Nie należę do żadnego kościoła

Ponieważ rozpoczął się spis powszechny, ponieważ jest obowiązkowy i ponieważ podczas wypełniania nie raz jest się pouczanym, że należy go wypełnić zgodnie ze swoją najlepszą wiedzą – i że, jak się domyślam, za poświadczenie nieprawdy grożą jakieś kary – chciałem złożyć poniższe oświadczenie:

Zgodnie z prawdą zaznaczyłem, że NIE NALEŻĘ DO ŻADNEGO KOŚCIOŁA

JEŚLI JAKIŚ KOŚCIÓŁ TWIERDZI ŻE JEST INACZEJ, ÓW KOŚCIÓŁ KŁAMIE

JEŚLI JAKIŚ KOŚCIÓŁ PRZEDSTAWIA DOKUMENTY ŚWIADCZĄCE O MOJEJ RZEKOMEJ DO NIEGO PRZYNALEŻNOŚCI, RZECZONE ZAPISY ZOSTAŁY DOKONANE NIELEGALNIE I NIE MAJĄ MOCY PRAWNEJ

(A tym bardziej nie mają mocy sprawczej na obiektywną rzeczywistość)

Serio. Kościół prawdopodobnie może pokazać jakieś dokumenty, ale nie może pokazać żadnego, który podpisałem czy w inny sposób poświadczyłem aktem woli w momencie, kiedy miałem zdolność do czynności prawnych. Wszelkie akty dokonane bez zdolności do czynności prawnej są – z definicji – nieważne. Ergo, ewentualny zapis mojej przynależności do kościoła jest nieważny, zatem nie należę do żadnego kościoła.

Dziękuję za uszanowanie mojej wolności do wypięcia się na roszczeniowe instytucje.

[Ja to i tak mam łatwo. Wady spisu zostały już dogłębnie zbadane przez innych, ja tylko zauważę, co mi samemu się rzuciło w oczy, że osoby niebinarne nie mają jak wypełnić tego spisu bez poświadczenia nieprawdy. Pytania są tendencyjne, cytując klasyka, a po wszystkim władza ogłosi sukces: wedle spisu powszechnego zostało czarno na białym udowodnione, że w polsce nie istnieje LGBT!]

[Na marginesie drugim: w dziale tożsamości „narodowej” jako drugą wpisałem „europejska”. Udławcie się tym.]

O czasie po czasie

Mój zegar biologiczny, świadom, że od teraz trzeba wstawać „wcześniej”:

– Czy to już?

Jest trzecia w nocy.

– Nie, idź spać.


Mój zegar biologiczny, świadom, że od teraz trzeba wstawać „wcześniej”:

– Czy to już?

Jest czwarta w nocy.

– Nie, do cholery, zamknij się.


Mój zegar biologiczny, świadom, że od teraz trzeba wstawać „wcześniej”:

– Czy to już?

Jest piąta w nocy.

– K@&#* daj mi spokój!!


A myślałem, że najgorsze co może się zdarzyć to lekki „jetlag” dwa razy do roku.

Kilka spostrzeżeń muzycznych z duhem czasów

Gore!: Recenzent płyty nastraszył, że to jakiś ambient z dziwnych dźwięków typu szumy i trzaski (tak to przynajmniej zrozumiałem), tymczasem jest to zupełnie niegroźna muzyka. Stały, niepołamany rytm, niekoniecznie „muzyczne” dźwięki pojawiają się tylko w tle, jest też melodia, a przynajmniej rozpoznawalny motyw. Martin Gore jest spoko. Przyznaję, i powyższe czyni dość oczywistym, że po raz pierwszy sięgam po jego twórczość solową, ale w sumie wydaje mi się to bardziej interesujące niż jego macierzyste Depeche Mode.

Rumuńskie duhy: Bardzo to jest dziwne. Nie wiem w sumie nawet czy mi się podoba, czy nie. Raz tak, raz nie. Jest sporo fajnego klimatu, ale czasem wjedzie też jakiś flet i wtedy zupełnie się gubię. To jest płyta z 2012 roku, którą przesłuchałem tylko dlatego, że wydany niedawno singiel jest naprawdę bardzo fajny. Czyżby przez te 9 lat koncepcja muzyczna zespołu mocno ewoluowała? Przekonamy się, kiedy odsłonią resztę Har. (Fun fact: „Duh” w Dor De Duh najwyraźniej znaczy to samo co „Duch”. Huh.)

Legion Sentymentalista: Swojskie, klasyczno-metalowe, pocieszne, lekko pastiszowe, ale z szacunkiem, porządne granie. Okrütnik. I wszystko jasne.

Dark: wrażenia po zaledwie kilku odcinkach

To jest kurwa genialne!

I fantastycznie ilustruje różnicę pomiędzy kinem amerykańskim a europejskim (przynajmniej kiedy mówimy o krajach, gdzie nie próbuje się bezmyślnie naśladować wszystkiego co amerykańskie *ahem* Polska *ahem*). Jakiś czas temu wspominałem tutaj serial Odpowiednik, wyjątkowo poza cyklem „wrażeniowym, który jest bardzo dobry – dobrze wymyślony, świetnie zagrany, bardzo dobrze zrealizowany – ale mimo wszysto trochę na siłę wciśnięty w konwencję szpiegowsko-sensacyjną. Moim zdaniem amerykańscy decydenci bali się, że inaczej się „nie sprzeda”.

Niemcy się nie bali.

I chwała im za to! Sensacja sprowadza się do zapijaczonego policjanta z brzuszkiem, który najwięcej energii ma do wyczekiwania emerytury, oraz chłopaka, który z tym pierwszym miał na pieńku i wstąpił do policji tylko po to, żeby mu pokazać (pokazać jego duchowi), jak to się robi kiedy się nie jest idiotą. Jeśli kino gatunkowe, to science fiction, ale niemal nie do poznania. Przeżycia wewnętrzne bohaterów są zdecydowanie na pierwszym planie, a nie tylko kiedy widzimy poważnego faceta (lub kobietę) w garniturze za kółkiem poważnego samochodu robiącego poważne miny do poważnych myśli (może nawet rozterek!). Nastoletnie dramaty. Dorosłe animozje. Pierwsze przeradzające się w drugie. I odwrotnie.

A na tym tle wykręcające mózg w obwarzanek kombinacje z podróżami w czasie.

Chapeau bas, psze państwa, chapeau bas!

[Na tym powinienem zakończyć, żeby było dramatycznie, ale jeszcze mi się kojarzy taki serial Rzym, który również miał podobne cechy. Zawsze najbardziej podobały mi się tam te nocne sceny, w których nikt nic nie mówił, nie działo się nic specjalnego, a kamera przyglądała się przeżyciom wewnętrznym bohaterów. Bez słowa. A mimo to bardzo wymowne.]

Rozważania przy śniadaniu, edycja 2021

W człowieku jest ten paradoks. Z jednej strony tworzymy grupy bo grupa może więcej i tylko dzięki temu stworzyliśmy cywilizację. Wewnątrz grupy się wspieramy, ale z drugiej strony znienawidzimy innych grup i je zwalczamy. Z czasem grupy stawały się coraz większe i zaczęły się przenikać, nakładać na siebie i stąd generalna konfuzja, szukanie wroga na siłę u niektórych.

/braindump

Kilka spostrzeżeń muzycznych w których żałuję jeden popularny zespół z lat 90.

Kilka spostrzeżeń muzycznych w których żałuję jeden popularny zespół z lat 90.

Nergal to ma cieplusio: Protest-song jest faktycznie protest-songiem, kiedy można za niego zawisnąć. Nasz Nergal (póki co) nie musi się ukrywać, ale dla Al-Namrood z Arabii Saudyjskiej utrzymanie ścisłej anonimowości to autentycznie sprawa życia i śmierci. Nie pisałbym tego, gdyby nie był to też kawał porządnego metalu (chociaż trochę amatorsko wyprodukowanego) – oczywista z licznymi arabskimi naleciałościami.

Bungle Yourself: Najnowsze objawienie wariackiego rock-metalu. Porównania do Mr. Bungle są w 100% nieuniknione, ale na szczęście Melted Bodies ma też swój własny pomysł na siebie. Miejscami brzmi to jak skrzyżowanie rzeczonego Mr. Bungle z debiutem System of a Down, a pod koniec płyty robi się już naprawdę interesująco, kiedy tempa trochę zwalniają. Ja osobiście jeśli już słucham takich rzeczy to raczej z ciekawości, ale może będzie co polecić bratu ;)

Cyr-ulik Billy: Z całym szacunkiem dla Smashing Pumpkins i Billy’ego Corgana, ale nie dałem rady dosłuchać do końca 😢

New Wave of French Very Heavy Metal: Naprawdę długi czas byłem przekonany, że Francja nie produkuje metalu (tak, ciągle to powtarzam, bo ciągle mnie to dziwi). I może faktycznie tak było, ale ostatnio Francuzi coraz częściej pokazują pazura. Miałem niedawno nawet głównie francuski odcinek i czasem coś nowego mi z tamtej okolicy wyskoczy. A ostatnio mi wyskoczył Fange. EP-ka Pantocrator, konkretnie, poza którą jak na razie się nie wychyliłem, bo najpierw muszę ogarnąć całą fajność, jaką tam znalazłem. Dwa utwory po około 15 minut – brzmi przerażająco, i takie w sumie jest. Nie wieje nudą, ale też nie są to zlepki motywów bez ładu i składu, jak to często bywa w przypadku takich długości. Trzymają się kupy mocno i zgniatają jak przysłowiowy 16-tonowy odważnik. Tylko wykrzykiwanie bluźnierstw po francusku brzmi trochę… komicznie.

Kilka spostrzeżeń muzycznych niejako poniekąd tak jakby z grubsza nawiązujących do klimatu

Kilka spostrzeżeń muzycznych niejako poniekąd tak jakby z grubsza nawiązujących do klimatu

Ocene: Nigdy nie ceniłem za bardzo niemieckiego The Ocean – zawsze byli po niemiecku dość siermiężni (kilka lat temu nawet na nich nieźle nasarkałem, ale z innego powodu). O ile doceniam intelektualizm całej sagi traktującej epoki geologiczne jako metaforę czy też alegorię… wszystkiego?, pomysł wydał mi się o tyleż trochę karkołomny, i może czasami potraktowany trochę zbyt dosłownie. No ale nie wgryzałem się tak naprawdę, raczej omijałem, więc krytykować niezbyt wypada. Niemniej najnowszy (i ostatni – po dotarciu do holocenu dalej nie bardzo jest gdzie już iść) odcinek dość pozytywnie mnie zaskoczył. Maniera wokalna nadal trochę mnie irytuje, ale siermiężność się prawie całkiem ulotniła, a zrobiło się bardziej eksperymentalnie i nawet wręcz trochę lirycznie – utwór Oligocene najbardziej mi się spodobał, ciekawe czy dlatego, że instrumentalny?

The Raging Cult: Oto co wyzwala w ludziach rok 2020. Na swej nowej płycie Cult of Luna zdecydowanie się nie pieści – nie ma (za dużo) plumkania, klimatycznych pasaży, progresywnych rozwinięć; jest cios prosto w nos i jest Mark Lanegan. Kto zna tego ostatniego, ten wie, że on nie wali w nos, tylko w serce, ale interludium jest krótkie i zaraz wracamy do poważnego nosowalenia. Całość jest wyjątkowo krótka jak na Cult of Luna i kojarzy mi się trochę z Herod, którego swego razu nazwałem „nowym namiestnikiem prowincji Sludgei”. Herod może sobie być namiestnikiem, ale Cesarz Szlamu jest tylko jeden i od czasu Vertikal ponownie kopie tyłki. (Ale na Mariner spuszczę jednak zasłonę milczenia.)

City Exhumation: Zaniedbywałem ostatnio Katatonkę. Poprzednia płyta przeszła bez echa w niniejszym blogasku i w sumie nie wiem czemu. Po Dead End Kings wydawała mi się jakaś taka bezwyraźna? Najnowsza City Burials też jakoś musiała trochę się pokisić i dojrzeć, mimo że do wspomnianej nawiązuje dość jednoznacznie nawet okładką. Pierwszy singiel (Behind The Blood) jest wyjątkowo żwawy jak na Katatonię i to dobrze rokowało, więc czemu się nie interesowałem bardziej? Zagadka!

Toollerian, Opethial: Ja: „wyskoczył mi nowy Soen i cały czas mam wrażenie że słucham ballady Opeth”. Brat: „Oni już tak mają, albo kopiują Toola albo Opeth, albo obu naraz :]”. Dobrzy artyści kopiują, wielcy artyści kradną?

Kronika Paranoika za wolnymi mediami

Nie wiem czy blog na WordPressie kwalifikuje się do „polskich” „mediów”, mimo że autor jest bardzo zniesmaczonym Polakiem, przy czym ja nawet nie utrzymuję się z reklam, a poza tym nikt tego nie czyta, no ale halo. Od dawna mnie to fascynuje, że politycy to zawsze znajdą sposób na usprawiedliwienie, że przecież nie chodzi o tą niecną rzecz tylko o tą szczytną i chwalebną rzecz. A użyteczni idioci w to uwierzą. Podstawowe pytanie zawsze było i zawsze będzie: jaka jest intencja danego przepisu/ustawy/etc.? A intencją w tym przypadku ewidentnie jest zamknąć gęby ludziom niewygodnym dla władzy.

No tak, ale to już przecież wiemy, a tymczasem trzeba ***** *** (* ************).

Kilka spostrzeżeń muzycznych gdzie światłość i mrok idą ręka w rękę

Kilka spostrzeżeń muzycznych gdzie światłość i mrok idą ręka w rękę

Doctor Kevelkian, I presume?: Kim oni są? Skąd to się wzięło? Muzycy z Grecji; oprawa graficzna z Polski; tytuł z antycznego Rzymu. Czasem wyskoczy takie coś trochę znikąd, jak Kevel właśnie. Kolejni, którzy chcą wyjść poza sztywne granice gatunkowe (oficjalnie tym gatunkiem jest black metal); z tych, którzy robią to nader skutecznie. Greckie Oranssi Pazuzu?

Nie tylko Sigur Rós: Z czym nam się Islandia kojarzy? Lodowce. Stolica pełna kolorowych, prostokątnych domków ze spadzistym daszkiem. Kraina surowego piękna. Zimny raj. Oraz przenikliwie smutna muzyka. Almyrkvi, które zresztą na początku myślałem że jest kolejnym dziwolągiem z Finlandii, też nie odbiega specjalnie daleko od tego schematu. Jest smutno, ale też ponuro i ciężko. I – śmiem twierdzić – równie pięknie. Czasami ;)

Ciemne lasy są najpiękniejsze: A teraz Polska. To naprawdę dziwne, że tak późno na tych łamach zagościł Lunatic Soul. Niemal dokładnie rok temu donosiłem, że Walking On a Flashlight Beam jest moją ulubioną płytą tego projektu, jednak najnowsze Through Shaded Woods mocno atakuje tą pozycję. Co mnie o tyle dziwi, że jest to podszyta smutkiem, ale mimo to dość skoczna, jeśli nie wręcz pozytywna, muzyka, a ja wszak takiej nie lubię (za bardzo). Jednak coś tam takiego jest, że się chce zagubić w tym ciemnym lesie i nigdy nie wrócić. Niewątpliwie jest to najbardziej dojrzałe dzieło Mariusza Dudy i wielka szkoda, że projekt zmierza ku końcowi. Tak czy siak, długo jeszcze będę powtarzał za pewnym dziennikarzem muzycznym, że „dobrze mieć takiego artystę”…

Koszmarna melino, hej! Redux: Jeszcze tylko krótka notka, że gdyby nie to, że Melinoe zespołu Akhlys wyszło pod koniec grudnia, obwołałbym ją już teraz płytą roku 2021. Nie może być płytą roku 2020, bo ten (nigdy nie ogłoszony) zaszczyt należy do Ulcerate i Stare Into Death and Be Still. Szkoda żeby tak fantastyczny album musiał się zadowolić drugim miejscem, niniejszym więc dekretuję, że rok 2021 zaczął się w grudniu 2020. I pozamiatane :P