Stosy trupów na mojej podłodze

Przyznam się, że piszę ten wpis głównie ze względu na tytuł, bo o czym tu tak właściwie pisać? No leżą stosy trupów na mojej podłodze. Siedzę przy komputerze pod oknem stropowym, mieszkam niedaleko fosy dawnego carskiego fortu, to i przybywają wieczorami z mroku. A ja klaszczę, i klaszczę, jakby to było przemówienie pierwszego sekretarza KC; trupów przybywa a ja się zastanawiam: czy to komary stały się głupsze że się tak łatwo dają, czy to ja ewoluowałem w maszynę do zabijania o laserowym wzroku i nieludzkiej koordynacji? Bo zdaje się że dawniej było z tym dużo trudniej: bzyczało to, człowiek się zamachiwał, bzyczenie wracało po minucie i tak w koło Macieju…

Reklamy

Meshuggah w Progresji: wrażenia, czyli miłość w metrum 5/6 ❤

Powiedzmy to na wstępie i bez ogródek: stojąc/podskakując/pogując tam pod sceną nabierałem niepodważalnego, niezachwianego i twardego jak skała przekonania, że Meshuggah to najlepszy, największy i najważniejszy zespół przełomu tysiącleci. Jeśli ktoś tego do tej pory nie wiedział, to teraz już dzięki mnie wie. O!

Ja naprawdę przez bardzo długi czas myślałem, że to taka muzyka „kanapowa”, że się słucha tego siedząc na kanapie z metronomem i kalkulatorem. Uwielbiałem ją, ale nie podejrzewałbym jakiegoś wielkiego szaleństwa na koncercie (dodam, że już raz ich widziałem, jakieś 10 lat temu, gdy byli na trasie z The Dillinger Escape Plan). Ale już od pierwszych dźwięków było jasne, że tego wieczora nie będzie jeńców. Tłum ruszył w pogo od samego początku i żadne połamane rytmy nikomu nie przeszkadzały. Przed każdym utworem rozlegało się głośne skandowanie: Me-shug-gah!! Me-shug-gah!! A ja skandowałem z nimi.

Nie wiem jak to zrobili, że zagrali właściwie wszystkie moje ulubione kawałki. Może po prostu moje ulubione są najlepsze? ;) No, zabrakło mi tylko Corridor of Chameleons. Gdyby to zagrali, to by była totalna miazga. Zresztą nie zagrali nic starszego niż Nothing. A szkoda, bo w tym najwcześniejszym okresie też mieli niezłe wymiatacze. Ta płyta (nadal moja ulubiona!) zresztą miała dość silną reprezentację; przy Rational Gaze był największy młyn, Straws Pulled At Random zagrali na bis i też był to istny huragan. Równie popularny był (już klasyczny) obZen z nieśmiertelnym Bleed (niszczycielem perkusistów) na czele i drugim największym młynem przy Pravus.

Ostatnimi czasy trochę (ale tylko odrobinkę!) kręciłem nosem na to, że od paru płyt Meshuggah jakby zarzucili poszukiwania nowych odcieni szaleństwa. Koloss i The Violent Sleep of Reason to bardzo porządne płyty, ale jednak dość zachowawcze. Zespół znalazł swoją niszę (po okresie niezbyt udanych poszukiwań) i w sumie nie można im mieć nic za złe. Z drugiej strony wygląda na to, że panowie bardzo uważnie przestudiowali (z metronomem i kalkulatorem, być może nawet na kanapie?) co się sprawdza na koncertach, a co nie, i efekt jest spektakularny. Tylko nie do końca to słychać na płytach. Chociaż próbowali! (Ostatnia wszak była nagrana „na setkę”.)

Największą wadą tego koncertu było to, że skończył się zdecydowanie za wcześnie. Na szczęście (chociaż to jak kto woli) odbywał się w formule „dużo grania mało gadania”, jak mawia pewien prezenter radiowy. Podobnie zresztą jak występ Decapitated, którzy grali jako pierwsi. Ci zawsze urywają łeb, ale może to wrażenie z występu gwiazdy, a może faktycznie byli trochę nie w formie, tym razem jednak było jakby z nieco mniejszą mocą.

Na koniec zostawiam was z czymś ładniejszym i spokojniejszym: Meshuggah na flet ;)


P.S. Mały akcent humorystyczny nastąpił gdy pewien Ukrainiec (chyba) próbował mnie zapytać „що вони кричать?” kiedy w pewnym momencie tłum dla odmiany skandował „na-pier-da-lać!” :) Ale byłem zbyt skołowany żeby od razu skojarzyć o co mu chodzi, zresztą i tak nie umiałbym przetłumaczyć ;)

Kilka spostrzeżeń muzycznych na gorąco (znaczy na upalnym początku lata)

Cosmic Sludge: Ta płyta mi przypomniała że od dawna nie słuchałem porządnego sludge’u. To jest porządny sludge. Tylko o tyle nietypowy, że tempa są czasem szybsze od kanonu, a utwory nie ciągną się jak rzeka-ściek. Jest krótko, konkretnie i z mazistym przytupem. Czyli tak jak lubię przemysłowy szlam ;)

Geometria geografii ludów ugrofińskich: Co jest z tymi Ugrofinami? Z jednej strony Oranssi Pazuzu w Finlandii śpiewający po fińsku, a z drugiej Thy Catafalque na Węgrzech śpiewający po węgiersku. Oba zespoły zaczynały od black metalu, a skończyły gdzieś na awangardzie. A że mózg lubi widzieć powiązania, jestem przekonany że to nie jest przypadek ;) Thy Catafalque nie porywa mnie (jak na razie) tak jak Oranssi Pazuzu, ale na pewno warto ich znać. Czasem zaśpiewają ładnie, czasem chlusną szlamem, a generalnie jest ciekawie.

Where Owls Know My Taste: Lubię kiedy zespół kombinuje. Ale nie lubię kiedy kombinowanie kończy się przerostem formy nad treścią. Klasycznym przykładem dla mnie są wcześniejsze dokonania Between the Buried and Me (ostatnio podobno bardziej „spiosenkowieli” – coś tam słyszałem, ale się nie interesowałem). Dużo połamańców, zmian tempa, zmian metrum, a nic się ze sobą nie klei. Nota bene podobnie nie lubię kiedy „eklektyzm” w muzyce polega na tym, że tu trochę takiego stylu, tu trochę siakiego, a wszystko wrzucone do jednego gara bez pomysłu jak je sensownie połączyć w spójną całość. Rivers of Nihil balansują tutaj na krawędzi. Generalnie jest dużo porządnego grania takiego jak lubię – tu trochę przygrzeją technicznie, tam machną mulisty pejzaż – ale są też momenty kiedy zapytuję „ale… po co?”.

„Śmierć Stalina”: wrażenia

To jest dziwny film. Niby komedia, ale śmiertelnie poważny. Więcej: śmiertelnie poważny. Taka „poważna komedia”. Bo jak inaczej, niż śmiertelnie poważną, można określić historię, której jednym z bohaterów jest Ławrientij Beria? I Chruszczow? I sam Stalin? A jak inaczej niż po prostu komicznymi, można nazwać mechanizmy władzy totalitarnej? W sumie nie zdziwię się jeśli ktoś uzna, że to trochę się nie spina, ale film naprawdę warto zobaczyć. Dla tych kilku sytuacji kiedy chce się śmiać przez łzy, dla tych wybitnych aktorów i dla tej pouczającej, mrożącej krew w żyłach historii (czy raczej: wariacji na temat historii).

On ma RODO, ona ma RODO, mam i ja

image001
Komentarz naszego Product Ownera

Nadszedł w końcu ten sądny dzień i RODO wchodzi w życie. Wiadomo o tym było od lat, ale większość firm i tak podeszło do tego tak jak i moja: nic, nic, nic, i nagle panika. Ale mniejsza z tym. Będziemy sobie, my, „w okopach”, opowiadać o tym nad piwem tak jak sobie opowiadaliśmy historie z Y2K (a przynajmniej moi przodkowie opowiadali; moja kariera zaczęła się rok czy dwa za późno na to).

Tymczasem pierwsze implementacje pojawiły się tak dawno, że już nie pamiętam kiedy. To była pierwsza fala. Druga fala pojawiła się dopiero parę tygodni temu, ale wezbrała na dobre kilka dni wstecz. I zaczęło się wysyłanie aktualizacji polityki prywatności. I nagle sobie uświadomiłem ile instytucji posiada mój adres email – instytucji, o których kompletnie zapomniałem. Małe sklepiki. Dawni rekruterzy. Różne inne dziwy. I jeden taki, co myślałem, że to uporczywy spam.

Chociaż, z drugiej strony, powinienem się raczej dziwić, że dostałem tego tak mało.

People = resources

W Zespole w pracy od jakiegoś czasu narasta fala buntu. Nie chodzi o to, że nie dostaliśmy premii obiecanych w umowach o pracę, że podwyżki – jeśli w ogóle ktoś dostał – inspirowały do śpiewania „Roty” (NB: pracuję w niemieckiej firmie), że raz za razem wybucha jakiś pożar, który gasimy z poświęceniem życia prywatnego i zdrowia psychicznego a w nagrodę zostajemy zmuszani do niespodziewanych weekendowych dyżurów pod telefonem bez należnego wynagrodzenia (nie licząc poklepania po głowie, jak wiernego psa, który zrobił co do niego należało), że firma przez rok deliberowała nad RODO i nagle miesiąc przed terminem obudziła się z korporacyjną ręką w nocniku i musimy przemeblowywać plany majówkowe żeby nie było że jesteśmy niewdzięczni i uprawiamy obstrukcję – podczas gdy wszystkie agile’owe ideały poszły tam, gdzie kierownictwo je miało przez całe dwa lata „pracy w scrumie”, i znów stoją nam nad głowami i co chwila dopytują się „czy już zrobione?”… Przy tym wszystkim ta jedna rzecz może się wydawać trywialna, ale może właśnie dzięki temu, że jest to ten przysłowiowy opłatek miętowy, ta kropla co przelewa czarę, może właśnie dlatego tak nas to gryzie.

W pewnym momencie jedna z koleżanek w pracy po prostu porozmawiała z naszym niemieckim product ownerem o tym, że nie bardzo przepadamy, kiedy się o nas mówi „resources”.

Ów był zdumiony. Zszokowany i osłupiały. Wstrząśnięty, nie zmieszany. Bo jemu od zawsze kładli w głowę, że „osoba” czy „pracownik” są niemodne i jak ktoś tak mówi, to jest stary, zacofany i bije dzieci. On teraz nie potrafi inaczej. Jest fizycznie niezdolny do zinternalizowania koncepcji, że ktoś nie chce być „zasobem” na równi z drukarką czy monitorem.

Ja od dawna wiem, że korporacja wysysa duszę i zmienia człowieka w wydmuszkę… zasób. Może nie do końca zgadzałem się z lamentami niektórych, którzy twierdzili, że „zasoby ludzkie” to rozmyślnie skonstruowany termin w memetycznej wojnie megakorporacji przeciwko ludzkości. Myślałem, że dehumanizacja to po prostu wypadkowa psychologii tłumu, perwersyjnych incentyw i czego tam jeszcze… A tu takie coś. Przejrzałem na oczy. Okazała mi się naga prawda (i wcale nie jest ona atrakcyjną kobietą). To była świadoma kampania prania mózgów!

W poprzedniej pracy, o której swego czasu pisałem całkiem sporo na niniejszym blogasku, od pewnego czasu miałem szefa, który ileś lat przepracował w Ameryce. Dawało się to odczuć natychmiast i bez żadnych specjalnych zdolności obserwacyjnych. Spoufalanie się z podwładnymi jak z kumplami z paczki… Takie rzeczy. Czy on, i jemu podobni, którzy wyjechali za chlebem „na zachód” i wracają nasiąknięci tamtejszą kulturą zarządzania, są wszyscy skażeni tym rakiem?

Nie wiem. Naprawdę nie wiem.


Nawiązanie w tytule: przekornie tak, o.