Pierwsze trzy miesiące roku w pracy: podsumowanie

– Patrząc na Ciebie mam ochotę dać Ci czekolady, której nie mam – powiedziała koleżanka w pracy podczas przerwy na lunch.

[Tak. Tak źle wyglądałem. Firma sobie nagrabiła i wkrótce straci jednego z najlepszych pracowników, jakich ma. Nawet jeśli się ogarnie i w ekspresowym tempie nauczy się wynagradzać ciężką pracę, to i tak jest już za późno.]

Reklamy

Kilka spostrzeżeń muzycznych tuż przed eksplozją zieleni

Ministry of Nightmares: Nie jest to szczególnie odkrywcze (ale czy wszystko musi być?), może trochę monotonne (ale czy to źle jak równo walą po głowie?), ale fajnie się słucha i kontempluje myśl, że Ministry powinno było tak zacząć grać zamiast staczać się ku politycznym tyradom przy odgrzewanych kotletach.

Outlandos d’amour (with apologies to The Police!): Brat zapytał czy słyszałem Sunnatę w najnowszej Masarni. Powiedziałem że nie. Brat powiedział żebym posłuchał. Posłuchałem. Natychmiast napisałem mu „Sunnata TAK!”. Ten rodzaj muzyki od dawna jest bliski mojemu sercu i byłem niepocieszony kiedy Minsk zakończył działalność a potem wrócił taką sobie płytą. Dlatego jestem pewien że Sunnata na dłużej u mnie zagości. Nie mają daleko. Po raz kolejny Polacy udowadniają, że metal może wynaleźli Anglicy, ale to u nas trafił na niezwykle żyzny grunt.

Yea, I’m (mostly) satisfied: Ja i punk – raczej nie spotkacie nas razem. Gdzie tam „dwa akordy, darcie mordy” do math-metalu. Zawsze jednak miałem szacunek dla szczerości przekazu. Punk bez treści społeczno-politycznej przestaje być prosty a staje się prostacki i prymitywny. (Podobną drogę przeszedł hip-hop, ale to zupełnie inna historia.) I czasem jednak warto na coś zwrócić uwagę. Przynajmniej na kilka kawałków ;)


P.S.: Tutułowa eksplozja zieleni courtesy of High On Fire.

Player One: wrażenia

I co mogę powiedzieć o tym filmie? Poza tym że 100% Spielberga w Spielbergu? Generalnie mógłbym mu zarzucić wiele tych samych rzeczy co Kształtowi wody: że wiadomo kto jest kto, wiadomo jak się skończy (ale czyżby?), że dobrzy zostaną nagrodzeni, źli zostaną ukarani, a chłopak pocałuje dziewczynę (to chyba bardziej amerykański trop niż nasz, oni to pewnie bardziej przeżywają). Aczkolwiek…

To jest Ten Film, w którym Spielberg chce Ci coś powiedzieć.

Co chce powiedzieć? To chyba zależy od słuchającego. Mi powiedział… W pierwszej chwili powiedział mi, że Über-nerd też może być kochany. A to jest coś, czemu pierwszy przyklasnę. Ale tak jak w scenie prawie-finałowej, w której bohater mówi „coś tu nie gra”, mi też coś nie grało. Wszak Twórca był kochany przez cały świat, a jednak umarł samotny, bardziej samotny niż ktokolwiek może to sobie wyobrazić… o ile nie sam jest Über-nerdem. Bo, widzicie, Spielberg chciał powiedzieć – a przynajmniej mi powiedział – że „nerd” to tak naprawdę postać tragiczna. Całe życie nerda, cokolwiek by on zrobił, prowadzi do nieuniknionej tragedii (w sensie jak to rozumieli starożytni Grecy), w której on sam niczym nie zawinił poza tym, że był… sobą.

Dlatego ten film jest dla mnie bardzo, bardzo smutny.

Od ogarka świecy do jet lagu

Wstałem w niedzielę rano, spojrzałem na zegarek w telefonie i sapnąłem niezadowolony, że tak długo spałem.

Po południu skorzystałem z zaproszenia do znajomych na obiad. Siedziałem, zerkając od czasu do czasu na zegar ścienny i kalkulując, że wróciwszy do siebie będę miał jeszcze chwilę zająć się jakimiś sprawami.

Wieczorem dotarłem do siebie, siadłem przed komputerem i ze zdziwieniem stwierdziłem, że wbrew przewidywaniom, czasu mam w sumie na odebranie poczty i wyszykowanie się spać.

Przed spaniem przejrzałem nagłówki wiadomości (współczesna prasa tylko do tego się nadaje), z których dowiedziałem się, że minionej nocy ma być zmiana czasu na letni. Chociaż tego już się byłem domyśliłem.

Poinformowałem też znajomych, że zapomnieli przestawić zegar.

To zaledwie godzina, ale jet lag jednak jest. I po co? Czemu ciągle się upieramy przy tym pomyśle, który był idiotyczny nawet jako akt desperacji dogorywającego cesarstwa niemieckiego, kiedy to nawet oszczędzenie kilku ogarków świec zaczęło mieć materialne znaczenie?

Kształt wody: wrażenia

Cztery Oskary mnie nie przekonały by zobaczyć ten film; przekonały mnie opinie znajomych (a właściwie to jednej znajomej; że to jest znajoma a nie znajomy mogło mieć wpływ na poziom zachwytu rzeczonej, tak swoją drogą). Opinie znajomych zawsze chyba będą mieć u mnie większą wagę niż ta banda tetryków z Akademii.

Ze zwiastunów odniosłem takie wrażenie, że to typowy hollywoodzki moralitet o uprzedzeniach i rasizmie.

Po obejrzeniu filmu mam wrażenie takie, że to typowy hollywoodzki moralitet o uprzedzeniach, rasizmie, seksizmie, homofobii, agizmie, able’izmie i fanatyzmie religijnym. Trochę sporo tego i trudno uwierzyć, że wszystko się zmieściło w jednym filmie. Ale z perspektywy czasu (czas akcji to 1963 rok, jeśli dobrze sobie policzyłem) trudno uwierzyć też że wszystko to mieściło się w społeczeństwie amerykańskim. A jeszcze trudniej, że nadal się mieści. Ale z drugiej strony to właśnie sprawia, że wcale nie trudno uwierzyć że film dostał cztery Oskary. Jest to niewątpliwie w bardzo dużym stopniu manifest polityczno-społeczny skrojony na czasy „panowania” prezydenta Trumpa, kiedy to wszystkie te wymienione -izmy (i jedna -fobia) podnoszą łby a chorzy na nie ludzie wychodzą z cienia przekonani, że mają mniej lub bardziej jawne poparcie ze strony najwyższej władzy.

Tyle że jest to też spojrzenie na czasy tuż przed rewolucją kulturalną w Ameryce człowieka (generalnie) z zewnątrz. Świat przedstawiony jest tak kolorowy, że aż cukierkowy. Może chodziło o ten kontrast między dobrobytem złotej ery amerykańskiej gospodarki a mrokami duszy narodu? Nie wiem, w sumie nie interesuje mnie to. Interesuje mnie, że film – jako film – jest po prostu… taki sobie. Akcja jest przewidywalna. Bohaterowie są czarno-biali (i nie chodzi mi o ten wątek – te wątki – o rasizmie!). Nudny nie jest, bo nie popatrywałem na zegarek kiedy w końcu się skończy, ale… usatysfakcjonowany też nie wyszedłem.