Wariactwo 2021: raport

Człowiek to jednak głupi jest. A przynajmniej na tyle na ile ja jestem człowiekiem.

A było to tak. Wsiadłem do pociągu, wtarabaniłem się z rowerem z sakwami, przesiedziałem parę godzin, wytarabaniłem się w innym mieście i przepedałowałem 20 kilosów do jeszcze innego miasta, więc chyba powinienem już poczuć że jestem na wakacjach, nie? A tymczasem przyjeżdżam i co myślę? „Hm, jest dopiero 14, o rany jak dużo mam czasu, muszę wymyślić jakieś zajęcie!!”. Na szczęście połapałem się dość szybko i upomniałem siebie samego: a może by tak przez ten czas robić KOMPLETNIE NIC?

A tak w ogóle to wakacje zacząłem od tego, że wywaliłem sobie korki w mieszkaniu. W niedzielę. O siódmej rano. Kiedy za niedługo musiałem wychodzić. A korki wywaliłem urządzeniem krytycznym dla zrobienia śniadania.

Ale wszystko się udało. No, prawie.

Największą wartością takiego wyjazdu „do natury” jest chyba to, że po powrocie dotrze do ciebie z całą mocą w jakim koszmarnym syfie żyjesz na co dzień i nawet sobie z tego nie zdajesz sprawy. Idę przez miasto i cały czas zdycham od smrodu spalin. Tyle mi dało oddychaniem śwież(sz)ym powietrzem przez parę tygodni…

Po powrocie też odkrywam jak szybko wracają stare nawyki: budzik nastawiony na tą godzinę co zawsze, a ja już pierwszej nocy sam się budzę pół godziny przed nim, tak jak było przed wyjazdem (podczas którego wstawałem zasadniczo kiedy chciałem), nawet kiedy jestem teoretycznie niewyspany. Ale z drugiej strony, przez ostatnie parę tygodni wiele razy myślałem, że będę potrzebował się jeszcze chwilę zdrzemnąć, zanim wstanę na dobre, ale nigdy tak się nie stało. Czy tak wygląda bycie wypoczętym? W sumie nie wiem, to tak rzadki stan w życiu mieszczucha, że już nawet nie wiem jak go rozpoznać.

I tak też zrodziło się w mózgownicy tego mieszczucha pytanie: czy warto wracać do dokładnie tego samego życia? Ale czy mam jakiś inny pomysł na inne życie? 🤷‍♂️

Tak jak w zeszłym roku, tak i w tym prowadziłem kampanię medialną na instagramie. Ale w przeciwieństwie do zeszłego roku, wieczorami nawadniałem się bezalkoholowo (z rozkazu lekarza, co miało być tylko na próbę, i oczywiście wypadło na czas wakacji – przypadek?), w związku z czym wpisy dzienne są jakby trochę bardziej składne i gramotne. A przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie. No to jadziem, żeby nie było jak z relacją z wycieczki do Włoch, która już dwa lata czeka na dokończenie…

Dzień 1. z prologiem: Białystok – Supraśl

Dzień 2.: Supraśl – Białowieża

Dzień 3.: snucie się po Białowieży i okolicznych lasach i wiochach

Dzień 4.: odważnie rowerem w puszczę mimo zapowiadanych burz

Dzień 5.: Białowieża – Siemiatycze

Dzień 6.: Siemiatycze – Terespol (i pierwsze buskie kalambury)

Dzień 7.: Terespol – Włodawa

Dzień 8.: w którym „daję odpocząć nogom”, czyli idę na dwudziestoparokilometrowy „spacer”

Dzień 9.: Włodawa – Chełm (a tam niespodziewanka!)

Dzień 10.: Chełm – Krasnystaw

Dzień 11.: Krasnystaw – Biłgoraj

Dzień 12.: rozczarowywanie się Biłgorajem, plus chill, jednak

Dzień 13.: „gdy wiodą skazańca i każą mu patrzeć na szafot”

Dzień 14.: Biłgoraj – Stalowa Wola

Epilog

Postscriptum

W tym roku nie miałem niestety tyle frajdy co rok temu. Częściowo to pewnie jest to, że wtedy to było coś dla mnie nowego, świeże wrażenia i tak dalej, a teraz była to trochę powtórka z rozrywki. Ale miały też na to wpływ błędy podczas planowania. I złośliwość pogody.

Przede wszystkim, zaplanowanie sobie ponad-120-kilometrowego odcinka w połowie pierwszego tygodnia – nie super. Liczyłem na to, że wtedy będę już „rozjechany” i spokojnie mi zleci, ale jednak moja kondycja – a raczej nie tyle kondycja co wytrzymałość nóg i kolan – zupełnie nie zbliża się do tej zawodowego kolarza i nie mogę sobie pozwolić na takie wybryki. Tak że najzwyczajniej się wtedy zajechałem, a 90 km następnego dnia, w połowie w deszczu, mnie dojechało. Siły zacząłem odzyskiwać dopiero pod koniec, kiedy z kolei zaczynało już wzbierać ogólne znużenie pedałowaniem.

Pogoda też nie dopisała. Z pogodą jak wiadomo nigdy nic nie wiadomo, ale sierpień zazwyczaj jest porą suchą. Tak się jednak składa, że żyjemy w czasach zmian klimatu i różne takie „zazwyczaje” można sobie o kant dupy potłuc. Całe lato było deszczowe – i pierwszy tydzień sierpnia również się taki okazał. Generalnie ja tam lubię każdą pogodę i o siebie się nie martwiłem – i w sumie było nawet lepiej niż bym się spodziewał, nawet kiedy woda mi chlupała w butach – ale rower to zupełnie inna sprawa. Myślałem, że całkiem dobrze zniósł kompletne przemoczenie; na szczęście wtedy jechałem prawie wyłącznie po asfalcie, ale krótkie odcinki rozmokłego gruntu też były, i one mnie szczególnie martwiły. Dopiero po powrocie i odebraniu go z serwisu się przekonałem, że chyba jednak ociężałość jazdy w późniejszych dniach nie w całości wynikała z mojego zajechania.

Tak że tak. Ale ogólnie jestem zadowolony. Ciągle jeszcze jestem w stanie powakacyjnego wyluzowania, więc luz ;) Z jednej strony zleciało jak z bicza strzelił, ale z drugiej wydawało się, że minęły całe eony, a czas sprzed wyjazdu to jakieś zamierzchłe dzieje. Teraz trzeba już rozmyślać nad następnym rokiem, bo szpiedzy mi donoszą, że te podkarpackie odcinki są dość hardkorowe. Ale luzik, jeszcze mam trochę czasu.

Kilka spostrzeżeń muzycznych chyba najdłużej przygotowywanych w historii wszechświata

Kilka spostrzeżeń muzycznych chyba najdłużej przygotowywanych w historii wszechświata

Wola Raperska: Trochę to niefajnie tytułować cały akapit od jednego utworu, który nie jest zasadniczo reprezentatywny dla całości, ale nie da się ukryć, że ów utwór (These Black Claws) się wyróżnia nie tylko udziałem rapera Shahmen, ale też rapową estetyką, i szczerze mówiąc sprawia to chyba, że jest to najlepszy kawałek na nowej płycie Vola. Nawet bez rapowania by był jednym z lepszych – transowa zwrotka, podniosły refren, wszystko gra! A reszta płyty? Klasyczna Vola – piękno, mrok i melancholia, no i pięknie śpiewający blondas, w którym może zakochać się niejeden heteryk.

Węgry wracają do gry?: Zdarzały mi się tutaj zachwyty nad Thy Catafalque, zdarzało mi się narzekać na te same ich płyty. Poprzednia, Naiv, nie zaczepiła się na długo w mojej łepetynie – była rozlazła i zwyczajnie nudna. Ale najnowsza Vadak ma potencjał. Jest na niej co prawda trochę ładnych melodii i kobiecego śpiewu, ale jest na niej trochę niemal thrashowego czadu. Czyży reakcja Tamasa Katai na to, co się dzieje w jego ojczystym kraju? (Sam jakiś czas temu wyemigrował do Szkocji, ale nadal tworzy po węgiersku.)

Publicystyka śpiewana: A skoro już mowa o niezgodzie na to, co się dzieje w kraju, chyba nikt nie robi tego w bardziej zjadliwy sposób niż Chałtcore z Nowego Sącza, czyli samego środka PiS-owskiego bastionu. Prawda, że mamy Maleńczuka, ale on może być też dość irytujący; mamy Kazika, który potrafi być dosadny, ale jednak nie aż tak – on jednak okazuje się zbyt cywilizowany na te pojebane czasy. Chałtcore natomiast wali prosto z mostu między oczy i bez ogródek. Przy czym, nic nie ujmując muzyce, tekst generalnie jest tu najważniejszą częścią. Nie jest śpiewany, tylko zasadniczo deklamowany i – częściej – wywrzeszczany. O ile ktoś nie jest wielbicielem rządzącej partii – czad nad czady!

U bram sobie gram: (Bardzo przepraszam, zdaję sobie sprawę, że ten kalambur jest wyjątkowo durny.) At the Gates to prototypowy zespół sceny Göteborga. I od lat za bardzo od tego prototypu się nie wychyla. Co jest – jak zawsze w takich przypadkach – i dobrze, i źle. Dobrze, bo to nadal kawał porządnie zajebistej muzyki. Źle, bo jest to w dużym stopniu „więcej tego samego”. Sądząc po tym, że istnieją wierni fani Iron Maiden i AC/DC, nie jest to uniwersalnie postrzegane jako wada ;) Ja co prawda wolałbym, żeby wyraźniej słychać było, że to jest inna płyta niż poprzednie, ale i tak słucham z przyjemnością. BTW: tytuł ichniej At War with Reality sprzed kilku lat idealnie opisuje wspomnianą powyżej rządzącą partię…

[Krótkie wyjaśnienie tytułu wpisu: pierwszy szkic powstał 13 czerwca, i w formie niemal skończonej leżał od 27 dnia tego samego miesiąca. Z niewyjaśnionego powodu jakoś o nim… zapomniałem?]

Dark: wrażenia po obejrzeniu całości

Po zaledwie kilku odcinkach zakrzyknąłem: „To jest kurwa genialne!”. W sumie zdania nie zmieniam, ale trzeba zaznaczyć jedną rzecz: nie rozrysowałem sobie dokładnie czy wszystko się zgadza i ma sens. Wydaje się że tak, ale tak tam naplątali, że mogłem dużo przeoczyć. Jestem pewien, że ktoś to zrobił i ma mnóstwo zastrzeżeń. Tak że zamiast popadać w obsesję, wolałem cieszyć się tym przyjemnym swędzeniem intelektualnej stymulacji w mózgu. Zauważyłem tylko, że w jednym momencie mówią „splątanie” tam, gdzie oczywiście chodziło o superpozycję ;)

Poprzednio zauważyłem też: „Przeżycia wewnętrzne bohaterów są zdecydowanie na pierwszym planie (…). Nastoletnie dramaty. Dorosłe animozje. Pierwsze przeradzające się w drugie. I odwrotnie.” Z czasem nacisk na te „ludzkie aspekty” zaczął nieco lżeć. Relacje pomiędzy bohaterami od pewnego momentu są w zasadzie rozkminione, więc najważniejsze stają się ich przeżycia wewnętrzne, nawet jeśli coraz częściej tymi przeżyciami są szok i horror.

No i oczywiście kiedy już myślimy że mamy ogólny obraz układanki, okazuje się, że jest ona trójwymiarowa. Albo i czterowymiarowa. Na tym głównie polegają zwroty akcji: dorzucanie nie tyle kolejnych elementów, co całych wymiarów. Spodziewam się, że może to być kontrowersyjne rozwiązanie: nawet ja miałem lekkie poczucie w rodzaju „że niby co jeszcze??”.

Po tym wszystkim zakończenie wydaje się nieco nagłe: o co naprawdę w tym wszystkim chodzi dowiadujemy się dopiero w ostatnim odcinku – i jest to jednocześnie proste i pokręcone (bo jakże by inaczej), jeśli nie pokrętne. Z tego powodu to chyba nie będzie spojler jeśli powiem, że zabawniej by było, gdyby młody Tannhaus ich potrącił i to w ten sposób nie dojechał na most ;)

I doceniam żarcik na koniec: nie, nie dowiemy się co się stało z okiem Wöllera.

Bardzo mi się też spodobało w jaki sposób zostały odtworzone poszczególne epoki. Poza wzmianką o Czarnobylu nie ma co prawda zupełnie nic z geopolityki (ani zimnej wojny i podziału Niemiec, ani rozkładu Republiki Weimarskiej i rosnącego raka nazizmu, ani nic w tym rodzaju), ale każdy okres czasu, w którym dzieje się akcja, ma swój niepowtarzalny posmak i klimat. Jako że my jesteśmy przesiąknięci doświadczeniem powojennych lat po naszej stronie żelaznej kurtyny, od dawna interesuje mnie jak to wyglądało na zachodzie Europy. Specjalnie dużo na ten temat się nie dowiedziałem, ale dobre i to :)

Ogólnie jestem pod wrażeniem, że w Europie udało się coś takiego stworzyć. Ale też nie dziwi, że powstało akurat tu, a przynajmniej poza Ameryką – nie wyobrażam sobie, żeby Amerykanie mogli zrobić coś tak konsekwetnie inteligentnego bez popadania w gatunkowe klisze. Tak że brawo Niemcy! Brawo Europa!

Głupie pytania, cześć 173.

Jeśli polityk na decyzyjnym stanowisku, powiedzmy marszałka Sejmu, postępuje niezgodnie z konstytucją, to co mu/jej właściwie grozi?

[I kto właściwie to osądza? Trybunał obsadzony ich koleżkami i koleżankami? A kto ich zaciągnie do więzienia? Policja pod ich kontrolą? Kto w ogóle zgłasza popełnienie przestępstwa? Prokuratura… chyba nawet nie muszę dodawać pod czyją kontrolą.]

Kilka spostrzeżeń muzycznych z dziurą w głowie

Kilka spostrzeżeń muzycznych z dziurą w głowie

Ten piasek to zabarwiony, przepraszam, czym?: Niezawodny Bandcamp znów mi podsunął kilka ciekawych propozycji, tym razem z kategorii „Ulcerate i spółka„. Jednym z nich jest Gorguts z Québecu. Nie jest to tak ciężka muzyka jak wspomniany Ulcerate, ale może to i lepiej, bo nacisk położony jest mniej na brzmienie a bardziej na samą muzykę, która jest opętańczo nawiedzona, acz nie bez melodii i lirycznych momentów. Trochę mi przywołała uczucie z początków moich fascynacji post-metalem, kiedy czułem się jakbym odkrywał nowe lądy. A na „kolorowych piaskach” jest też niespodzianka: jeden utwór całkowicie orkiestrowy.

Krótko, ale wcale nie sceptycznie: Cynik i Sceptyk bardzo dobrze się uzupełniają!

Succumbus: Uf, ale odjazd. Chyba naprawdę potrzeba aż Basków, żeby namieszać w metalowym światku. Altarage jedzie pograniczem ambientu, drone’u i czego tam jeszcze? Doom? Nie ważne. Wierci dziurę w głowie z wielką determinacją. Ale to taka dziura w głowie, o którą się nie obrażam, i im więcej słucham, tym bardziej mi się podoba taka dziurawa czaszka, więc… (Kiedyś sobie zapościłem Succumb niepomny, że wkrótce będzie prezentacja w pracy; ciekawie się oglądało zbiegowisko na zoomie podczas gdy w tle dog(o)rywał 21-minutowy Devorador de mundos.)

Velvet Muladona? Czy Muladona Underground?: Jest jak Velvet Underground, tylko dużo, dużo lepsze. Właściwie to mógłbym powiedzieć „jak Velvet Underground tylko że dobre”. Nie będę ukrywać mojego irracjonalnego uprzedzenie do Lou Reeda – i wcale nie chodzi o Lulu. (Bosz, to juz 10 lat temu było? Pamiętam tą zniewagę jak dziś!) Tak czy siak Muladona szwajcarskiego Rorcal zaczyna się od odczytu początku opowiadania rodem z horroru. Potem jest blackowaty wygrzew, ale odczyt nadal przebija. W sumie opowieść jest chyba ciekawsza od muzyki, ale przypuszczam że o to właśnie chodziło. A, i fajne tytuły.

Głupie pytania, część 171.

Czy gdzieś, w odległej galaktyce, niekoniecznie dawno temu, a w zasadzie to gdziekolwiek mógłby powstać system biologii, znaczy życie, w którym nie istnieją drapieżnictwo, pasożytnictwo i inne formy zależności międzygatunkowych (a może i także wewnątrzgatunkowych), w których jeden organizm żywi się kosztem (ze szkodą dla) innego organizmu?

[Zainspirowane złorzeczeniem znajomej na przędziorki i mączniki…]

Błoto słodsze niż miód: głosy komunistycznej Albanii: wrażenia

To nie jest książka dla wrażliwych ludzi.

Niemniej my, którzy również mamy za sobą kilka dekad komunizmu, powinniśmy znać te historie. Polska wszak była „najweselszym barakiem w obozie”, podczas gdy Albania była na przeciwnym krańcu spektrum: więzienie w więzieniu w więzieniu, gdzie za samo podejrzenie że się powiedziało coś nie po myśli władzy można było dostać 5 lub 10 lub więcej lat więzienia – przy czym oczywiście więzienie oznaczało przeważnie katorżniczą pracę, lub wręcz zupełnie dosłowne, nieustające tortury. Ucieleśnienie terroru w najczystszej postaci.

Z jednej strony po kilku takich opowieściach chce się powiedzieć: dość! Tak, wiem, że było źle, nie chcę już więcej o tym słuchać! Ale z drugiej pozostał pewien niedosyt. Moim zdaniem trochę za dużo jest o ofiarach reżimu a za mało o „zwykłych” ludziach, którym jakoś udało się przeżyć w miarę normalne życie, którzy niejako byli po drugiej stronie machiny „miażdżenia ludzi”. To znaczy i o nich jest, ale raczej pośrednio, przy okazji.

Warto też również znać historię innych państw, które uwolniły się od komunizmu, i porównać je z naszą. Na przykład: inny model przechodzenia do demokracji i kapitalizmu (u nas: terapia szokowa; w Albanii: powolne luzowanie, żeby nikomu nie uderzyła woda sodowa do głowy, w wyniku czego kraj jest zacofany i skorumpowany), albo inne podejście do rozliczenia starej władzy (u nas: o tyle o ile, póki starczyło zapału, ale większość ludzi jest w sumie usatysfakcjonowana; w Albanii: kompletnie nic, tylko jedna osoba została o cokolwiek oskarżona – żona dyktatora Envera Hoxhy, i ten brak rozliczeń toczy społeczeństwo jak rak).

W obu krajach jednak panuje nastrój, że cała ta epoka to trochę wstydliwy sekret, o którym lepiej jak najszybciej zapomnieć. I w obu krajach jest też mniejsza lub większa grupa ludzi, którzy rozczarowani nową rzeczywistością ubzdurali sobie, że wtedy było lepiej (bo każdy miał pracę! I godność! A teraz to trzeba się starać!!).

Minęło już dość czasu, że wyrosło całkiem nowe pokolenie, które nie przeżyło w tamtych czasach ani dnia. Oni najbardziej potrzebują tego świadectwa, że to nie są fantazje zdemenciałych tetryków.

W lutym… marcu… kwietniu… nie, w maju… przy uchylonym oknie

Był luty, kiedy zacząłem pisać ten wpis. Pisałem, że siedzę przy uchylonym oknie. Potem przyszedł marzec, kwiecień i początek maja, kiedy siedziałem raczej w kurtce przy rozkręconym grzejniku. Ale w końcu jest naprawdę maj i wiosna i faktycznie w końcu siedzę przy uchylonym oknie i mam nadzieję, że tak pozostanie przez jakiś czas.

W każdym razie, pisałem, po paru miesiącach (w tym paru nadprogramowych) życia w szczelnie pozamykanym i starannie uszczelnionym mieszkaniu, myślę sobie, że tęskniłem za odgłosami z zewnątrz.

Szum wiatru w koronach drzew. Śpiew ptaków. Pierdzenie motocykla sąsiada. Łomot ciężarówek przewalających się Wisłostradą. Ale głównie szum wiatru i ptaki. Tego się trzymajmy.

Co jakiś czas bywam w biurze, przeważnie kiedy muszę być danego dnia w pobliżu centrum, gdzie nie zdążę dojechać z domu po zakończeniu pracy. Bywa że nikomu się do biura nie śpieszy i siedzę sam. Bywa że nie. I wtedy sobie przypominam dawne czasy, kiedy non-stop się siedziało na open space’ie; czego wówczas sobie nie mogę przypomnieć to jak ja to wytrzymywałem. Móc zwyczajnie wstać i rzucić hasło „kto idzie na kawę?” i przegadać z kolegami „fajrant” to jedno, ale zupełnie co innego kiedy trzeba się skupić, a wokół kilka lub nawet kilkanaście osób ma jakieś spotkanie albo chce sobie pogadać nad twoją głową o pierdołach.

Serio, jak ja to wytrzymywałem?

Przed pandemią byłem raczej sceptyczny wobec pracy z domu. Myślałem sobie: za dużo rzeczy kusi, za dużo rozprasza. Nie będzie motywacji kiedy nikt nie patrzy na ręce. Nie będzie się dało przełączyć na tryb pracy z trybu opierdalania się w domu.

Okazuje się, że na to ostatnie wystarczy po prostu mieć dwa komputery. Lepiej mieć osobne pomieszczenie; jeszcze lepiej mieć osobne „biuro”, chociażby i w garażu, żeby tylko musieć wyjść z domu/mieszkania (słyszałem o kimś, kto wychodzi, robi rundkę wokół bloku i wraca, a po pracy robi identyczną rundkę w przeciwnym kierunku).

Na motywację trudna rada, ale jak się nie chce pracować to i tak można się nieźle opieprzać nawet jak wszyscy patrzą. Lepiej chyba jednak być zmotywowanym przez marchewkę, niż przez kija, prawda?

A rozpraszacze? Mieszkam sam. Więc w sumie nie znam problemu. Komputer „domowy” jest wyłączony, a włączanie go jest trochę upierdliwe. Jest co prawda telefon, ale nie jestem z tego pokolenia, żeby móc (i mieć po co) siedzieć w nim cały dzień. Najwięcej czasu trawię na tym, że czasem mnie najdzie wena i sobie popiszę trochę na blogasku.

Apropos trawienia – obiadek właśnie się podgrzał. To też mogę robić na własnych warunkach.

Przy szumie wiatru i śpiewie ptaków. Sąsiad znów pierdzi motorem, ale skupmy się na ptakach.