Kilka spostrzeżeń muzycznych, zmieszanych, nie wstrząśniętych

Kilka spostrzeżeń muzycznych, zmieszanych, nie wstrząśniętych

Na co tak wściekli są ci Finowie?: Jak Finlandia to Oranssi Pazuzu, c’nie? policzyłem że nazwa ta pojawiła się na niniejszym blogasku jak dotąd dokładnie piętnaście razy. Ich ziomkowie z …And Oceans z kolei mieli mój osobisty #1 na Spotify dwa lata temu. Kolejny fiński cios, Devenial Verdict, to kolejny zespół, który wziął mnie trochę z zaskoczenia, chociaż nie bardzo wiem czym mnie tak ujął, bo w zasadzie wszystkie elementy to klasyka gatunku, może tylko trochę inaczej poukładane. Inna sprawa, że jako że są mało znani, poczuli się zobowiązani dokleić „(Dissonant​/​Atmospheric Death Metal)” do tytułu płyty na Bandcampie, i ja tak opisane coś kupuję niemal w ciemno. A poza tym aż mnie korci, żeby zmienić nazwę blogaska na wziętą od tytułu jednego z utworów: THE CONTEMPTOR.

Nieklawy takt: To jest coś dziwnego. Sześć utworów; puszczam od początku i strasznie mnie to nudzi. Leci tak pierwszy, drugi, trzeci kawałek i już myślę żeby wywalić to ze playlisty, kiedy zaczyna się druga połowa płyty, i przypominam sobie, czemu w ogóle na to zwróciłem uwagę. Niby od początku jest (wikiński) black czyli niby mroczno, ale paradoskalnie robi się mroczniej, i dużo, dużo ciekawiej, właśnie kiedy ten black (częściowo) porzucają. Nie wiem co z tym począć.

A jam (nie?) rozczarowany: Sorki, ale z taką nazwą zespołu to aż się proszą :) I faktycznie. Disillusion, który wbrew nazwie nie disuje naszego rodzimego Illusion, to kolejna rzecz, która mi wpadła w radar premier, i po tym, co mi tam wpadło, całkiem dużo się spodziewałem. I znowu mam mieszane uczucia. Mam wrażenie, że oni nie bardzo się mogą zdecydować, czy łoić, czy słodzić, czy lecieć w prog, a i łączenie tych trzech pierwiastków wychodzi im też jakoś średnio. A poza tym: ja i prog-metal?? A jednak mocno wpada w ucho, zaś Tormento aż chce się nucić.

Z Panzerfaustem na poziomki: I proszę, tegorocznym topowym zespołem w Spotify u mnie okazał się Panzerfaust. Ale stało się tak głównie dzięki oszustwu: ich najnowsza płyta jest trzecią częścią trylogii (a może serii?), więc lubię sobie posłuchać wszystkich trzech razem. I tak to zespołowi wpadło trzy razy więcej odsłuchań. Ale nie powiem, że nie zasłużyli, bo za każdym przesłuchaniem podoba mi się bardziej. Ulubiony utwór zaś, według Spotify, to Kenosis z płyty All That Was Promised zespołu Hath. Płyta jako całość jakoś wypadła mi drugim uchem, ale wspomniany kawałek całkiem fajnie, hm, buja, i lubiłem sobie go czasem puścić jak miałem chwilę czasu, żeby tą chwilę zapełnić czymś rajcownym. Ale nie zdawałem sobie sprawy, że robiłem to tak często :) A poza tym standard: post-doom metal, technical death metal, metal alternatywny, melodyjny metalcore, oraz… voidgaze. Bo, jak mawiał filozof, kiedy spoglądasz w otchłań, otchłań spogląda w ciebie…

P.S.: Ponoć przez rok udało mi się słuchać 887 wykonawców… A to pewnie dzięki radarowi premier, gdzie jednak wpadnie mi w ucho może parę procent z nich. Ale liczba robi wrażenie.

Bo życie (i umieranie) to sztuka wyborów

Każdy kiedyś umrze, to jest jasne. Nie zawsze natomiast jest jasne jak. I przeważnie nie mamy na to większego wpływu.

Ja mam.

Dojeżdżanie do pracy rowerem ma dwa przeciwstawne skutki dla mojego zdrowia:

  • Zmniejsza ryzyko, że nagle zejdę na zawał
  • Zwiększa ryzyko, że powoli i w męczarniach zejdę na raka płuc

Która z tych tendencji wygra?

Słuchajcie, nie jestem Greta Thunberg, nie nalegam by się oddać bez reszty sprawie zmian klimatu. Wystarczy mi że ktoś przestanie chować głowę w piasek i się rozejrzy; może dostrzeże, że to, co przywykliśmy uważać za coś normalnego, wcale normalne nie jest. Wystarczą względy zupełnie praktyczne: dobrostan nasz i naszych dzieci cierpi przez naszą krótkowzroczność i niechęć do zmian. Najlepiej to ilustruje komiks z 2009 roku (!), w którym uczestnik konferencji klimatycznej obrusza się i mówi: „A co jeśli to wszystko to jedna wielka ściema i zbudujemy lepszy świat zupełnie niepotrzebnie?”.

Don’t be that guy.

A ja póki co wybieram raka płuc.

Enola Holmes 2: wrażenia (czyli: dlaczego warto zobaczyć nawet jeśli się jest facetem po czterdziestce)

Właśnie skasowałem kilka akapitów, bo się zorientowałem, że w zasadzie to samo napisałem przy okazji „recenzji” pierwszego filmu z tej serii (a że będzie to seria, i to pewnie całkiem długa, raczej nie ma żadnych wątpliwości, jeśli się widziało końcówkę). Ogólnie rzecz ujmując, film kontynuuje dzieło demitologizacji i odczarowywania epoki wiktoriańskiej – chociaż tym razem główny akcent jest położony nieco gdzie indziej. Zamiast (czy raczej: oprócz) epatowania nędzą codziennej egzystencji typowego mieszkańca Londynu w tamtych czasach, mamy lekcję historii ruchów robotniczych. Z drugiej strony nadal jest to też wyrównywanie niesprawiedliwych proporcji płciowych i rasowych w popkulturze. Dziewczyny też potrzebują bohaterek, z którymi mogą się utożsamiać, i potrzebują ich więcej!

Co do tego ostatniego, to w tym filmie jest dużo więcej Sherlocka, i twórcy mocno ryzykowali, że będzie go za dużo względem, bądź co bądź, głównej bohaterki. W pierwszym filmie praktycznie sprowadzał się do uosobienia patriarchatu – na swoją siostrę patrzył raczej jak na kłopotliwy i niesforny balast, a poza tym był tak bezużyteczny, że można było odnieść wrażenie, że ten jego rzekomy geniusz to tylko dobry PR i umiejętne wykorzystywanie swojego męskiego przywileju. Tym razem jednak dostajemy solidną dawkę ciężkiego główkowania oraz spontanicznej dedukcji „na gorąco” – czyli, no, po prostu Sherlocka. (Swoją drogą, zostaje nam pokazane, że Sherlock faktycznie musi się srogo napracować – nie jest to wcale takie beztroskie, jak sugerują inne wersje tej postaci.) I muszę powiedzieć, że Henry Cavill jest wyjątkowo przekonujący w tej roli. Może bycie bucem dogłębnie przećwiczył na planie Wiedźmina?

A poza tym: Lestrade jest pochodzenia indyjskiego, podobnie zresztą jak Watson (tylko skąd oni mają te nazwiska?), czyli dekonstrukcja popkulturowych stereotypów pełną parą. Ten pierwszy, poza tym, że nie jest takim nieogarem, jak się go zazwyczaj przedstawia, pełni raczej funkcję świadka, który na to, co się przed nim wyprawia, spogląda ze stoickim spokojem i mieszanką niedowierzania i fascynacji. A Watsona widzimy przez jakieś dwie minuty. Tylko tyle i aż tyle, bo z jednej strony jest to jasny komunikat, że filmów będzie więcej, a z drugiej ewidentne wtykanie kija w mrowisko. Brązowy Watson! Czerwona płachta na internetowe trolle, jak nic.

No i, na końcu, Moriarty. Nie będę spojlować, powiem tylko, że nie jest to złol „bo tak”, tylko faktycznie ma racjonalną podbudowę motywacyjną. No, przynajmniej wpisującą się w dydaktyczny ton całego filmu. Ale poza tym relację z Sherlockiem ma zupełnie klasyczną, zobaczymy czy zostanie ona rozszerzona też na, bądź co bądź, główną bohaterkę. (Oby to „bądź co bądź” nie stało się refrenem…)

W ostatecznym rozrachunku odnoszę wrażenie, że to może być najciekawsza wersja „uniwersum” Sherlocka Holmesa z tych, które ostatnio się ukazały. Film obejrzałem sobie w sumie z ciekawości i dla rozrywki, a tymczasem dostałem pożywkę dla myśli… Nie powiem, żebym akurat tego się spodziewał. I chyba czekam na więcej?

Kilka spostrzeżeń muzycznych bo się pochorowałem i miałem dużo czasu na słuchanie, kontemplowanie i deliberowanie, z czego wyszło raczej bajanie

Kilka spostrzeżeń muzycznych bo się pochorowałem i miałem dużo czasu na słuchanie, kontemplowanie i deliberowanie, z czego wyszło raczej bajanie

Dobitnie i na temat: Niedawno w pracy mieliśmy zlot pracowników z całego świata w naszym polskim biurze (nota bene, był to istotny przyczynek do tego, że się pochorowałem). Pierwszego dnia odbyła się sesja „meet and greet”, głównie z członkami oddziału, który do niedawna był osobną firmą, którą nasza firma kupiła (swoją drogą mam wrażenie, że nie powinienem był na niej być – kiedy zapytałem kierownika, co to za zgromadzenie, powiedział „wchodź, wchodź!”, po czym sam się gdzieś ulotnił). Ktoś rzucił pomysł, by każdy po kolei się przedstawił i powiedział coś osobistego, na przykład „jaka jest twoja ulubiona piosenka”. Oho! To niebezpieczne pytać mnie o takie rzeczy, bo wiadomo, że ja to mógłbym godzinami perorować na temat setek swoich ulubionych piosenek. Bo ja nie mam jednej, tylko mniej więcej co tydzień nową. Więc kiedy przyszła moja kolej, przedstawiłem utwór, który akurat tego dnia (tygodnia?) uporczywie mi chodził po głowie, czyli Our Failing Species z albumu Dystopia holenderskiego zespołu Teethgrinder. Muzycznie to bardzo „przyjemny” deathcore, tematycznie zaś wpisuje się w nurt ekometalu, czy jak to nazwać. Czy to nie o tym powinni śpiewać doommetalowcy, że jesteśmy doomed? Ale oni to chyba coś innego akurat mają na myśli, więc odpowiedzialność za nadchodzącą katastrofę klimatyczną spada na śmierćmetalowców. To chyba bardziej w obrębie ich prerogatyw. (BTW: Jeden z obecnych „przyznał się” do black metalu – „nie znacie tego zespołu”, powiedział, i faktycznie nie znałem – inny zaś zachwycał się The Hu. Poza tym same nudy, typu Sting czy U2.)

Hatenought: Uwielbiam metal między innymi za jego wszechstronność i różnorodność. To niezwykle pojemny gatunek, a do tego pokusiłbym się o stwierdzenie, że obecnie najbardziej innowacyjny w muzyce. Jest w nim miejsce dla wszystkich tych ryków, warków, rzygów, skrzeczenia i wrzasków, którymi zazwyczaj tutaj się podniecam; ale jest też miejsce dla Nightwishów i Linkin Parków tego świata, jest miejsce dla Sleep Token i Vola, zdecydowanie jest miejsce dla Frayle i Oceans of Slumber, jest nawet miejsce dla Electric Callboy (oni to popularnością pewnie przebijają wszystkie pozostałe razem wzięte), oraz innych przedstawicieli tzw. „debilcore’u”. No i jest też miejsce dla Dreadnought. Może nie wszystko tam trybi idealnie, ale tak wysokiego i tak „koronkowego” kobiecego śpiewu pewnie nigdzie indziej nie usłyszycie.

Imperial Triumphant i ja: Na tegorocznym Mystic Festival ktoś przyuważył moją koszulkę Oranssi Pazuzu. Pogadaliśmy trochę, i na końcu on stwierdził, że skoro lubię takie rzeczy, to powinienem się zainteresować Imperial Triumphant, którzy mieli wystąpić ostatniego dnia festiwalu. Wówczas nazwę kojarzyłem tylko bardzo ze słyszenia; ale rekomendację zapamiętałem. Niestety, ich występ przypadł wciśnięty, na jednej z mniejszych scen, pomiędzy bodajże Sólstafir i główną gwiazdą. I to nie to, że się śpieszyłem pod główną scenę – wręcz przeciwnie, bardzo się raczej śpieszyłem, żeby właśnie nie usłyszeć Mercyful Fate nawet z daleka ;) Więc wpadłem dosłownie na pięć minut zobaczyć kto zacz na tej mniejszej scenie, a nuż będzie warto zostać na dłużej (to jest właśnie fajne w festiwalach – czasem wparujesz gdzieś w ciemno i doznajesz bardzo pozytywnego zaskoczenia). Posłuchałem trochę i stwierdziłem: „nie dzisiaj”. W sensie, że jestem zbyt zmęczony, żeby próbować to ogarnąć. Ostatni dzień, około północy, pociągi powrotne jeżdżą co godzinę, i w ogóle. I na tym pewnie by się skończyło. Ale minęło trochę czasu. Podekscytowany znajomy podsyła mi teledysk, nie mówiąc czyj – ale mówiąc, że gościnnie występuje Kenny G. („Tak, ten Kenny G.!”). Otwieram, a to oni! Tym razem oczywiście wsłuchałem się dokładniej, no i coś w tym jest. Jeszcze dokładnie nie wiem co, ale – jak to się mówi – badania trwają ;)

Żebym to ja musiał się dowiadywać o swoim dziadku z Wikipedii…

Mniej więcej pół roku temu dowiedziałem się, że na Wikipedii jest strona poświęcona mojemu dziadkowi. Nie jest szczególnie obfita, bo i zasługi dziadka nie są szczególnie obfite. Ale wystarczająco, by przeskoczyć wymagania dotyczące „notability”.

Nie jestem ani pierwszą, ani ostatnią osobą, której krewni znajdują się w tej skarbnicy wiedzy ludzkości, ale pośród nich pewnie jestem jednym z niewielu, którzy dowiedzieli się z niej dużo nowego, i to pomimo relatywnej skąpości informacji.

Że był profesorem, to wiedziałem, ale nie że w Łodzi. Że zajmował się kolejnictwem, to wiedziałem, ale nie że był autorytetem w dziedzinie parowozów (napisał trzy podręczniki! Był przed wojną konsultantem w słynnych zakładach Cegielskiego!). Legenda głosi, że był (współ?)projektantem podwozia do nieśmiertelnej serii EN57, które jeździły, i od 60 lat nadal jeżdżą po całej Polsce, co poniekąd zgadza się z twierdzeniem mojego ojca, że pracował nad „wózkami wagonów”. Jedyne co mam na potwierdzenie czegokolwiek to widziany przelotnie schemat lokomotywy w jego papierach tuż po jego śmierci (tylko że, dobrze to pamiętam, była to lokomotywa elektryczna, a nie parowóz). No i tą stronę na Wikipedii.

Dzisiaj byliśmy z ojcem (i jego siostrą) na grobie dziadka. I tak sobie właśnie rozmawialiśmy, że nikt tak naprawdę nie wie co dziadek robił w pracy. Był ponoć bardzo skromny i nigdy się nie chwalił. Ale może całe to gadanie o pociągach to tak naprawdę tylko przykrywka, a w rzeczywistości prowadził supertajny projekt, bo ja wiem, broni jądrowej czy coś?

A któż to może wiedzieć?

[Ten wieniec od Politechniki Warszawskiej, który się niezawodnie rok w rok pojawia na jego grobie, to pewnie też ściema!]

Rozerwanie: wrażenia

Taka sytuacja: szefostwo mówi nam, żebyśmy mieli zdrowy „work-life balance”, chociaż cholera wie czy rzeczywiście się o nas troszczą czy tylko odhaczają kolejny punkt na „wellness checklist”. A co by było gdyby można było to zapewnić za pomocą technologii?

„Rozerwanie” (oryginalny tytuł „Severance” to gra słów z korpo-mową na wywalenie z pracy) stara się odpowiedzieć na to pytanie zgodnie ze starą tradycją science fiction, które od zawsze pyta „co by było gdyby?”. I jeśli słyszeliście jakieś zachwyty nad tym serialem, oznajmiam wszem i wobec, że były jak najbardziej zasłużone.

Głównym bohaterem jest Mark S., i już na etapie samego imienia mamy uprzedmiotowienie pracownika, który dla korpo jest wyłącznie zasobem ludzkim. Następnie: praca, która nie ma sensu, ale szefostwo starannie pilnuje wypełnienia miesięcznych kwot. Służbiści, którzy wszystko robią wedle podręcznika. Nagroda za dobre wyniki – infantylizujące „benefity”. Konformiści, którzy są skłonni zrobić różne szachrajstwa dla owych benefitów, żeby choćby przez chwilę być ponad innymi. A za złe wyniki albo zajście za skórę szefostwu…

I tu się tak naprawdę zaczyna robić ciekawie. Bo wszystko co wymieniłem wcześniej to chleb powszedni każdego, kto trochę czasu przepracował w korpo. Tylko że tutaj mamy do czynienia z ludźmi, którzy nic nie pamiętają z tego, co się działo w pracy.

Dawniej narzekałem na seriale, które koniecznie muszą wpleść jakąś sensację, zamiast normalnie eksplorować konsekwencje swojego „gdyby”. W tym przypadku też na początku trochę kręciłem nosem, że korpo, które w naszym życiu trochę jednak żartobliwie mówimy że to zło, tutaj wydaje się być autentycznie złem. Ale jak się nad tym zastanowić… Pracownik, który nie zna (swojego) życia poza pracą, nie ma żadnej instancji odwoławczej od decyzji szefostwa, toż to przepis na bezkarność. A poczucie bezkarności to prosta droga do nadużyć. Nie jest co prawda jasne, czy ta praca, którą tam wykonują, ma jakiś praktyczny sens, a złe traktowanie to skutek uboczny tego, że korporacje mają efektywnie osobowość psychopatyczną, czy też może jest to wszystko częścią okrutnego eksperymentu. Ale to nie istotne. Skutek jest taki sam jak w czasach, kiedy nie istniały prawa pracownicze.

Nie jest to powiedziane wprost, ale po numerach rejestracyjnych można poznać, że rzecz się dzieje w Kalifornii, czyli w krainie, gdzie najmocniej zakorzeniła się koncepcja, że każdy problem można rozwiązać za pomocą technologii. Serial zdaje się być (kolejnym) komentarzem w debacie na temat tego, że giganty technologiczne może trochę z tym przesadzają. Technologia rozerwania co prawda nie ma oczywistego wpływu na życie ludzi poza korporacją, ale odpowiedzialność społeczna dotyczy tutaj czegoś innego, i większość komentatorów zwraca większą uwagę na ten właśnie aspekt.

Chodzi mianowicie o to, że jeśli taki człowiek „na zewnątrz” zdecyduje się odejść z pracy, to jego odpowiednik/czka „wewnątrz” po prostu… umiera. Pewnego dnia wsiada do windy na górę i nigdy z niej nie wychodzi – nawet nie wiedząc że to jego/jej ostatnie chwile. Jedna z bohaterek mówi w momencie przypływu szczerości, że „jej życie trwało 107 godzin” (jeśli dobrze pamiętam; konkretna liczba nie jest istotna). Była „budzona” tylko w razie konieczności, a teraz jej stanowisko zostało oddane komuś innemu, więc…

To daje mocno do myślenia. I serial bardzo inteligentnie podchodzi do tego tematu. Jestem pod wrażeniem.

(Aktorzy i aktorki też się świetnie spisali – płynna zamiana w kogoś prawie ale nie całkiem zupełnie innego niż dotychczas to nie jest prosta sztuczka. Patrz też: Odpowiednik.)

Kilka spostrzeżeń muzycznych kiedy jesień chyba jednak decyduje się raczej być szara niż złota

Kilka spostrzeżeń muzycznych kiedy jesień chyba jednak decyduje się raczej być szara niż złota

Bosz, jak ja uwielbiam blasty Redux: No dobrze, może jednak parę słów więcej niż jedna emojka. Bo w sumie to co w tym nadzwyczajnego? Łomot i wrzaski jak wszędzie. Blasty niby też – ale posłuchajcie tego werbla. Nigdzie chyba nie słyszałem takiego pogłosu (może ew. na St. Anger, gdzie jednak z kolei był przesadzony do przesady). Fajnie też, że poszczególne utwory czymś się od siebie różnią ;) A zwalisty wokalista ma swoistą charyzmę. Omophagia, szwajcarsko-brazyljski twór, który (niespodzianka!) nagrywa w polskim Hertz studio (jako jego credentials podając Behemotha, Decapitated i Hate – czy jest lepsze testimonial dla naszej metalowej sceny?).

In Stasis przez pół roku: Monuments znam i lubię od czasu The Amanuensis, potem polubiłem (może nawet jeszcze bardziej) ich poprzednią płytę. Następną nieco skrytykowałem za pospolitość, w sumie nie jestem już teraz pewien czy słusznie. Najnowszą zaś zatrybiłem z niemal półrocznym poślizgiem. Być może to jest taka muzyka, która wsiąka powoli, bo po pierwszych przesłuchaniach zdaje się o płycie zapomniałem. Teraz przyglądam się uważniej i jest nieźle. Rewolucji nie ma, grają typowo monumentsowo i… byłem zaskoczony, kiedy się dowiedziałem, że już dobre kilka lat temu wymienili wokalistę. Bo brzmi dokładnie tak samo jak ten poprzedni :) Może po prostu wszyscy Angole śpiewają tak samo? A w ogóle to kupili mnie teledyskiem do False Providence – z jednej strony to tak jakby bardziej wysokobudżetowa wersja From Heaven Into the Mire naszego rodzimego Symbolical, a z drugiej chyba ilustracja wiekopomnych słów (również naszej rodzimej) Dody, o które miała proces ;)

The Raging Cult Redux: Od czasu The Raging River Cult of Luna zdążyli wydać kolejnego pełnograja. Pełnograj zarówno następny jak i poprzedni są bardzo dobre, ale to do tej właśnie EP-ki jakoś najbardziej mnie ciągnie. Do, jak to wówczas ująłem, „nosowalenia”. Cóż powiedzieć, gniew to jest po prostu to, co autorzy kroniki paranoiki lubią najbardziej w muzyce…

Kilka spostrzeżeń muzycznych kiedy jesień nie może się zdecydować czy ma być złota polska czy szara polska

Kilka spostrzeżeń muzycznych kiedy jesień nie może się zdecydować czy ma być złota polska czy szara polska

Wake’y wake’y Wake: Wake ewoluuje. Dojrzewa, wręcz. Poprzednio nie wszystkie ich dokonania do mnie docierały, aczkolwiek Misery Rites to była całkiem miła jazda bez trzymanki. Teraz też mamy jazda i do przodu, ale momentami jest… ładnie. Do tego stopnia, że – a mówię to wyjątkowo rzadko – przyjęty przez ich model wokalu przestaje momentami pasować do muzyki.

Czy to naprawdę porzucenie?: Niegdyś okrzyknąłem Soilwork „współczesnymi mistrzami refrenu” i… to się nie zmieniło. Natomiast dzisiaj słyszę że coraz bardziej zespół zlewa się z The Night Flight Orchestra (alter ego wokalisty i gitarzysty) i mam ochotę zapytać: czy współczesny Soilwork na Övergivenheten to najlepszy zespół pop-metalowy? I żeby nie było: to nie jest krytyka! Na najnowszej płycie jest mnóstwo dobra. Poprzednia była jakaś taka nijaka, do tego stopnia, że kompletnie zapomniałem o jej istnieniu (nawet poprzedzająca ją składanka B-side’ów wypada dużo ciekawiej), a tu zaś zaliczyłem już co najmniej jeden solidny earworm. I jaka przepiękna okładka…

Dla stęsknionych za Dillingerem?: Po rozwiązaniu The Dillinger Escape Plan Greg Puciato robi co chce, a chce niekoniecznie darcie mordy do hardcore’u. Billy Rymer, bębniarz owego zespołu, pod szyldem Thoughtcrimes też robi co chce, a najwyraźniej chce nadal robić niekontrolowany hałas.

Bosz, jak ja uwielbiam blasty: 🤷‍♂️

Wariactwo 2022: raport

Dwa tygodnie minęły od powrotu, więc chyba czas jakoś podsumować tegoroczny wakacyjny wyjazd. Podsumowanie w zasadzie powinno być podwójne, wszak miałem wziąć szlak Green Velo „na trzy” i to było to „trzy”. Innymi słowy – szlak skończony. Przejechane, dokonane, finito.

Główna refleksja z tym związana jest taka, że… chyba dopiero w tym roku do mnie dotarło, że te wszystkie szlaki są „tylko sugestią”. Jadąc na wyjazd można się nimi inspirować, zakładając, że projektanci poprowadzili je przez okolice, które warto zobaczyć (i/lub przejechać, jedno nie musi wynikać z drugiego), ale jeśli coś innego mnie kręci, to mam pełne prawo pojechać gdzie indziej, lub jakoś inaczej. Oczywista oczywistość chyba dla każdego, prawda? :) No dobra, nie jestem aż taki drętwy, bo przy okazji „mniejszych” wyjazdów często zdarza(ło) mi się „wskoczyć” na jakiś szlak, który akurat jest w okolicy, którą sobie obrałem, i nie trzymam się ich aż tak dosłownie. Ale w tym przypadku sobie postawiłem zadanie, i zadanie wykonałem co do joty. Taki już jestem. Czy „sumienny” czy „nieelastyczny” to już czytelnik sam sobie dopowie.

No dobra, ale jak było?

W trakcie – dość różnie. Zaczynam mieć pewne wątpliwości co do formuły „100 km dziennie”. Tak, w praktyce, i to już dwa lata temu, ustaliłem, że takim optymalnym dystansem dziennym jest raczej 70 km – dzięki temu można totalnie bez spiny i modlenia się do licznika kilometrów sobie pojeździć, tu przystanąć, tam pozwiedzać, i dojechać na miejsce nie za wcześnie, nie za późno. Praktyczne kwestie, głównie noclegowe, jednak stanowią pewną przeszkodę do takiego idealnego rozparcelowania trasy.

Akurat jeśli chodzi o noclegi to potencjalnym rozwiązaniem jest jeździć z namiotem i rozbijać się z nim bardziej na zasadzie „kiedy” mi wypada a nie „gdzie” mi wypada. To by też było rozwiązanie problemu typu „ma dziś cały dzień lać a mam 120 km do przejechania”. Jeśli nie mam noclegu zarezerwowanego już od miesiąca, to nigdzie nie „muszę” dojechać – mogę sobie na przykład przebumelować w namiocie i gapić się cały dzień na deszcz. Da się? Da się!

Ale wszystko ma swoje plusy i minusy. W moim przypadku dosyć zależało mi na poznaniu miast, jakie miałem po drodze, i to też jest poważny czynnik „usztywniający” harmonogram. Bo chyba to dość oczywiste, że kolejne miasta zdecydowanie nie będą w odległości 70 km od siebie. I stąd np. odcinek 100 km między Leżajskiem a Sandomierzem, i 120 km między Sandomierzem a Kielcami. Poza tym starzeję się i jednak prysznic i wygodne łóżko przedstawiają sobą bardzo atrakcyjną wartość. Ale może kiedyś…

Na szczęście też uczę się patrzeć na coś więcej niż sam dystans. „Jakość” trasy też ma znaczenie. Rok temu, w Biłgoraju, pewna rowerowa para mnie straszyła, że na podkarpackim odcinku są „takie szutry”, że z moim rowerem mogę zapomnieć. Okazało się, że nic z tych rzeczy – większość trasy prowadzi albo po zwykłych szosach, albo została wyasfaltowana jakoś w ostatnich latach. Wychodzi wręcz, że te szutrowe odcinki są właśnie tymi najbardziej wyczekiwanymi – na nich czuć, że się jedzie, a nie wykręca kolejne nudne kilometry po nudnej, gładkiej nawierzchni. Oczywiście przejechać wszystkiego po szutrach też by się nie chciało – pewna doza „nudy” też jest jak najbardziej wskazana.

Ale w kwestii „jakości” bardziej istotne są nachylenia na trasie. Spodziewałem się ich, więc to mnie wyczuliło, żeby jednak uważać trochę przy planowaniu. W praktyce tylko odcinek między Przemyślem a Rzeszowem okazał się „hardkorowy”, w sensie, że tylko tam projektanci uznali za stosowne pokazać jak wygląda „prawdziwy” odcinek górski. (Pewnie wcale nie jest taki prawdziwy, po prostu było sporo stromych podjazdów.) On mnie jednak trochę wymęczył, ale potem miałem wrażenie, że wyszedłem z niego silniejszy – w sensie dosłownym, nie jako szumna metafora.

To mnie sprowadza do osobliwego odkrycia, które można nazwać „efektem 80. kilometra”. Jest to takie dziwne zjawisko, polegające na tym, że po rzeczonym 80. kilometrze mam więcej pary w nogach niż na wcześniejszych. Wydaje się nielogiczne – powinienem być przecież coraz bardziej zmęczony, nie? Ale właśnie nie, w pewnym momencie jest jakby ktoś nacisnął przycisk „turbo”. Zmęcznie, owszem, jest, ale bardziej psychiczne niż fizyczne. Myślę sobie „bosz, trzeba tutaj wdepnąć, nie chce mi się już”, po czym wdeptuję i jadę jak wicher. Aż tyle czasu zajmuje mi rozgrzewka? Może gdybym nie był takim amatorem to bym wiedzał z czego to wynika :)

Zresztą znużenie jest najpoważniejszym argumentem za tym, żeby nie planować zbyt długich odcinków. To ma być frajda, czyż nie? Tymczasem powyżej pewnego dystansu zaczyna się jednak mieć dość. Ale może wystarczy częściej przystawać, nie wiem. Najgorzej jest, kiedy wiem, że mam dużo do przejechania i odliczam „20 km za mną, czyli jeszcze pięć razy tyle”. Muszę sobie wtedy przypominać, żeby cieszyć się jazdą, a im więcej jazdy tym więcej cieszenia się ;) No i trochę inaczej to wygląda, kiedy się jedzie tak dzień w dzień, a inaczej kiedy to jest jednorazowa rzecz w weekend.

Ale nie ma tego złego, bo im trudniejszy odcinek, tym większa satysfakcja, kiedy się w końcu dojedzie. Tak że mimo wszystkich tych komplikacji, i tak było super!

No i oczywiście, tak jak dwa lata temu i w zeszłym roku, prowadziłem „fotoreportaż” na bieżąco na instagramie. Poniżej tradycyjnie zbiórka wszystkich wpisów.

Dzień 0.: rozbiegówka przez Lublin i Zamość, z lądowaniem w Zwierzyńcu

Dzień 1.: Wypad z i spacerowanie po Zwierzyńcu

Dzień 2.: dzień lenia w Zwierzyńcu kompletnie na nogach

Dzień 3.: Zwierzyniec – Horyniec-Zdrój

Dzień 4.: Horyniec-Zdrój – Przemyśl

Dzień 5.: Twierdza Przemyśl

Dzień 6.: Przemyśl – Sielnica

Dzień 7.: Sielnica – Rzeszów

(Technicznie rzecz biorąc powyższy wpis został umieszczony następnego dnia, ale ilustruje trasę z dnia 7.)

Dzień 8.: Rzeszów – Leżajsk

Dzień 9.: Leżajsk – Sandomierz

Dzień 10.: Szlak do Gór Pieprzowych

Dzień 11.: Sandomierz – Kielce

Dzień 12.: Kamieniołomy w Kielcach i nie tylko

Dzień 13.: Kielce – Końskie

Dzień 14. (bonus 1): Końskie – Skałki pod Niekłaniem – Szydłowiec – Radom

Dzień 15. (bonus 2): Radom – Warka

Kilka spostrzeżeń muzycznych na wakacyjnym mega luzie

Kilka spostrzeżeń muzycznych na wakacyjnym mega luzie

Puciacki do przodu!: Pierwsza solowa płyta Grega Puciato brzmiała jak zbieranina pomysłów, których nie mógł wykorzystań nigdzie indziej. Rozwiązanie The Dillinger Escape Plan dało mu w końcu czas, żeby to wygrzebać z szuflady, nagrać i wydać. I teraz, kiedy ma to z głowy, może podejść do sprawy bardziej… z głową. Drugi album brzmi już jak przemyślane, kompletne dzieło. I dobrze, bo Grzesiu też rozwinął skrzydła i wyrasta na jednego z najważniejszych muzyków (nie tylko wokalistów) dzisiejszych czasów. Śpiewa dla Carpenter Brut, jeździ w trasy z Jerrym Cantrellem, itepe itede; sam zresztą sprasza gości. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że ta płyta pokazuje jak bardzo Dillinger go ograniczał.

Czemu właściwie to mi wpadło w ucho?: Ani to specjalnie hałaśliwe, ani nie ma tam (tak dużo) darcia mordy… Owszem, są dość techniczne motywy gitarowe i solówki, ale nie jest to muzyka riffowa. Tech-prog? Ale przecież mam uczulenie na prog. Moja teoria robocza jest taka, że przypomina mi to czasy, kiedy jako nastolatek jarałem się Queensrÿche

A skoro mowa o Queensryche…: Niedawno jakoś pomyślałem sobie co bym chciał, żeby grano na moim pogrzebie (może to jakieś odległe echo tego, że gdzieś na insta na czyjeś pytanie opisałem moją „fantazję”, żeby na moim ślubie zamiast marsza weselnego zagrano Shed Meszugi). Cemetery Gates Pantery jest zbyt oczywiste, zresztą do mnie niezbyt pasuje (wystarczy, że dostały się Dimebagowi). I tak jakoś przyszło mi do głowy…. Promised Land. Hm, tak. To by było dużo bardziej ja.