Zabicie świętego jelenia: wrażenia

Omal nie przegapiłem tego filmu. Zwlekałem z pójściem do kina (z przyczyn niezależnych) i gdyby mi się w końcu nie udało na niego pójść, nawet nie wiedziałbym jak bardzo powinienem tego żałować.

Yorgos Lanthimos ma talent do wymyślania nieszablonowych historii z zakończeniem, które najpierw da po łbie, a potem wypruje flaki… i wszystko to bez epatowania przemocą, w „europejskim” tempie i bez obfitych, łopatologicznych dialogów.

Nie muszę się zgadzać z wyborem dokonanym przez głównego bohatera, ale doskonale go rozumiem. Każdy inny reżyser by przedstawił jak jego żona go za to nienawidzi. Tutaj co prawda przez chwilę traktuje go z pogardą, ale wkrótce zmienia postawę. Każdy z wąskiego grona bohaterów próbuje coś dla siebie ugrać, strategie się zmieniają w miarę jak zmienia się zrozumienie sytuacji, a na końcu wszyscy zachowują się jak gdyby nigdy nic się nie stało. Znieczulica? A może właśnie najwyższa forma empatii?

Nie wiem czy przyszłe podręczniki historii kina będą Lanthimosa przedstawiać jako jednego z mistrzów początku XXI wieku. Być może za mało w jego filmach eksperymentów formalnych (nie licząc tego dość dziwnego zwyczaju wypowiadania się przez bohaterów kompletnie beznamiętnym tonem), czy innych rzeczy, które podniecają snobów. Może ja się kompletnie nie znam, ale moim zdaniem zasługuje on chociaż na wzmiankę honorową.

Reklamy

Sherlock, sezon 3 (dopiero!): wrażenia

Korzystając z okazji, że miałem kilka dni wolnych, i pudełko z BD, które leżało u mnie od dłuższego czasu, nieobejrzane z przyczyn technicznych (Linux + BD = złorzeczenie na idiotów w koncernach medialnych), wziąłem wreszcie rzeczone pudełko i użyłem jego zawartości.

Fakt, że miałem ten serial na dyskach zanim jeszcze go obejrzałem, dużo świadczy. Ale oznacza to też, że oczekiwania mam duże ;) Bardzo lubię Sherlocka, ale zawsze coś mi tam świta, że coś jest nie tak. Problem w tym, że nigdy nie mogę określić co to jest. Możliwe, że to format serialu tak na mnie działa. Półtorej godziny zazwyczaj trwają filmy, które są zamkniętą całością; tutaj mamy serial, który co prawda w każdym odcinku skupia się na jednym, ale jest też częścią większej ciągłości. Dłuższy czas trwania daje też więcej miejsca na rzeczy, które mogą pójść nie tak. Czyli może to zwykła statystyka?

Tak czy siak, mam takie wrażenie, że odcinek numer dwa, ten ze ślubem Watsona, jest właśnie demonstracją tego ostatniego. Od początku wydawał mi się on „poszatkowany”, przypominając mi dzieciaka z ADHD, znaczy mający kłopoty ze skupieniem się. Ten półtoragodzinny format przybrał tam tak jakby formę kubła, do którego wrzuca się co popadnie, bo jeszcze jest dużo miejsca. To nie krytyka, to obserwacja ;)

Z pierwszego odcinka niewiele wyniosłem wrażeń, co chyba należy zaliczyć mu na plus. Bo jak ja coś zauważam, to zazwyczaj nie jest to nic dobrego ;)

Trzeci natomiast to zdecydowanie przypadek „co za dużo to nie zdrowo”. Przegięli, jak na mój gust. Magnusson jest spoko, tylko trochę szybko jakoś się go pozbyli, i jakoś tak pojawił się znikąd i jakoś dziwnie szybko awansował na najniebezpieczniejszego człowieka, z jakim Sherlock miał do czynienia – bardziej nawet niż Moriarty? Chyba nie zdążyłem się do niego przyzwyczaić. Przyzwyczaić się też nie mogę – i raczej nigdy to nie nastąpi – do tej ilości dziwacznych i wielce użytecznych zbiegów okoliczności zakrawających na deus-ex-machina. Mary polubiłem od pierwszej chwili, za to, że była taka niezwykle zwyczajna i zwyczajnie niezwykła – po czym zrobili z niej niezwykle niezwyczajną i wszystko w niej przestało mi się podobać. Jeszcze mniej nie mogę wybaczyć tego, że najlepsza przyjaciółka Mary, jej druhna na jej ślubie, akurat tak się złożyło, że okazała się także sekretarką głównego antagonisty. A także tego, że Sherlock włamał się do biura owego antagonisty dokładnie w tym samym momencie, w którym zrobiła to Mary. I że ten najniebezpieczniejszy człowiek, z którym Sherlock miał do czynienia, skamle jak pobity szczeniak. Ugh.

No i jakie mam tu teraz napisać zakończenie? :) Generalnie dobry film/serial poznaję po tym, że po zakończeniu seansu jeszcze długo o nim myślę. Przypuszczam, że tak jest także wtedy, kiedy te myśli nie są tak bardzo pochlebne – ważne, że uważam to, o czym myślę, za warte rozmyślania o tym. Mimo wszystko Sherlock spełnia te kryteria.

Kilka spostrzeżeń muzycznych na święta

Like This Album!: To jest ta „zapomniana” płyta Systtem of a Down. To jest też prawdopodobnie moja ulubiona płyta System of a Down. Zazwyczaj określana jako „płyta z odrzutami z Toxicity„, czyli „tylko” i „pół-oficjalna”, nie zalicza się w umysłach fanów do „kanonu” ich dorobku. Fakt, utwory na niej zgromadzone zdecydowanie nie pasują charakterem do poprzedniczki. Są zbyt… swobodne? Frywolne? Po angielsku bym powiedział „goofy”. Co nie znaczy że to są jakieś wygłupy – to prawda, że jest tekst o skrytożerstwie pizzowym, i to od razu na wstępie, ale generalnie tematyka jest śmiertelnie poważna. I jest to też muzyczna bezkompromisowa jazda bez trzymanki – sprawiająca wręcz, że Toxicity brzmi drętwo i sztywniacko. Mnie najbardziej urzeka, że aż skrzy się od świetnych pomysłów – co numer to coś niespodziewanego! Wielka szkoda, że to „tylko” „płyta drugiej kategorii”.

Relentless headpounding: Math-metal można grać na różne sposoby. Można na przykład zrobić tego sztukę dla sztuki jak Between the Buried and Me. Można dać mu ludzką twarz i nazwać to djent. A można też zrobić to w tak karkołomny i przerysowany sposób, że aż nie sposób się od tego oderwać. Ten ostatni sposób wybrało Archspire. Perkusja, na ten przykład, prawie na pewno nie jest grana przez człowieka – nie może być! :) A przy tym jest w tym dość chwytliwych motywów [sic! sic!] by nie wyleciało natychmiast drugim uchem. To już nie jest sztuka dla sztuki. To jest po prostu sztuka.

0 Hours Amusement: Ketha rzadko wydaje płyty (pierwsza wyszła niemal 10 lat temu, a ta jest dopiero trzecia, licząc tylko pełnogrające), więc ewolucja muzyczna z płyty na płytę może powodować pewien szok. Między pierwszą a drugą różnica nie była taka duża – muzyka stała się bardziej dojrzała, a muzycy pewni siebie, ale to był w zasadzie ten sam odjazd godny sierotek po Kobongu. Znając wcześniejsze dokonania zespołu, podchodząc do 0 Hours Starlight trzeba jednak przejść etap aklimatyzacji. Na początku wręcz nie brzmi jak Ketha. Ale jak już się odrzuci uprzedzenia, to zaczyna się odsłaniać. A słuchacz się przekonuje, że jednak warto ;)

Borg/MacEnroe: wrażenia

Przede wszystkim: ten mecz to marzenie filmowca. Dziw, że nie został już wzięty na warsztat z dziesięć razy. Pasuje niemal do klasycznego scenariusza obyczajowych wyciskaczy łez: dziewczynie rekin odgryza rękę; dziewczyna popada w depresję; dziewczyna koniecznie chce wykazać całemu światu że nie potrzebuje pomocy; dziewczyna startuje w konkursie; dziewczyna przegrywa; dziewczyna tylko zdwaja wysiłki; dziewczyna ponownie startuje w konkursie; dziewczyna wygrywa; reżyser ma gotowy scenariusz na „inspirujący” melodramat o „pokonywaniu przeciwności losu”, oczywiście „oparty na faktach”. Na szczęście tutaj nie jest tak sztampowo ;) Właściwie to poszedłem na ten film z pewnymi obawami czy takie coś w ogóle ma sens. Ale w kluczowym momencie tętno faktycznie mi przyspieszyło, i to na dłuższy czas – więc wnoszę z tego, że jest dobrze. Dobrze też, że turnieje są obstawione komentatorami sportowymi, bo to wręcz wymarzona ekspozycja. Jeśli miałbym się do czego przyczepić, to że bohaterowie zostali potraktowani raczej nierówno – wszystko bowiem kręci się wokół Borga. Ale im dłużej o tym myślę, tym bardziej wygląda mi to na świadomy zabieg, czego dowodem (według mnie) są te konferencje prasowe, których bohaterem ma być MacEnroe, ale wszyscy pytają go tylko i wyłącznie o Borga.

Tak że można powiedzieć że pozytywnie się rozczarowałem.

Niebiańskie pastwiska: wrażenia

Cegła to; ale w tym dobrym znaczeniu. Na pewno wolę dobrą cegłę niż niekończący się cykl. Trylogia, to jest taki dobry limit. Trzy powieści i won, wystarczy. Ale chyba zbaczam z tematu.

Formalnie jest to opera kosmiczna, i na początku wydaje się, że będzie faktycznie typową operą kosmiczną – zaczyna bowiem się od sceny bitewnej. Szybko jednak okazuje się, że świat przedstawiony jest skonstruowany w dużo mniej klasyczny sposób. Ale pozostaje inna cecha definiująca operę kosmiczną: rozmach. Nie jest powiedziane wprost jakie rozmiary ma świat – część galaktyki? cała galaktyka? cały wszechświat?? – ale na pewno jest duży. Tysiące lat w przyszłość, tysiące lat historii. Profesjonalni recenzenci kręcili nosem, że autor mnoży wątki trochę ponad wytrzymałość ich możliwości skupienia się; ja jednak muszę stwierdzić, że było ich wręcz za mało! Mamy międzygwiezdne cesarstwo, od kilku tysięcy lat rozprzestrzeniające się po kosmosie, a mimo to cała akcja skupia się na kilku(nastu?) postaciach, które co chwila na siebie wpadają. Na jednej planecie byłoby to trudne, a tu przecież mamy co najmniej galaktykę. Ale mniejsza, przecież to kosmiczna opera; a przy odpowiednim sterowaniu prądami historii, niesione nimi postacie siłą rzeczy by się ze sobą zderzały.

Nie będę opisywał cech charakterystycznych świata przedstawionego, i tym podobnych, przecież to nie jest recenzja. Rzecz jest bardzo dobrze napisana (może chwilami nieco nużąca), ma ciekawe pomysły i interesujące postacie, tylko zakończenie pozostawia nieco do życzenia – jest co prawda bardzo satysfakcjonujące emocjonalnie, ale intelektualnie już nie do końca (trochę zalatuje deus ex machina), chociaż wpisuje się w definicję kosmicznej opery: okazuje się bowiem, że wszystko się rozchodzi o rzeczy Najważniejsze. Najważniejsze dla tamtego wszechświata, niekoniecznie dla naszego.

Tak czy siak, polecam.

The Square: wrażenia

Wychodząc z kina usłyszałem coś takiego: „totalna strata czasu”. Wcześniej zajrzałem na forum pod tym filmem na Filmwebie i aż prawie się zniechęciłem. Generalnie wygląda na to, że to jeden z tych filmów, które się albo kocha albo nienawidzi. Po seansie stwierdzam, że ja należę akurat do tych pierwszych :)

Przede wszystkim: to jest kino europejskie, więc czego się spodziewaliście? Rozbuchanego spektaklu w stylu transformersów?? :D Swoją drogą udało mi się na to pójść dopiero teraz, bo prawie dwie i pół godziny (prawie trzy z reklamami) trudno wcisnąć w plan dnia. Ci z obozu nienawidzących narzekali, że to o co najmniej pół godziny za dużo, ja jednak niemal się zdziwiłem, kiedy się skończył, bo mógłby trwać jeszcze długo.

Po drugie: wcale nie trzeba być filmowym snobem, żeby się zorientować o co w tym wszystkim chodzi. Przecież nawet mi się udało. Ale może ja już przesiąkłem tym snobizmem? (Wiele by na to wskazywało!) A czego tu nie ma: znieczulica społeczna (temat oczywisty od niemal pierwszych scen); kwestia odpowiedzialności za swoje czyny; w ogóle umiejętność przewidywania konsekwencji swoich czynów; nabijanie się ze sztuki współczesnej (już w pierwszej scenie pada bardzo zasadne pytanie: kiedy coś staje się sztuką?; patrz też: kapitalna scena „performansu” ze „zwierzęciem” – nie bez powodu kadr z niej trafił na plakat); niezrozumienie starych pierdów wobec tego, jak działają nowe media; niezrozumienie młodszego pokolenia wobec tego, jak działają stare media; ogólnie krytyka zarówno starych, jak i nowych mediów; szczypta komentarza na temat współczesnych relacji damsko-męskich; ale przede wszystkim – wiecznie aktualny temat oderwania intelektualistów od rzeczywistości, tak pięknie spuentowany przez braci Coen w Bartonie Finku. Kulminacją tego ostatniego jest wiadomość nagrywana przez głównego bohatera do chłopca, któremu najprawdopodobniej zrobił (fizyczną) krzywdę, podczas której wahałem się między histerycznym śmiechem a zażenowaniem (bo za dużo w tym widziałem siebie w pewnych momentach życia). A także scena konferencji prasowej. Pewnie tematów było więcej. I na przykład nie jestem pewien jak się w to wszystko wpisują młodociane córki Christiana. Może chodziło o perspektywę jeszcze młodszego pokolenia? Albo kontrast między uczuciem kochającego ojca a obojętnością wobec nieszczęść otaczającego go świata (uosabianych przez wszędobylskich bezdomnych)? Nieważne. To co mam już mi wystarczy ;)

Co jak co, ja nie uważam, że film przynosi wstyd złotej palmie z Cannes.

Czy ja mam coś nie tak z głową?

Wczoraj przeczytałem, że mijający mnie autobus jedzie w kierunku Dworca Cmentarnego.

Dzisiaj pod znakiem zakazu parkowania przeczytałem, że „nie dotyczy zwłok„.

A będąc swego czasu w Grudziądzu zobaczyłem na planie miasta ulicę Potworną.

To tylko trzy przykłady; jest więcej, ale w tej chwili nie pamiętam. Ciekawe co by o tym powiedzieli lekarze od głowy…