tam nazwali. Aleja od kordegardy do pałacu jest odnowiona, przed budynkiem zespołu szkół urządzono ogródek na cześć ostatniego Paca na pałacu, ale sam pałac jest ciut zaniedbany. Może gdyby wprowadzili opłaty za oglądanie?… W dawnym parku pałacowym jest ścieżka poznawcza, na której można dowiedzieć się nieco o przyrodzie okolicy, a także jej doświadczyć w postaci niezwykle żarłocznych chmar komarów. Ponoć na jednej sośnie parku zachowało się gniazdo niemieckiego snajpera z II wojny światowej, jako że w tym miejscu dość ostro bili się z nacierającymi sowietami. Ponoć też jednak codziennie o ustalonej godzinie następowało nieformalne zawieszenie broni i żołnierze, którzy przed chwilą do siebie strzelali, razem kąpali się w rzece. Tak to właśnie bywa z wojenką – to nic osobistego. Ale do kompleksu fortyfikacji już mi się nie chciało. Naoglądałem się bunkrów u siebie :P

A post shared by Hfiou Kudivuhadi (@kudivuhadi) on

Dzień 11.: Augustów – Mońki

View this post on Instagram

#mońki – kolejne miasto powiatowe, o którym nie miałem zielonego pojęcia. Zaraz, miasto? Powiatowe? Hm. Pod pewnymi względami przypomina moją rodzinną podwarszawską miejscowość – prawa miejskie w połowie lat 60. XX wieku, rozwój dzięki zbudowaniu linii kolejowej, a wcześniej praktycznie nic tu nie było. Ale Mońki mają dwa razy mniej ludności i mają powiat. Miasto powiatowe mające 10 tys. mieszkańców – takie coś to tylko w krainie Biebrzy 😂 W sumie nie żałuję że tu zawitałem, zawsze poznam coś nowego, a to chyba jest najdziwniejsze miasto powiatowe jakie widziałem. Żałuję tylko że nie zapytałem recepcjonistki w hotelu gdzie można coś zjeść zanim poszedłem "na miasto". Bo jest tylko jeden problem – przez 55 lat miejscowość nie nabyła praktycznie żadnej tradycji miejskiej. Ma urząd miejski, #dworzeckolejowy pamiętający lepsze czasy, nowoczesne centrum handlowe (i kilka mniejszych marketów) i PRL-owskie bloczki, ale gastronomicznie to jest katastrofa. (Hotel w MOSiRze, tak BTW, ale całkiem porządny.) Nie jest najwyraźniej nastawione ani na turystykę (a co tu zwiedzać?), ani na biznes (chyba że agrobiznes). W końcu trafiłem do gospody na samym krańcu miasta, bo wcześniej znalazłem tylko dwie pizzerie które z powodu pandemii nie przyjmują zamówień na miejscu – tylko na wynos lub z dostawą. Byłem już gotów zamówić pizzę do pokoju hotelowego – jak nisko można upaść? 😂

A post shared by Hfiou Kudivuhadi (@kudivuhadi) on

Dzień 12.: Mońki – Kruszewo

View this post on Instagram

Śniadanie 😁 Nie no, coś więcej zjadłem. Ale nie to na drugim zdjęciu – twarożek chętnie, ale taki owinięty w mięsko? Czy to lokalny przysmak? I tak jakoś do mnie dotarło że mam śniadanie w cenie pokoju po raz pierwszy od tygodnia. Dwa razy w Augustowie sam musiałem sobie radzić, wcześniej dwa razy w Jeleniewie stołowałem się u Jelonka, jeszcze przedtem było to dobre śniadanie mi źle zrobiło, a przed tym w Węgorzewie wychodziłem ze strucia poprzednim śniadaniem (?) w dworku pod Bartoszycami. Zaczynałem już zapominać że jest taka opcja ;) Miałem dzisiaj za sąsiada Pana Trzaskacza – o siódmej rano zaczął chodzić tam i z powrotem i trzaskać drzwiami. Skąd się biorą tacy ludzie? Dobrze że na wycieczce przeważnie i tak wstaję o siódmej. A MOSiR jak to MOSiR – przy bramie jest karteczka "wejście dla kibiców", regulamin PZPN na czas koronawirusa, dookoła boiska, wieczorem trener drze się na dzieciaki ;) Booking trochę przed wyjazdem zaproponował mi apgrejd pokoju, bo się okazało że ten co wybrałem nie miał prysznica… Bez prysznica po przejechaniu 94 km??? Oczywiście spanikowany skorzystałem z opcji, ale myślę że wspólny też by dał radę. Dzisiaj kontunuacja doliny Biebrzy, a potem już wkraczamy w krainę Narwi. Być może zwiedzę trochę twierdzę Osowiec (spod której zjechałem wczoraj ze szlaku) i okoliczne atrakcje przyrody – jest tam centrum informacyjne biebrzańskiego PN i kilka ścieżek poznawczych, ale jak czytam że przejście ich zajmuje 3-4 godziny to trochę wątpię 😅 Ale zobaczymy… Najpierw muszę jakoś wrócić na szlak, raczej tym razem przejadę się bocznymi drogami, bo nie ufam tej szosie. Brrrr.

A post shared by Hfiou Kudivuhadi (@kudivuhadi) on

View this post on Instagram

Po wydostaniu się z Moniek na #greenvelo, pierwszym przystankiem był #osowiectwierdza. Znajduje się tam siedziba #biebrzańskiparknarodowy, co wydaje mi się bardzo adekwatne – parki narodowe to ostatnie twierdze przyrody pod oblężeniem przez działalność człowieka. Twierdzy za dużo tam nie zostało. Więcej jest, przynajmniej z tych części dostępnych do zwiedzania, ścieżek przyrodniczych, a resztki twierdzy leżą sobie tam ot tak sobie do oglądania. Oczywiście bardzo mnie one interesowały. Ścieżki przyrodnicze wyglądają bardzo interesująco ale z rowerem nie bardzo dało się na nie wejść. Wszedłem za to na wieżę widokową, skąd nie przyniosłem widoków ;) A historia twierdzy ma kilka dość makabrycznych epizodów, jak np. atak żywych trupów, które przeszły do historii, wszakże jednak nie narodowej, bo walczyli tam żołnierze rosyjscy, nie polscy. Ale pod względem bohaterstwa mało kto może im podskoczyć. W siedzibie parku chciałem kupić bilet wstępu, bo nie miałem tam kompletnie zasięgu, więc przez internet się nie dało (a dzień wcześniej jak kupiłem to nie dało się otworzyć pdf-a 😕). Ale najpierw mi zamknęli drzwi przed nosem bo akurat wypadała 15-minutowa przerwa na dezynfekcję, a potem trafiłem na jakichś bardzo marudnych odwiedzających. Jak np. pani, która chciała się dowiedzieć tego, tamtego, i siamtego, a potem chciała folderek, mapkę, magnes i oczywiście same bilety. A potem jeden pan, który wziął plan szlaku 15 kilometrów dalej i się dopytywał gdzie na tym planie jesteśmy. Pan w informacji turystycznej miał nieskończone pokłady cierpliwości, spokojnie wyjaśniał, wyciągał maskotki z szuflady, rozwijał mapę całego parku żeby po raz n-ty uświadomić komuś że to największy park w Polsce i w niektóre miejsca trzeba dojeżdżać i 70 km, ale ja już byłem na granicy rzucenia czegoś niegrzecznego – ja tylko jeden bilet chciałem, bez marudzenia i dopytywania się o rzeczy, które mogę sam sprawdzić (i już to zrobiłem). Tymczasem jeszcze biega jakaś doktorantka szukająca swojego promotora bo zdaje się że z kimś już pojechał i to straszna tragedia, ktoś inny z pracowników coś potrzebuje itp. Nie mówię że biuro jest źle zorganizowane, ale ja naprawdę chciałem tylko jeden bilet 😂

A post shared by Hfiou Kudivuhadi (@kudivuhadi) on

Dzień 13.: nadrabianie zaległości z poprzedniego dnia i Kruszewo – Białystok

Epilog: z powrotem w Warszawie

Kilka końcowych uwag, wrażeń i spostrzeżeń

Ten stan, w którym nie masz zielonego pojęcia który dzisiaj jest dzień tygodnia i nic cię to nie obchodzi; ten czas, kiedy największym zmartwieniem jest troska o odpowiednie nawodnienie; to poczucie, że jest się człowiekiem z misją.

Moje obawy przed wyjazdem były takie, że owszem, w weekend mogę sobie przejechać 100 czy 120 kilometrów, ale tak dzień w dzień? Czy po dwóch dniach nie będę tak wykończony, że trzeba będzie wołać o pomoc? Czy nie nabawię się jakiejś kontuzji? (Czasami podczas takich długich przejazdów dokucza mi jedno albo drugie kolano, na ten przykład.) Dlatego podczas planowania starałem się temperować swoje zapędy i nawet wyznaczyłem sobie dzień lenia trzeciego dnia (wzorując się na wycieczkach w góry), a i tak wychodziły mi odcinki po 100 km. Do tego trzeba było wziąć pod uwagę, że nie będę jechał cały czas i/lub nie cały czas z teoretycznie optymalną prędkością – czasem trzeba się jednak zatrzymać żeby popodziwać okolicę, coś zwiedzić. (Tak na marginesie, to to ostatnie to trochę trudno, bo jak tu zostawić sakwy z całym dobytkiem? To jednak jest raczej bariera psychologiczna, bo ludzie zostawiali rowery nieprzypięte i nikt za bardzo się nie przejmował. W jednym miejscu, w Turtulu, była taka sytuacja, że ktoś do mnie się zgłosił czy nie zostawiłem sakiewki na kierownicę; obejrzałem się na rower – nie, moja jest na miejscu – więc znalazca poszedł szukać właściciela gdzie indziej. Po czym jakiś czas potem zgłosiła się do mnie spanikowana kobieta, czy nie znalazłem sakiewki na kierownicę. Powiedziałem jej, że ktoś inny ją znalazł i szukał właściciela, co ona skomentowała kąśliwie: „to co jeszcze, mam może rower przypinać?!?”. To już nie ta Polska, którą znam z lat 90.!)

Okazało się jednak, że wyszło nawet lepiej niż mogłem się spodziewać. Nie tylko się nie wykończyłem, ale nawet z czasem zacząłem się rozkręcać i z każdym dniem wydawało mi się, że jedzie się coraz łatwiej (dopiero w dniu, w którym jechałem już na pociąg powrotny, zacząłem czuć, że organizm ma dość – ale może miało to coś wspólnego z tym, że poprzedniego dnia trochę przekroczyłem, już i tak ambitny, plan). Żadnych kontuzji, rower sprawował się na medal – jedyne co musiałem przy nim zrobić to nasmarować łańcuch ze dwa razy i wyregulować hamulce. Sprzęt zakupiony wcześniej sprawdził się bardzo dobrze – nawet powerbank, z którym zgłaszałem tyle problemów. Ale historii powerbanka nie dopowiedziałem podczas kampanii na insta, więc należy jej się osobny, bardzo długi i trochę niezręczny akapit.

Z powerbankiem było tak, że nie działał tak jak można by się spodziewać po samych jego parametrach technicznych. Z telefonu wpiętego do niego cały czas uchodził prąd – może nieco wolniej niż bez powerbanka, ale niebezpiecznie szybko, biorąc pod uwagę, że musiał wytrzymać cały dzień pokazywania mi mapy. Jeszcze przed wyjazdem nauczyłem się, że sakiewkę trzeba nieco rozpiąć, żeby cały zestaw miał jak się ochłodzić (bez tego zdychał z przegrzania w niecałą godzinę). Już niedaleko za Elblągiem uznałem, że trzeba przejść w ciszę radiową – radio pożera jednak mnóstwo energii, zwłaszcza kiedy jest słaby zasięg. To nieco pomogło, ale nie do końca. Przygasiłem też ekran, tak, żeby można było ocenić czy nadal jestem na szlaku, ale żeby zobaczyć coś więcej to trzeba było się zatrzymać w cieniu i wytężyć wzrok. W pewnym momencie (nieco przed Górowem) zacząłem podejrzewać, że Chińczycy źle oznaczyli wyjścia w powerbanku, więc przepiąłem kabel do innego wyjścia i o dziwo wydawało się, że jest lepiej. Potem zaś uznałem, że mi się rozklonowało gniazdko USB w telefonie – bo prąd był albo go nie było zależnie od tego jak gmerałem przy kablu, wyginając go w różne strony. A potem że nie w telefonie a w powerbanku. Dopiero za Jeziorem Czarnym dotarło do mnie, że to nie gniazdko w telefonie jest rozklonowane, ale sam kabel. Wówczas używałem krótkiego kabelka, który był w komplecie z powerbankiem – uparłem się, że cały musi się wcisnąć razem z całym sprzętem w sakiewce. I to był błąd, bo ciasnota w środku wymuszała pozaginanie go w niebezpieczny sposób, ze skutkiem takim, że wtyczka się najnormalniej w świecie ułamała. Wymieniłem więc kabel na zapasowy, dłuższy, którego wtyczki przewlokłem przez okienko w sakiewce (zresztą do tego przeznaczone). Tu jednak muszę się przyznać do nieświadomego przyczynienia się do zaśmiecenia lasów – odłożyłem zepsuty kabelen „na chwilę” na bagażniku i natychmiast o nim zapomniałem. Więc leży teraz gdzieś na poboczu drogi :/ Tak czy siak, przez jakiś czas było lepiej, ale ciągle rozczarowująco. I dopiero w samych Suwałkach – czyli nie przy okazji noclegu, czy coś – mnie olśniło, że kabel zastępczy to przecież ten, którego zdjęcie wcześniej opublikowałem jako psującego się. Użyłem go, bo w razie gdyby znów mi się miał jakiś połamać, to mniej szkoda już popsutego niż całkiem nowego. Ale kiedy wymieniłem go na taki, który kupiłem przed wyjazdem (razem z ładowarką z trzema gniazdkami – bo ta, którą miałem od telefonu, też już była trup), nagle okazało się, że wszystko bangla, gra i buczy. Mimo włączonego rejestrowania śladu, cały czas włączonego ekranu z mapą i rozjaśnienia z powrotem tak, żeby coś jednak było na nim widać, bateria trzymała się twardo na poziomie 100%. …Przynajmniej do chwili, kiedy trochę za Wigrami okazało się, że powerbank się rozładował ;) Tak że już do końca wyjazdu mogłem stwierdzić, że powerbank, mimo rzekomej pojemności niemal 7 razy większej niż baterii w telefonie, jest w stanie go zasilać w opisanych wyżej warunkach przez prawie cały dzień. Tymczasem wcześniej, przekonany o jego ogromnym rozmiarze, nie zawsze się postarałem żeby go w pełni naładować zanim ruszyłem w trasę… W każdym razie potem przez dłuższy czas byłem szczególnie wyczulony na obecność tego piorunka w ikonie baterii :)

Cała ta przygoda (z wyjazdem, nie z powerbankiem) nauczyła mnie co najmniej dwóch rzeczy. Po pierwsze: jednak mam nietolerancję laktozy. Słusznie podejrzewałem ten jogurcik w Dworku Dębówko na śniadanie. Co mnie szokuje, to że do tej pory zupełnie nie zdawałem sobie z tego sprawy, mimo licznych niedogodności i „incydentów”. Od kiedy odstawiłem niebezlaktozowe produkty mleczne, żyje mi się znacznie lepiej. Po drugie: od zawsze źle jeździłem na rowerze ;) To znaczy, normalnie jeżdżę bardzo – za bardzo – siłowo: wciskam pedały naprężając muskuły jak wariat, zamiast wrzucić niższy bieg. Wyjazd nauczył mnie, że to drugie, stosowane liberalnie, zdecydowanie poprawia samopoczucie mięśni nóg pod koniec dnia jazdy. Takie ciśnięcie może ma sens jak jadę sobie rano na godzinkę-półtorej, ale nie kiedy mam 800 km do przejechania z przerwami na sen. Czasem trzeba myśleć długofalowo.

A skoro już o tym mowa – nadal nie policzyłem dokładnie ile ja właściwie przejechałem :) Główną przeszkodą jest to, że pierwszego dnia, kiedy jechałem przez zalesione pagórki za Elblągiem, GPS co chwila mi się rwał i nie mam pełnego zapisu. Na szczęście potem gubił się już tylko sporadycznie, a poza tym pilnowałem go i zwykle przyuważałem, kiedy próbował. Wygląda na to, że plastikowe okienko sakiewki trochę blokuje sygnały z satelity i sprawia trudności przy namierzaniu pozycji – utrzymanie jej po początkowym ustaleniu na szczęście jest już łatwiejsze. Jakby co, pierwotny plan wycieczki zapamiętałem sobie na stronie Green Velo (pod nazwą „szaleństwo”, nie licząc zawstydzającej literówki, a nie późniejszej „wariactwo”). Podczas planowania wychodziło mi okrągłe 666 km (na podlinkowanej powyżej mapie jest mniej, bo czasem jedzie tam skrótem po jakiejś wycieczce czy innym szlaku), ale nie uwzględnia to wycieczek dodatkowych (wokół Hańczy, w dolinie Rospudy i w rozlewiskach Narwi) i dojazdów „do miasta” w dniu lenia (jeszcze z 10 km), w Bartoszycach i w Augustowie (też będzie z paręnaście), no i tego 10-kilometrowego łącznika do Moniek. Razem szacunkowo powinno był około 800 km. Na 12 dni jazdy – tak sobie ;)

(Tutaj anegdota: niedługo po przekroczeniu Narwi po raz pierwszy, natknąłem się na dwie dziewczyny jadące z naprzeciwka. Akurat było to na skrzyżowaniu i zgodnie się zatrzymaliśmy i pogadaliśmy trochę. One się dopytywały czy dalej też będą miały drogę gruntową, bo najwyraźniej taka im się nie spodobała. Dowiedziały się, że gruntówka jest tylko przez kilka kilometrów, a potem jest straszliwie nudna Carska Droga z gładkim asfaltem. „Dobrze, dzisiaj lubię nudno”, powiedziała jedna z nich. Przy okazji zapytały ile już przejechałem – kiedy powiedziałem że około 700, druga z dziewczyn prawie się zakrztusiła wodą, którą akurat popijała. No ale ja już dobiegałem do końca dwutygodniowego wyjazdu, a one kończyły pięciodniową wycieczkę – podczas której planowały sobie po 70 km dziennie, z czego w praktyce wychodziło po 90. Ale w tym tempie też by tyle zrobiły, gdyby miały więcej czasu.)

No ale dobrze, policzmy dokładniej. Jeśli się załata dziury, gdzie mi się GPS pogubił – albo gdzie zapomniałem włączyć rejestrowanie (jak za Starą Hańczą) – to wychodzi mi… Hm hm hm hm… 58,1 + 103 + 67 + 87,8 + 92,8 + 56,1 + 49 + 102 + 57,6 + 93,9 + 125 + 41,6 = 933,9. Jeśli doliczyć te nierejestrowane dodatki, to już zaczyna być bliżej tysiąca niż 900. No proszę, przerosłem samego siebie ;) Na 13 dni jazdy to jest niecałe 72 km dziennie. No i git.

Na koniec jeszcze jedna refleksja. Jest dość zasadnicza różnica między taką jazdą po szlaku a przejażdżką w weekend – i nie chodzi mi o to, że na szlaku taszczy się sakwy pełne niezbędnego ekwipunku. (Swoją drogą, kiedy wróciłem i zdjąłem te sakwy, rower zaczął się wydawać taki jakiś chudy i malutki… I lekki.) Rzecz w tym, że jak sobie wystartuję z mojej stałej bazy, to zawsze jest ten moment, że trzeba zacząć już wracać. Po nim cały czas ma się świadomość, że się jedzie z powrotem, a nie gdzieś. Pół biedy jeśli ma się wyznaczony cel, np. jakąś miejscowość w odpowiedniej odległości, ale nawet wtedy trzeba się starać, żeby nie jechać tą samą drogą tylko w drugą stronę (bo po co? tam się już było). Czasem chce się po prostu pozwiedzać okolicę, tak właśnie bez celu. I bywa że ma się ochotę odwlec ten moment odwrotu na znajome drogi i desperacko szuka się jakiejś, której nie zjeździło się już do wyrzygania. Na szlaku cały czas jedziesz do przodu, nie ma dobrze znajomych dróg, nie ma poczucia, że się cofasz. I jak dojedziesz do celu, myślisz sobie – już? Tak szybko?

No chyba że sobie źle zaplanujesz ;)

Bevspotting: wrzesień 2020

Jakoś tak prawie półtora roku temu „rozpocząłem” nowy cykl pt. bevspotting, w którym miałem zamiar chwalić się w pełni elektrycznymi samochodami, jakie udało mi się „upolować” na polskich drogach.

Półtora roku minęło, i właściwie nie było powodu aktualizować zapoczątkowanej tam listy. Żal i smutek. Wracam do tematu, ponieważ dzisiaj na wsi pod Warszawą, widziałem:

  • KIA Soul EV

Tadam!

Mnóstwo tego mamy, zaiste. Na szczęście jest coś takiego jak rządowy program „zielony samochód”, w ramach którego, oprócz dopłat, dostaje się autentycznie zieloną tablicę, i ta tablica nieco ułatwia rozpoznawanie elektryków. Dzięki temu tuż obok mojego skromnego mieszkania parę dni temu wpadł mi w oko pewien Nissan Leaf. Ale ten model to żadna nowość, więc nic specjalnego.

Tak że to by było na tyle. Do zobaczenia za kolejne naście miesięcy.

Mam wolne i nie powiem nic odkrywczego

Mam wolne. Ostatni raz miałem dłuższe wolne niemal dokładnie rok temu (różnica wynosi ze dwa tygodnie). Pierwszy raz ośmieliłem się wziąć całe cztery tygodnie urlopu. Miesiąc sierpień w obecnym roku kalendarzowym wygląda tak, że w miesiącu sierpniu 2020 roku w pracy będę dokładnie w jeden dzień: ostatni. Pierwszy tydzień wolnego przeznaczam więc na odespanie całego zeszłego roku (okoliczności zewnętrzne nie zawsze temu sprzyjają, ale staram się jak mogę).

Drugi i trzeci tydzień przeznaczam na totalne szaleństwo, czyli kolejny pomysł, na który w końcu się ośmieliłem: wakacje na rowerze. Zakupiłem sprzęt raczej mniej niż profesjonalny, ale bardziej niż przepocona koszulka i przetarte spodenki. Porzuciłem ostatecznie pomysł z uchwytem na tablet (z mapą!), i zamówiłem torebkę na kierownicę, z okienkiem na zwyczajny telefon (pierwsze podejście było totalnym niewypałem, jako że uchwyt był zwyczajnym uchwytem i zjeżdża na dół na każdym wyboju; ale był w komplecie z powerbankiem, który ma szansę wyrobić). Poplanowałem sobie noclegi w kilkudziesięcio-kilometrowych odstępach wzdłuż szlaku Green Velo, zaczynając od Elbląga, co oznacza że nie ma bata, muszę dojechać (albo liczyć się ze stratą i wakacji, i sporej ilości pieniędzy). Ratuje mnie (albo i nie) fakt, że tu i ówdzie potencjał przyrody był na tyle duży, że zaplanowałem dwie noce, a nie jedną.

Przez czwarty tydzień zatem, jak przypuszczam, będę dochodził do siebie.

W międzyczasie patrzę na statystyki niniejszego blogaska i zastanawiam się po cholerę pisać na publicznym portalu skoro i tak piszę wyłącznie dla siebie.

Kilka spostrzeżeń muzycznych z prowokacją wyborczą

Głosuję na Dudę. Mariusza Dudę.: Właściwie nie mam za dużo do powiedzenia poza tym co jest w miejscu kalambura w tym akapicie ;) Duda się o nas troszczy! Spontanicznie nagrał i wydał płytkę na osłodę pandemicznej izolacji (dzisiaj już trochę po ptokach, ale cóż). Kojarzy mi się nieco z eksperymentami Nine Inch Nails sprzed 10 lat. Ogólnie wrażenie pozytywne, ale nie wiem czy to jakoś przejdzie do historii. Ujmy artyście nie przynosi, w każdym razie.

Shaog. I wszystko jasne: (Powinienem wymyślić jakiś skomplikowany nagłówek parodiujący tytuły z tej płyty, ale nie mam weny.) Choć raz jakiś „best of” mi się do czegoś przydał. Tym razem Bandcamp mi przysłał listę „najlepszych płyt wiosny 2020 roku” opublikowanych na ich portalu, ale też tylko dlatego, że najnowsze dzieło Oranssi Pazuzu się tam znalazło. Przeglądam więc, ale ponieważ nie jest to lista ograniczona gatunkowo, to raczej się prześlizguję po płytach może i rewelacyjnych, ale takich, które raczej mnie znudzą albo w ogóle ich nie zrozumiem. Po drodze jednak trafiam na intrygujacą okładkę i dziwaczną nazwę, która może tylko dobrze rokować: Esoctrilihum. Przesłuchałem, powiedziałem „WTF”, i postanowiłem posłuchać ponownie. Okazuje się, że to projekt pewnego Francuza (Francja rośnie w siłę!), który wydaje często i gęsto, co jednak (chyba?) nie odbija się negatywnie na jakości. Projekt jest ewidentnie eksperymentalny (co, jak wiadomo, lubię), więc mamy tutaj… klawesyn? Brzmienie przypomina mi nieco wczesne eksperymenty niejakiego Tamasa Katai. Ale z większym udziałem porządnej blacko-kształtnej młócki, bo bez tego to oczywiście ani rusz.

A teraz coś z zupełnie innej beczki: Trafiłem dzisiaj do laryngologa. Z czymś zupełnie innym, ale i tak mi zafundował(a) płukanie uszu, bo nagromadziło się w nich wosku. Pierwsza różnica w słyszeniu, jaką zauważyłem, to że klawiatura skrzypi i zgrzyta jakoś bardziej. Pod koniec dnia już się do tego przyzwyczajam, ale wychodzi mi na to, że odkorkowało mi się całe pasmo. Odpaliłem więc jakąś muzykę, podekscytowany, że zaraz przeżyję jakieś katharsis, że otworzy się przede mną nowy wymiar słyszenia, albo coś. A tu… nic specjalnego. Po raz kolejny okazuje się, że metal to łubu dubu dla przygłuchych? A może po prostu tylko tyle, że słucham muzyki, a nie dźwięków? (Co zawsze powtarzam wszystkim audofilom. W wyobraźni. Bo z żadnym nie toczyłem tego rodzaju dysputy.)