Zapachy zimy

Słynna anegota z mojego dzieciństwa: wychodzę z rodzicami na dwór, pociągam nosem, i orzekam: pachnie śniegiem!

Oczywiście to nie śnieg pachniał, tylko smog. Smog, który jest utrapieniem mojej rodzinnej miejscowości do dziś (mimo intensywnej kampanii namawiającej do wymiany kopciuchów). Nic dziwnego więc, że w sieciach neuronowych w moim mózgu powstało jednoznaczne skojarzenie: leży śnieg wtedy i tylko wtedy kiedy czuć smog ergo to śnieg tak pachnie.

Dzisiaj skojarzenia są tylko trochę inne. Chodzę ulicami Warszawy, mróz szczypie, śnieg (lub ta nędzna jego namiastka) chrzęści pod butami, woń spalin uwięzionych w termoklinie łechce w nosie… O, tak, to zdecydowanie zima!

Zinstytucjonalizowany

Chodzę do pracy już od 20 lat i po tych 20 latach jestem już dogłębnie zinstytucjonalizowany. Jako dowód niech posłużą dwa ostatnie tygodnie:

  • Tydzień temu poniedziałek był wolny i w piątek, po przepracowaniu „zaledwie” czterech dni mój organizm nie chciał uwierzyć że jutro jest wolne;
  • W tym tygodniu mam długi weekend (czwartek ustawowo wolny, w piątek firma zarządziła labę dla wszystkich). Kiedy wczoraj łaziłem po lesie, cały czas powracało przekonanie, że „skoro się relaksuję, to znaczy że jest sobota”.

Ba! Zaczynając ten wpis chciałem napisać „dwie ostatnie soboty”, bo byłem przekonany że dziś jest sobota (w rzeczywistości jest piątek).

Mam szczerą nadzieję, że już w niedalekiej przyszłości będziemy na to patrzeć z niekłamaną zgrozą. Tak jak teraz patrzymy na warunki pracy robotników w pierwszych dekadach kapitalizmu (tzw. „wilczego”) i industrializacji. A dzięki pandemii i powszechnemu przełączeniu się na pracę zdalną, będziemy opowiadać naszym wnukom na dobranoc nie o wilku co zjada dzieci, które podejdą za blisko lasu, ale o tym, że kiedyś dzień w dzień po dwa razy dziennie trzeba było się wpakować do samochodu/autobusu/pociągu/tramwaju/trolejbusu i spędzić mniej więcej dwie godziny na dojazdach! Codziennie! Jak my w ogóle to znosiliśmy? Mnie już teraz ogarnia zdumienie, kiedy o tym myślę.

(Nie wspominając o tym, że te godziny spędzone w dojazdach to czas zawłaszczony przez pracę z naszego czasu wolnego, ale traktowany jak czas wolny, więc niepłatny – nie licząc tego żałosnego dodatku dla tych, którzy mieszkają w innej miejscowości niż pracują. Od dawna uważam to za niesprawiedliwość.)

(I nie wspominając o tym, że ta codzienna migracja ludów wymiernie przyczynia się do uczynienia z naszej planety gorszego miejsca do życia.)

W odpowiedzi panu B.

Ależ nikt nie neguje, nie próbuje zakrzyczeć prawdy, że Kościół jest większy niż strajk kobiet. Kościół to jest potężna instytucja z agenturą na całym świecie, posłuchem u przywódców wielu państw i ogromnymi wpływami. A jak już udowodniono w starożytności (jeśli nie w prehistorii), wielka władza idzie w parze z wielką korupcją.

Q.E.D.

Trzecią noc z rzędu budzę się godzinę przed budzikiem

Ach, jak fajnie mieć uregulowany cykl snu, zawsze wstawać o tej samej porze i dzięki temu zawsze być wyspanym i wypoczętym! I jak fajnie mieć to rujnowane dwa razy do roku!

Tak właściwie to nawet jak piszę „uregulowany cykl snu” to sam czuję się jak stary ramol. I wiecie co? Podoba mi się bycie starym ramolem. I tak, to jest dokładnie to, co by powiedział stary ramol ;) Tak czy siak, zastosowałem czyjąś poradę i faktycznie wstaję codziennie o tej samej godzinie, nawet w weekendy (nawet jeśli potem jeszcze położę się na krótszą lub dłuższą drzemkę). Dzięki temu mój zegar biologiczny nie wariuje i zazwyczaj sam budzi mnie niedługo przed budzikiem. Bardzo fajne to uczucie, tak łagodnie się wybudzić zamiast zostać brutalnie wyrwanym ze snu.

No ale mamy nadal te nieszczęsne zmiany czasu. Doprawdy nie wiem po co jeszcze się ich trzymamy. Jakie niby mają być z tego korzyści? Nie wierzę, żeby były one większe niż koszty zamieszania, jakie wprowadzają. A i jeszcze słyszałem jak ktoś mówił o „straszeniu że zniosą zmiany czasu”. Straszenie? Chyba litość!

Kilka spostrzeżeń muzycznych wyjątkowo dosyć krytycznych

Kilka spostrzeżeń muzycznych wyjątkowo dosyć krytycznych

Czy zachodniość indyjskiego zespołu mówi coś o upadku moralnym?: Indie to wielki kraj i z samej racji skali wszystkiego powinno tam być mnóstwo. I pewnie jest, tylko u nas niewiele się o tym wie. Bollywood – jasne, przeogromny przemysł filmowy, z którego docierają do nas ledwie echa, ale ogólnie znany jest fakt jego istnienia. A metal? Dopiero niedawno poznałem „swój” pierwszy indyjski zespół metalowy – Moral Collapse i ich płytę o tej samej nazwie. Nawet nie jest on wcale specjalnie egzotyczny – jeśli już to z racji jazzowych interludiów i podobnych smaczków, bo całościowo jest mocno (jeśli nie całkowicie) w tradycji zachodniej. W sumie chyba nie powinno to dziwić – Indie przecież przez długi czas były pod silnym wpływem brytyjskim, więc wiedzą z czym to się je. (Koincydentalnie, nazwa zespołu koresponduje z nazwą wspominanego niedawno Fange.)

Jeśli lubisz jazzujący Opeth, kliknij tutaj: White Stones się przedstawia jako „death metal”, ale ma z niego właściwie chyba tylko chrypiący wokal, bo duchowo to jest ten „nowy” Opeth, który skręcił w stronę Jazzu. Założycielem zespołu jest basista rzeczonego, więc to logiczne. Jest więc dużo przyjemnie pokręconych melodii i riffów, ale mało ciężaru. W sumie nie dla mnie, podobnie zresztą jak i kilka ostatnich płyt Opeth, ale może komuś wpadnie w ucho.

Gdzie się kończy szaleństwo, w którym jest metoda, a zaczyna po prostu szaleństwo bez metody?: Jak wszystkim, którzy czasem czytają niniejszy blogasek i nie są drzuceni przez niniejszy cykl, wiadomo, ja lubię pokręcone riffy i połamane rytmy. Co nie koniecznie znaczy, że im więcej tym lepiej. Jakiś zamysł jednak musi być. Takim archetypowym zespołem, który łamał i kręcił, ale nie było w tym przysłowiowej metody w szaleństwie, jest dla mnie Between the Buried and Me. Z tego co słyszałem (nie śledziłem), ostatnio dodatkowo jeszcze poszli w popelinę, ale generalnie nazywam ich twórczość sztuką dla sztuki. Czy Sentinels przekracza tą granicę? Może nie po całości, ale ślizgają się po niej z pewnością.

No i zostanie to z nami na zawsze, no i ch**

Była szansa. Było wiadomo co zrobić, żeby wygrać. A przepis był bardzo prosty: spiąć dupy na jakieś dwa lata, przecierpieć, zainwestować ten ból w lepszą przyszłość.

Nie mówię, że to jakaś bułka z masłem i że dla niektórych nie będzie to naprawdę nie do zniesienia. Mówię, że alternatywa jest jeszcze gorsza: wróg zdobył przyczółek, nabrał rozpędu i teraz jest już dużo szybszy niż nasza zdolność do wynajdywania nowych metod walki z nim. Taki wróg albo zostanie z nami na zawsze, albo zmusi nas do naprawdę radykalnych kroków.

Myśleliście że lockdowny są radykalne?

Gówno widzieliście.

A można było załatwić sprawę jednym, śmiałym posunięciem. Jak Piłsudski nad Wieprzem. Jak Banach we Lwowie. Piłsudski na szczęście nie posłuchał zagranicznych doradców, że jego pomysł jest amatorski i do bani. A my? W imię źle rozumianej wolności i bezmyślności w imię rzekomego „samodzielnego” myślenia, zaprzepaściliśmy szansę na szybkie rozwiązanie.

Jedyne dobre co z tego wynikło, to nieznaczne przestawienie mentalności. Może jeszcze kiedyś będzie dobrze. Ale mogło być lepiej i szybciej.

Właśnie do mnie dotarło, że zaprzepaściłem sobie życie

W młodości dorwałem się kiedyś do programu do tworzenia muzyki. Nie mam za grosz talentu kompozytorskiego, ale wówczas nic takiego mi w niczym nie przeszkadzało. Eksperymentowałem ze wszystkim co mi wpadło w ręce, czy to skład tekstu, kryptografia (kosmicznie bez pojęcia), projektowanie samochodów i tym podobne. Jak coś było, myślałem, że jestem w tym super.

A więc muzyka. Właściwie to nie próbowałem stworzyć niczego „normalnego”. Zamiast tego wrzucałem dźwięki na oślep i patrzyłem czy jest w tym coś interesującego.

W podobny sposób zresztą powstał pseudonim, którego używam najczęściej.

I teraz sobie myślę, że gdyby nie było to po prostu dziecięcą zabawą, dla picu i jaj, mógłbym teraz być sławny na cały świat. Wystarczy tylko to nazwać: randomizm, i dorobić bełkotliwą filozofię: życie jest tak naprawdę przypadkowe, i moja twórczość jest tego alegorią.

sdagfjklh askjdhflkasdjdhfpoASHF HSADK;JLFH ADS088fyuwe4hf kaskmdcvo SDHFPO;AHS DFKJASBNDCIOPU H;AOSDIGHJFASDIFIHFOP;ASDH VOUASDFPO;HJSDFO HAPSOIDFHJ;O ASPDOFIHJASO NF;LKZJVN;OIASJDOFJ A;LSDVOPIJ OIP.

I pozamiatane!

Wariactwo 2021: raport

Człowiek to jednak głupi jest. A przynajmniej na tyle na ile ja jestem człowiekiem.

A było to tak. Wsiadłem do pociągu, wtarabaniłem się z rowerem z sakwami, przesiedziałem parę godzin, wytarabaniłem się w innym mieście i przepedałowałem 20 kilosów do jeszcze innego miasta, więc chyba powinienem już poczuć że jestem na wakacjach, nie? A tymczasem przyjeżdżam i co myślę? „Hm, jest dopiero 14, o rany jak dużo mam czasu, muszę wymyślić jakieś zajęcie!!”. Na szczęście połapałem się dość szybko i upomniałem siebie samego: a może by tak przez ten czas robić KOMPLETNIE NIC?

A tak w ogóle to wakacje zacząłem od tego, że wywaliłem sobie korki w mieszkaniu. W niedzielę. O siódmej rano. Kiedy za niedługo musiałem wychodzić. A korki wywaliłem urządzeniem krytycznym dla zrobienia śniadania.

Ale wszystko się udało. No, prawie.

Największą wartością takiego wyjazdu „do natury” jest chyba to, że po powrocie dotrze do ciebie z całą mocą w jakim koszmarnym syfie żyjesz na co dzień i nawet sobie z tego nie zdajesz sprawy. Idę przez miasto i cały czas zdycham od smrodu spalin. Tyle mi dało oddychaniem śwież(sz)ym powietrzem przez parę tygodni…

Po powrocie też odkrywam jak szybko wracają stare nawyki: budzik nastawiony na tą godzinę co zawsze, a ja już pierwszej nocy sam się budzę pół godziny przed nim, tak jak było przed wyjazdem (podczas którego wstawałem zasadniczo kiedy chciałem), nawet kiedy jestem teoretycznie niewyspany. Ale z drugiej strony, przez ostatnie parę tygodni wiele razy myślałem, że będę potrzebował się jeszcze chwilę zdrzemnąć, zanim wstanę na dobre, ale nigdy tak się nie stało. Czy tak wygląda bycie wypoczętym? W sumie nie wiem, to tak rzadki stan w życiu mieszczucha, że już nawet nie wiem jak go rozpoznać.

I tak też zrodziło się w mózgownicy tego mieszczucha pytanie: czy warto wracać do dokładnie tego samego życia? Ale czy mam jakiś inny pomysł na inne życie? 🤷‍♂️

Tak jak w zeszłym roku, tak i w tym prowadziłem kampanię medialną na instagramie. Ale w przeciwieństwie do zeszłego roku, wieczorami nawadniałem się bezalkoholowo (z rozkazu lekarza, co miało być tylko na próbę, i oczywiście wypadło na czas wakacji – przypadek?), w związku z czym wpisy dzienne są jakby trochę bardziej składne i gramotne. A przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie. No to jadziem, żeby nie było jak z relacją z wycieczki do Włoch, która już dwa lata czeka na dokończenie…

Dzień 1. z prologiem: Białystok – Supraśl

Dzień 2.: Supraśl – Białowieża

Dzień 3.: snucie się po Białowieży i okolicznych lasach i wiochach

Dzień 4.: odważnie rowerem w puszczę mimo zapowiadanych burz

Dzień 5.: Białowieża – Siemiatycze

Dzień 6.: Siemiatycze – Terespol (i pierwsze buskie kalambury)

Dzień 7.: Terespol – Włodawa

Dzień 8.: w którym „daję odpocząć nogom”, czyli idę na dwudziestoparokilometrowy „spacer”

Dzień 9.: Włodawa – Chełm (a tam niespodziewanka!)

Dzień 10.: Chełm – Krasnystaw

Dzień 11.: Krasnystaw – Biłgoraj

Dzień 12.: rozczarowywanie się Biłgorajem, plus chill, jednak

Dzień 13.: „gdy wiodą skazańca i każą mu patrzeć na szafot”

Dzień 14.: Biłgoraj – Stalowa Wola

Epilog

Postscriptum

W tym roku nie miałem niestety tyle frajdy co rok temu. Częściowo to pewnie jest to, że wtedy to było coś dla mnie nowego, świeże wrażenia i tak dalej, a teraz była to trochę powtórka z rozrywki. Ale miały też na to wpływ błędy podczas planowania. I złośliwość pogody.

Przede wszystkim, zaplanowanie sobie ponad-120-kilometrowego odcinka w połowie pierwszego tygodnia – nie super. Liczyłem na to, że wtedy będę już „rozjechany” i spokojnie mi zleci, ale jednak moja kondycja – a raczej nie tyle kondycja co wytrzymałość nóg i kolan – zupełnie nie zbliża się do tej zawodowego kolarza i nie mogę sobie pozwolić na takie wybryki. Tak że najzwyczajniej się wtedy zajechałem, a 90 km następnego dnia, w połowie w deszczu, mnie dojechało. Siły zacząłem odzyskiwać dopiero pod koniec, kiedy z kolei zaczynało już wzbierać ogólne znużenie pedałowaniem.

Pogoda też nie dopisała. Z pogodą jak wiadomo nigdy nic nie wiadomo, ale sierpień zazwyczaj jest porą suchą. Tak się jednak składa, że żyjemy w czasach zmian klimatu i różne takie „zazwyczaje” można sobie o kant dupy potłuc. Całe lato było deszczowe – i pierwszy tydzień sierpnia również się taki okazał. Generalnie ja tam lubię każdą pogodę i o siebie się nie martwiłem – i w sumie było nawet lepiej niż bym się spodziewał, nawet kiedy woda mi chlupała w butach – ale rower to zupełnie inna sprawa. Myślałem, że całkiem dobrze zniósł kompletne przemoczenie; na szczęście wtedy jechałem prawie wyłącznie po asfalcie, ale krótkie odcinki rozmokłego gruntu też były, i one mnie szczególnie martwiły. Dopiero po powrocie i odebraniu go z serwisu się przekonałem, że chyba jednak ociężałość jazdy w późniejszych dniach nie w całości wynikała z mojego zajechania.

Tak że tak. Ale ogólnie jestem zadowolony. Ciągle jeszcze jestem w stanie powakacyjnego wyluzowania, więc luz ;) Z jednej strony zleciało jak z bicza strzelił, ale z drugiej wydawało się, że minęły całe eony, a czas sprzed wyjazdu to jakieś zamierzchłe dzieje. Teraz trzeba już rozmyślać nad następnym rokiem, bo szpiedzy mi donoszą, że te podkarpackie odcinki są dość hardkorowe. Ale luzik, jeszcze mam trochę czasu.